Zmobilizowany przez panią prezes Ewę Bojanowską, biorę się do pisania o czterech pielgrzymkach do Miednoje, gdzie spoczywają prochy mojego Ojca.
Pierwszą pielgrzymkę odbyłem w dniu 11 czerwca 1995, na uroczystość poświęcenia kamienia węgielnego pod Polski Cmentarz Wojskowy w Miednoje.
Do Warszawy jadę samochodem z Sylwkiem Jaworowskim. Parkując samochód w Warszawie „zarabiam” mandat za niewłaściwe parkowanie. Mimo że mój samochód miał rejestrację spoza Warszawy, będąc rdzennym warszawiakiem, dogaduję się ze Strażą Miejską i mandat nie jest wysoki. Po tej przygodzie jedziemy do Legionowa. Samochód zostawiam pod bramą Centrum Szkolenia Policji, gdzie mamy zapewniony nocleg. W nocy mam różne dziwne sny, z których budzi mnie pobudka o drugiej. Ze Szkoły Policyjnej przejazd na lotnisko, rutynowe odprawy i lot. Jest to mój pierwszy lot rejsowym samolotem. Dotychczas kilka razy latałem „Gawronem” w charakterze przewodnika, wskazując charakterystyczne miejsca dla krajobrazu Śląska.
Lot rejsowy przebiegał normalnie. Lądowanie w Twerze na lotnisku wyglądającym niezbyt „elegancko”, szybka odprawa odbywająca się w namiocie, gdzie uczestnicy przechodzą kontrolę paszportową i celną. Standardowe sprawdzenie dokumentów i pytania, czy nie przewozimy obcej waluty. Dokumenty w porządku, obcej waluty oczywiście nikt nie ma. Po opuszczeniu lotniska wsiadamy do przygotowanych autobusów i jedziemy do Miednoje. Po wyjeździe z miasta typowe widoki domostw, jakie znamy z filmów.
Przyjeżdżamy na teren przyszłego cmentarza. Jest to około czterdziestoletni mieszany las, na drzewach którego uczestnicy pielgrzymki wieszają zdjęcia pomordowanych bliskich sobie osób. Jak ktoś zauważył, smutny las bez świergotu ptaków i bez charakterystycznej aury, która panuje w normalnym lesie. Może powodem tego jest pora dnia i panujący upał, ale chyba jednak bardziej powaga tego miejsca. Chodzę po terenie cmentarza i zastanawiam się, w którym miejscu mogą leżeć zwłoki mojego Ojca. Czekamy na przyjazd ministra spraw wewnętrznych pana Andrzeja Milczanowskiego. Po przyjeździe pana ministra kompania honorowa wprowadza wszystkich uczestników na teren przyszłego Polskiego Cmentarza Wojskowego w Miednoje. Odbywa się ekumeniczna msza święta, po czym następuje akt wmurowania kamienia węgielnego i składanie kwiatów pod płytą upamiętniającą pomordowanych w Twerze.
Po uroczystościach następuje posiłek, na który są zapraszani również obywatele rosyjscy z pobliskich osiedli, przyglądający się uroczystości. Ludziom miejscowym trzeba tłumaczyć, po co tutaj przyjechaliśmy. W drodze na lotnisko na naszą prośbę zostajemy podwiezieni pod bramę Instytutu Medycznego, będącego dawną siedzibą NKWD, gdzie rozstrzeliwano naszych ojców. Instytut Medyczny jest w remoncie, ale dobra waluta, którą udało mi się wwieźć nielegalnie, przekonuje obsługę i wchodzimy do środka. Pomieszczenia suteren są rzeczywiście w remoncie. Przechodzimy przez ciemny korytarz, oświetlony roboczym światłem, zainstalowanym na czas remontu. Zaglądamy do pomieszczeń, gdzie mordowani byli nasi ojcowie. Prawdopodobnie wprowadzano ich wejściem znajdującym się w prawej ścianie szczytowej, po odczytaniu wyroku byli mordowani strzałem w tył głowy i wynoszeni przez wejście znajdujące się w lewej ścianie szczytowej budynku. Zwłoki wynoszono i składano na przyczepie zaczepionej do traktora z włączonym silnikiem, którego odgłos miał zagłuszać huk wystrzałów. Cała operacja odbywała się w nocy. Czy było tak dokładnie – nie wiadomo. Są różne wersje wprowadzania jeńców do budynku. Według innej wersji, podobno byli wprowadzani jedną z klatek, sprowadzani inną klatką do pomieszczeń piwnicznych, gdzie następowała egzekucja. Zwłoki były wywożone i wrzucane do dołów śmierci w Miednoje.
Opuszczamy Instytut i zostajemy odwiezieni na lotnisko. Wsiadamy do samolotów, powrót na Okęcie i do domu, do Katowic.
Drugą pielgrzymkę odbyłem w dniach 1 do 3 września 2000, jadąc wtedy na otwarcie Polskiego Cmentarza Wojennego w Miednoje. Do Warszawy jadę z Gizelą i Sylwkiem Jaworowskimi i jeszcze jedną panią z Rodziny Katyńskiej. Samochód zastawiam na parkingu obok Dworca Gdańskiego, skąd ruszamy do Miednoje. Wyjazd przygotowywała policja i był zorganizowany bardzo dobrze. Każdy wagon miał swojego opiekuna policjanta, dbającego o nas i o naszą aprowizację. Przejazd pociągiem to monotonna jazda poprzez Smoleńsk i Gniezdowo: tam więźniowie przywożeni z Kozielska z wagonów przechodzili do czornych woronów, którymi byli transportowani do Katynia, gdzie ich mordowano.
Pociąg dowodzi nas do Tweru, gdzie przesiadamy się do autobusów, które w asyście milicji jadą z nami na Polski Cmentarz Wojenny w Miednoje. Wygląd cmentarza od roku 1995 zmienił się diametralnie. Za bramą wejściową pomnik-tablica z nazwiskami wszystkich pomordowanych jeńców, pod którą w niszy dzwon o głuchym dźwięku, świetnie komponującym się z tym miejscem. Wewnątrz cmentarza alejki w kształcie wydłużonego prostokąta bez czwartego boku, wzdłuż których poziomo ułożone są tabliczki epitafijne z nazwiskami pomordowanych. Czwarty bok to tablica-pomnik z nazwiskami wszystkich pomordowanych w gmachu dawnego NKWD w Twerze, wówczas Kalininie. Rozwijamy nasz sztandar i przygotowujemy się do mszy ekumenicznej, czekamy na przyjazd pana premiera Jerzego Buzka. Po przyjeździe pana premiera Buzka zaczyna się msza ekumeniczna. Po mszy następuje składanie kwiatów pod pomnikiem-tablicą z nazwiskami pomordowanych. Pan premier Buzek obchodzi alejki, rozmawia z uczestnikami pielgrzymki. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, wsiadamy do autobusów, jesteśmy odwiezieni na dworzec i wracamy do Warszawy.
W Warszawie wsiadamy do samochodu i w straszliwej burzy i ulewie wracamy do Katowic. Na szczęście dojeżdżamy bez przygód do domu, widać Pan Bóg nad nami czuwał.
Trzecia pielgrzymka to wyjazd z biurem Wilejka w dniach 3 do 8 czerwca 2002. I znowu samochodem do Warszawy. Tym razem jadę w towarzystwie moich synów: Bartka, Przemka i Szymona. Żartobliwie nazwano nas „bandą Padołów”. Samochód zostawiamy na parkingu. Na Dworzec Centralny docieramy autobusem. Na dworcu jest już grupa pielgrzymów; naszym przewodnikiem i guru będzie pani Kasia Lange. Oczekujemy na przyjście ks. prałata Zdzisława Peszkowskiego, który przekazuje nam obraz Matki Boskiej Katyńskiej, przeznaczony dla kościoła katolickiego w Twerze. Po błogosławieństwie ks. prałata Peszkowskiego wsiadamy do pociągu i znowu monotonna podróż, ale tym razem do Moskwy, na Dworzec Białoruski. Krótkie zwiedzanie otoczenia, gdzie uderza mnie duża ilość Gruzinów prowadzących punkty gastronomiczne.
Podjeżdża autobus LOT‑u, będący teraz naszym środkiem komunikacji, zostajemy podwiezieni pod katedrę Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Katedra powstała na początku XX wieku dzięki polskiej społeczności, po rewolucji została zamknięta i przejęta przez państwo. Wierni odzyskali świątynię w roku 1996 i dzięki pomocy polskich przedsiębiorstw następuje jej renowacja. Po obejrzeniu katedry w towarzystwie przybyłej miejscowej pani przewodnik następuje zwiedzanie Placu Czerwonego, Łużnik i cerkwi Wasyla Błogosławionego. Ruch w Moskwie ogromny, aby zmienić pas lub skręcić w poprzeczną ulicę, trzeba się wciskać „na chama” . Przejeżdżając przez Moskwę, oprócz miejsc historycznych pani przewodnik pokazała nam dom, w którym nocowali delegaci przybywający na zjazdy KPZR. Na gmachu są wmurowane tabliczki epitafijne nieżyjących już delegatów. Żaden z delegatów na zjazdy KPZR, których tabliczki epitafijne są wmurowane w ten budynek, nie zmarł naturalną śmiercią.
Opuszczamy Moskwę i udajemy się do Tweru. Wjeżdżamy na pięciopasmową obwodnicę Moskwy, na której panuje ogromny ruch. Samochody poruszają się w żółwim tempie. Po około pięciu godzinach docieramy do hotelu na obrzeżach Tweru. Hotel jak na ówczesne czasy ma nienajgorszy standard. Jemy kolację, a potem siedzimy przy koniaczku (kupionym nielegalnie za dobrą walutę), rozmawiając z przemiłą panią Kasią Lange, która wyjaśnia nam dużo ciekawych rzeczy. Rozmawiamy o swoich losach, o historii naszych bliskich, do których miejsca spoczynku zmierzamy. Mimo późnej pory, ze względu na białe noce zmrok zapada bardzo powoli. W dużej sali obok odbywa się uczta weselna młodej pary gruzińskiej. Wcześnie rano pobudka, po weselu nie ma śladu, wsiadamy do autobusu, dołącza do nas ks. Władysław Wojdat. Udajemy się do Tweru. W autobusie można skorzystać ze spowiedzi, bo na tyłach autobusu znajduje się zaimprowizowany konfesjonał.
Na cmentarzu pochylamy się nad tabliczkami epitafijnymi naszych bliskich, palimy znicze, chodzimy wśród metalowych płyt ułożonych w krąg i wyznaczających doły śmierci, gdzie są złożone szczątki. Pod tablicą-pomnikiem ks. Wojdat celebruje mszę świętą za dusze pomordowanych, spoczywających na tutejszym cmentarzu. Przed wyjściem z cmentarza nabieram ziemi, którą będę mógł wysypać na Starym Cmentarzu w Piwnicznej Zdroju, obok zasadzonego tam dębu i kamienia z tabliczką upamiętniającą mojego Ojca.
Wracamy do hotelu, aby rano wyruszyć do obozu jeńców, który znajdował się męskim monastyrze na Ostrowie Stołbnyj, na jeziorze Seliger, leżącym obok Ostaszkowa. Po drodze na Ostrów Stołbnyj porządkujemy wiejski cmentarzyk, leżący obok wioski Trojerucica, gdzie spoczywa 41 jeńców zmarłych w obozie z chorób i wycieńczenia. Wchodzimy na groblę prowadzącą do zabudowań monastyru pod wezwaniem św. Nyła, usypaną przez jeńców przebywających na terenie obozu. Część budynków monasteru jest odnawiana, ale większość znajduje się w opłakanym stanie. Chodzimy po terenie monasteru, zaglądając do zrujnowanych pomieszczeń i rozmyślając, w którym pomieszczeniu mógł przebywać mój Ojciec, a dziadek moich synów. Czas mija szybko, trzeba wracać do autobusu. Jedziemy do Tweru, do polskiego kościoła parafialnego pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, wybudowanego staraniem o. Richarda Massina OFM – Amerykanina czeskiego pochodzenia, oficera marynarki wojennej, który po przejściu na emeryturę został kapłanem i pracował tutaj od 1992 roku do śmierci w 2002. Praktycznie z własnych oszczędności i przy pomocy swoich przyjaciół wybudował duży kościół. Jego dzieło kontynuuje dzielnie ks. Władysław Wojdat. W kościele odbywa się msza święta, przekazujemy obraz Matki Boskiej Katyńskiej, po czym podjeżdżamy pod Instytut Medyczny w Twerze, aby przejść przez pomieszczenia piwniczne, gdzie byli mordowani nasi ojcowie i krewni. Niestety, nie zostajemy wpuszczeni na teren Instytutu. Na nasze prośby słyszymy jedną odpowiedź: „nie nada”. Wsiadamy do autobusu, jedziemy na Dworzec Białoruski, wsiadamy do pociągu i rano jesteśmy w Warszawie. Dziękujemy pani Kasi Lange i wręczamy jej kwiatki kupione jeszcze w Moskwie, wsiadamy w samochód i szczęśliwie wracamy do domu.
W czwartą pielgrzymkę zorganizowaną w 70. Zbrodni Katyńskiej i 10-lecie rocznicy otwarcia Polskiego Cmentarza Wojennego udaję się z córką Bożeną i wnukiem Wojtkiem. Do Warszawy zawozi nas mój syn Szymon. Odjazd do Tweru z dworca kolejowego Warszawa Zachodnia, gdzie pani Teresa Baranowska z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa rozdaje nam identyfikatory i paszporty. Długa jazda poprzez Mińsk, Orszę i Smoleńsk do Tweru. Twer wita nas deszczową pogodą. Wsiadamy do autobusów i jedziemy na Polski Cmentarz Wojenny. Polski cmentarz sąsiaduje z rosyjską częścią, gdzie w gablotach eksponowane są dokumenty związane z rosyjskimi ofiarami totalitaryzmu. Przed naszymi uroczystościami, na rosyjskiej części cmentarza, odbywają się uroczystości oddania hołdu rosyjskim ofiarom represji stalinowskich. Potem zaczęły się uroczystości na polskiej części cmentarza, w której udział wzięli wicemarszałkowie sejmu Marek Kuchciński i Jerzy Wenderlich, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Krzysztof Kunert i wicegubernator obwodu twerskiego Jurij Cyberganow. Po mszy świętej i okolicznościowych przemówieniach składamy kwiaty i palimy znicze na tabliczce epitafijnej mojego Ojca.
Następnego dnia jedziemy do klasztoru na Ostrowie Stołbnyj. Zostaje odprawiona msza polowa, odbywają się przemówienia okolicznościowe, po czym zostają odmówione modlitwy z przedstawicielami Kościołów prawosławnego i katolickiego. Po uroczystościach chodzimy po wyspie i oglądamy wnętrze cerkwi oraz zabudowania klasztorne, które w ciągu ośmiu lat od mojej poprzedniej bytności w roku 2002 zmieniły się nie do poznania. Większa część została ładnie odrestaurowana. Na koniec zostajemy zaproszeni do klasztoru, poczęstowani ciepłym posiłkiem, chlebem, wędlinami, kawą, herbatą i klasztornym winem. Po zakończeniu posiłku mnich darowuje mi butelkę klasztornego wina, które mam do dzisiaj. W sklepiku klasztornym kupuję drobne pamiątki i ikonę Matki Boskiej. Za zapłatę za pamiątki przyjmowana jest każda waluta.
Autobusem wracamy do Tweru, wsiadamy do pociągu i w nocy wracamy do Warszawy. Syn czeka na nas pod dworcem. Odwożę go do znajomych, a sam z córką i wnukiem i wracamy szczęśliwie do Katowic.
Zbigniew Padoł, Rodzina Katyńska w Katowicach
Pierwodruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2018


































