W Katyniu miałem sposobność być wcześniej już dwa razy. Pierwszy raz bezpośrednio po otwarciu Polskiego Cmentarz Wojennego w Katyniu, to jest w sierpniu 2000. Wyjazd zorganizowany był, jak mnie pamięć nie myli, przez warszawskie biuro turystyczne. Oczywiście ten pierwszy wyjazd i możliwość bycia w miejscu, gdzie zginął mój Ojciec i spoczywają jego kości, był szczególnym przeżyciem, bo trudno było jeszcze parę lat wcześniej wyobrazić sobie, że takie zdarzenie może dojść do skutku. Wyjazd ten miał jeszcze dodatkowy aspekt, bo odwiedziłem po raz pierwszy moje rodzinne miasto Wilno. Żałowałem tylko, że tej chwili nie dożyła moja Mama, która zmarła w 1986 roku.
Niespodziewanie druga okazja pojawiła się w 2007 roku, kiedy na zaproszenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dzięki delegowaniu przez Zarząd „Stowarzyszenia” mnie i drugiej osoby mogłem po raz wtóry odwiedzić miejsce kaźni i grób mojego Ojca. Wtedy pojawiła się myśl, że szkoda, że nie jestem tu z kimś bliskim, tj. żoną, jedną z córek czy którymś z wnuków, aby móc podzielić się refleksjami z pobytu w tym niesamowitym miejscu.
Niestety z upływem lat ubywa nam sił, dlatego nie snując żadnych planów na przyszłość, w 2010 roku wprowadziłem na członka Stowarzyszenia mojego najstarszego wnuka Michała. Celem było zainteresowanie Michała wydarzeniami z 1940 roku oraz możliwość wykorzystania jego osoby w momencie udziału Stowarzyszenia w rocznicowych uroczystościach, aby mógł zastąpić dziadka w poczcie sztandarowym czy 1 listopada brać udział w zbiórce pieniędzy na cmentarzu, przeznaczonych na utrzymanie pomnika katyńskiego.
I oto nagle i niespodziewanie w dniu 16 marca roku 2017 dostałem informacje z Zarządu o możliwości wyjazdu razem z Michałem do Katynia. Podstawowym warunkiem formalnym jest dostarczenie paszportów dla organizatora wyjazdu tj. Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego najpóźniej do 23 marca. Niestety po sprawdzeniu ważności paszportów okazało się, że Michał ma ważny paszport, a ja niestety nie. W tej sytuacji decyzja mogła być jedna. Zwróciłem się do Zarządu Stowarzyszenia, aby Michał z inną wyznaczoną osobą mógł skorzystać z wyjazdu do Katynia i Smoleńska, a po powrocie przekazać swoje wrażenia i przeżycia.
I w tym miejscu okazało się, co znaczy mieć rodzinę. Mój zięć Krzysztof, mąż starszej córki, zadał mi wtedy retoryczne pytanie, czy chcę razem z Michałem jechać do Katynia, a ja w tym samym tonie odpowiedziałem, że bardzo mi na tym zależy, lecz nie widzę żadnych możliwości, aby spełnić formalne warunki wyjazdu.
Nie wiem, jak zięć to zrobił, że pani Teresa Baranowska z Ministerstwa Kultury wykazała dużo dobrej woli i zgodziła się przesunąć termin dostarczenia paszportu, a następnie przekonać pracowników Biura Paszportowego ze Szczecina, a oni swoich kolegów z Warszawy, że po złożeniu wniosku o paszport w poniedziałek paszport dotarł do Szczecina w czwartek przed południem. Dostarczenie paszportu do Szczecina w tym terminie umożliwiło spełnienie formalnego warunku, bo paszport pocztą kurierską mógł zostać dostarczony do Warszawy w wymaganym terminie.
Równocześnie młodsza córka podjęła ryzyko i założyła, że sprawa paszportu zostanie pozytywnie załatwiona, kupiła dla mnie i dla Michała bilety kolejowe na podróż do Warszawy oraz bilety powrotne, co jak się okazało w efekcie bardzo obniżyło koszty naszego wyjazdu. Kiedy żona przekazała nam jeszcze ze swoich zbiorów piękną wiązankę sztucznych różyczek i pojedynczą różę w herbacianym kolorze, a Zarząd Stowarzyszenia pamiątkową wstążkę i znaczki organizacyjne, mogłem powiedzieć, że jestem gotowy do podróży z moim wnukiem do Katynia.
Gdyby te wszystkie wydarzenia rozpatrywać pojedynczo, nie ma w nich nic specjalnego, są proste i naturalne. Zupełnie inaczej one wyglądają, gdy zachodzą równocześnie i są pozytywnie załatwione. Zorganizowanie wyjazdu przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, decyzja Zarządu Stowarzyszenia „Katyń” o delegowaniu na wyjazd mojej osoby i mojego wnuka Michała, dobra wola i zrozumienie urzędniczki z Ministerstwa przedłużającej termin dostarczenia paszportu oraz dobra wola i zaangażowanie pracowników Biura Paszportowego ze Szczecina i Warszawy.
Jako człowiek głęboko wierzący myślę że Opatrzność Boża czuwała, abym mógł zrealizować swoje marzenie.
W moim odczuciu sama podróż i pobyt w Katyniu i Smoleńsku były dobrze i sprawnie zorganizowane. Szczególną opieką otoczono starsze osoby, czy to związane z wydarzeniami w Katyniu, czy z katastrofą samolotu w Smoleńsku.
Zapewniono w miarę możliwości wygodną podróż, szczególnie jeśli chodzi o przyjazd z Moskwy do Katynia i Smoleńska oraz powrót do Moskwy. Każda z osób dysponowała w autobusie dwoma miejscami, miała zapewniony posiłek i mogła skorzystać z napojów, tj. kawy, herbaty i wody. Po każdym postoju czy przesiadce sprawdzano, czy przypadkiem kogoś nie brakuje.
Bardzo celnym rozwiązaniem było zarezerwowanie na dwie doby hotelu dla osób, które wcześniej, często z odległych miejscowości musiały dotrzeć do Warszawy. Pozwoliło to na spokojne rozpoczęcie podróży z zabraniem niezbędnych rzeczy i skuteczny wypoczynek po długich podróżach i udziale w uroczystościach na Cmentarzu Wojennym w Katyniu i w miejscu katastrofy samolotu w Smoleńsku.
A teraz kilka spostrzeżeń i wniosków z naszego wyjazdu do Katynia i Smoleńska
Pierwszy wniosek, jaki się nasuwa, to potrzeba organizowania tego rodzaju wyjazdów przez polskie władze w miarę możliwości jak najczęściej, gdyż nie sądzę, aby wyjazdy prywatne były zbyt liczne. Wynika to nie tylko z poważnych kosztów takiego wyjazdu, ale również poczucia bezpieczeństwa i braku atmosfery, jaka towarzyszy zorganizowanej grupie uczestników.
Wiadomo, że osób związanych uczuciowo z wydarzeniami, jakie miały miejsce w Katyniu i Smoleńsku, z upływem czasu będzie coraz mniej. Można natomiast liczyć, że dla młodych ludzi, którzy tutaj przyjadą, obecność na miejscach tragicznych zdarzeń pozostanie na długo w pamięci, a to jest przecież podstawowym celem, aby pamięć o mordzie polskich oficerów w Katyniu i o ofiarach katastrofy w Smoleńsku jak najdłużej pozostała w świadomości społeczeństwa, a mam nadzieję, że i mojego wnuka.
Po drugie, aby tak jak w przypadku obecnego wyjazdu organizatorzy nigdy nie próbowali porównywać czy zrównywać wydarzeń z Katynia i katastrofy w Smoleńsku, dla których wspólnym mianownikiem może być tylko ból rodziny po utracie najbliższych osób czy bliskość miejsc, w jakich te wydarzenia zaistniały. Natomiast wszystkie inne aspekty tych wydarzeń są zupełnie inne i nieporównywalne.
Trzeci wniosek, jaki się nasuwa, jest związany z programem, który został przedstawiony i sprawnie zrealizowany przez organizatora wyjazdu. Jestem osobą uczuciowo związaną z miejscem, gdzie zginął mój Ojciec. Program pobytu opracowany przez organizatora obejmował dużo istotnych punktów, ale nie przewidywał odpowiednio długiego czasu dla takich uczestników jak ja (myślę że minimum 45 minut), w którym mógłbym spokojnie stanąć przy tabliczce mojego Ojca symbolizującej jego mogiłę i w ciszy i spokoju zmówić modlitwę za jego duszę i pomyśleć, jak wyglądałoby moje życie, gdyby to wydarzenie nie zaistniało, gdyby. Ojciec szczęśliwie wrócił do domu i z całą rodziną szczęśliwie doczekalibyśmy zakończenia wojny. Myślę, że do czasu, kiedy takie osoby jak ja będą uczestnikami takich wyjazdów, organizatorzy w programie pobytu w Katyniu i programie pobytu w Smoleńsku taki czas powinni przewidzieć.
Myślę, że są to trzy sprawy, na które chciałbym zwrócić uwagę.
Józef Dzenajewicz, Rodzina Katyńska w Szczecinie
Pierwodruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2016–2017
