Jerzy Piniński, Spotkanie z Ojcem (2018)

Moje­go Ojca, Pio­tra Piniń­skie­go, rot­mi­strza 15. Puł­ku Uła­nów (il. 1), nigdy nie widzia­łem. Gdy uro­dzi­łem się 19 listo­pa­da 1939 roku, był już zapew­ne w nie­wo­li sowiec­kiej. Kie­dy do domu, do Pozna­nia przy­szedł tele­gram ze Sta­ro­biel­ska, w któ­rym trosz­czą­cy się o rodzi­nę Ojciec pytał o swo­ją żonę, Lyę Piniń­ską z troj­giem dzie­ci (więc i mnie uwzględ­nił), Mama była już w Kra­ko­wie, dokąd ucie­kła, bojąc się wysie­dle­nia (w domu zja­wi­ło się gesta­po, na szczę­ście jej nie zasta­li).

Kie­dy Niem­cy ogło­si­li odkry­cie miej­sca zamor­do­wa­nych ofi­ce­rów pol­skich w Katy­niu, Mama śle­dzi­ła infor­ma­cje o ziden­ty­fi­ko­wa­nych zwło­kach. Pio­tra Piniń­skie­go wśród nich nie było. Nie prze­sta­ła szu­kać infor­ma­cji o nim. Skon­tak­to­wa­ła się z mjr. Julia­nem Fische­rem, Austria­kiem, ofi­ce­rem kon­trak­to­wym 15. Puł­ku Uła­nów, dowód­cą Ośrod­ka Zapa­so­we­go Wiel­ko­pol­skiej Bry­ga­dy Kawa­le­rii, któ­ry prze­żył obóz w Sta­ro­biel­sku. Poda­wał on takie szcze­gó­ły, że Pie­tia (tak mówi­li o Tacie kole­dzy i rodzi­na, pocho­dził z Kamień­ca Podol­skie­go) miał nowe buty, któ­re oka­za­ły się za cia­sne, więc ścią­gnął buty z jakie­goś tru­pa, że w obo­zie marzł w gło­wę, bo miał tyl­ko fura­żer­kę, że zna­jąc dosko­na­le język rosyj­ski, czę­sto cho­dził po zaku­py też dla innych jeń­ców. I naj­waż­niej­sze, że wyje­chał z obo­zu pierw­szym lub dru­gim trans­por­tem, na począt­ku kwiet­nia 1940 roku. Mówio­no im, że jadą na wol­ność. Poszu­ki­wa­nia przez Czer­wo­ny Krzyż nic nie dały, ślad ury­wał się na Sta­ro­biel­sku. Mama, mimo że była atrak­cyj­ną kobie­tą i nie bra­ko­wa­ło sta­ra­ją­cych się, nigdy nie wyszła powtór­nie za mąż, uwa­ża­ła, że mąż może w każ­dej chwi­li wró­cić. Atmos­fe­ra panu­ją­ca w domu spo­wo­do­wa­ła, że mnie, 6–7‑letniemu dziec­ku, powrót Taty śnił się każ­dej nocy.

W mło­do­ści żyłem wła­snym życiem, waż­na dla mnie była zało­żo­na rodzi­na i pra­ca. Szyb­ko spra­wa Ojca wró­ci­ła, szcze­gól­nie, że moja żona, któ­ra prze­ży­ła wywóz­kę na Sybe­rię, też była pół­sie­ro­tą – stra­ci­ła tam mat­kę. Bli­sko 50 lat temu prze­czy­ta­łem Zbrod­nię katyń­ską w świe­tle doku­men­tów. Byłem prze­ko­na­ny, że Ojciec nie żyje i leży w nie­od­kry­tym jesz­cze miej­scu. Zaczą­łem pró­bo­wać two­rzyć sobie obraz Taty, roz­ma­wia­łem z Mamą, Sio­strą i Bra­tem, któ­rzy go pamię­ta­li. Pozo­sta­ły też po nim licz­ne zdję­cia, doku­men­ty zwią­za­ne z odzna­cze­nia­mi, meda­le i nagro­dy spor­to­we. Dotar­łem też do doku­men­tów z Cen­tral­ne­go Archi­wum Woj­sko­we­go w Rem­ber­to­wie. Nawią­za­łem kon­takt z przy­ja­cie­lem Taty, ppłk. Micha­łem Kwa­liasz­wi­lim z Pozna­nia, ofi­ce­rem kon­trak­to­wym „pięt­nast­ki”, z tego same­go rocz­ni­ka Ofi­cer­skiej Szko­ły Kawa­le­rii w Gru­dzią­dzu.

Gdy Pol­ska odzy­ska­ła nie­pod­le­głość w 1989 roku, ujaw­nio­ne doku­men­ty wyka­za­ły nie­zbi­cie, że mój Ojciec, razem z inny­mi więź­nia­mi obo­zu w Sta­ro­biel­sku, został zamor­do­wa­ny na obrze­żach Char­ko­wa, w Pia­ti­chat­kach. Kie­dy powsta­ła łódz­ka Rodzi­na Katyń­ska, moja Mama, a póź­niej ja zosta­li­śmy jej człon­ka­mi. Los zda­rzył, że mój bli­ski kole­ga z pra­cy, arche­olog Mie­czy­sław Góra, zaan­ga­żo­wał się w pra­ce w Char­ko­wie-Pia­ti­chat­kach nad poszu­ki­wa­niem, eks­hu­ma­cją i pogrze­ba­niem ofiar zbrod­ni 1940 roku.

Zin­ten­sy­fi­ko­wa­łem pra­ce nad rekon­struk­cją prze­bie­gu życia Taty. Pomo­gli mi kole­dzy z Towa­rzy­stwa Byłych Żoł­nie­rzy i Przy­ja­ciół 15. Puł­ku Uła­nów Poznań­skich, szcze­gól­nie Tade­usz Jezio­row­ski, dyrek­tor Wiel­ko­pol­skie­go Muzeum Woj­sko­we­go, i nie­ży­ją­cy już ppłk. Tade­usz Andrze­jew­ski, któ­ry słu­żył w szwa­dro­nie Taty w 1937 roku. Ze wzru­sze­niem uczest­ni­czy­łem w publicz­nym ogło­sze­niu awan­su rtm. Pio­tra Piniń­skie­go na majo­ra w listo­pa­dzie 2007 roku. Wyczy­ty­wa­nie nazwisk zamor­do­wa­nych trwa­ło dwa dni, co uświa­do­mi­ło mi ogrom licz­by ofiar tej zbrod­ni.

Na wyjazd do Char­ko­wa, na miej­sce śmier­ci Taty, nie zde­cy­do­wa­łem się. Zapew­ne do tego jesz­cze nie doj­rza­łem. Aż do tego roku. Kie­dy zadzwo­nił do mnie pre­zes łódz­kiej Rodzi­ny Katyń­skiej, Janusz Lan­ge, z pro­po­zy­cją wzię­cia udzia­łu w piel­grzym­ce Rodzin Katyń­skich, natych­miast powie­dzia­łem „tak”.

Przez kil­ka ostat­nich lat nie orga­ni­zo­wa­no wyjaz­dów do Char­ko­wa, prze­cież na Ukra­inie trwa woj­na. Usil­ne sta­ra­nia Rodzin Katyń­skich w koń­cu poskut­ko­wa­ły. Mini­ster­stwo Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go zor­ga­ni­zo­wa­ło piel­grzym­kę na tam­tej­szy cmen­tarz wojen­ny. Wyle­cie­li­śmy z War­sza­wy rano 9 czerw­ca 2018 roku. Nas, z Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich, było oko­ło 70 osób. Po przy­by­ciu do Char­ko­wa oka­za­ło się, że nie­ste­ty, pod tabli­cę upa­mięt­nia­ją­cą pomor­do­wa­nych, któ­ra znaj­du­je się na gma­chu byłe­go NKWD, poje­cha­ła jedy­nie skrom­na dele­ga­cja, z wice­pre­mie­rem Pio­trem Gliń­skim i pre­zes zarzą­du naszej Fede­ra­cji Iza­bel­lą Sariusz-Skąp­ską. Tak nie dane mi było zoba­czyć gma­chu, gdzie ostat­nie chwi­le swo­je­go życia spę­dził mój Ojciec i gdzie go zamor­do­wa­no.

Nas prze­wie­zio­no auto­ka­rem, przez całe mia­sto, do Pia­ti­cha­tek. Jest to olbrzy­mi kom­pleks leśny, cmen­tarz jest tyl­ko jego malut­ką czę­ścią. Na miej­scu cze­kał poczę­stu­nek, ale spie­szy­ło mi się przede wszyst­kim na cmen­tarz. Szcze­gól­nie, że uro­czy­stość była zapla­no­wa­na boga­to, a cza­su na oso­bi­stą reflek­sję prze­wi­dzia­no bar­dzo mało. Wła­ści­wie sam cmen­tarz zna­łem ze zdjęć, więc mnie nie zasko­czył. Pro­sty, z dwo­ma ścia­na­mi na jego koń­cach, jed­ną poświę­co­ną oby­wa­te­lom radziec­kim, mor­do­wa­nym od 1937 roku, dru­gą – pol­skim jeń­com wojen­nym, zamor­do­wa­nym wio­sną 1940 roku. Środ­kiem, po obu stro­nach cen­tral­nej dro­gi, cią­gną się rzę­dy pły­tek, poświę­co­nych leżą­cym tu więź­niom obo­zu w Sta­ro­biel­sku (il. 2). Orga­ni­za­to­rzy posta­wi­li na nich rząd zni­czy. Po bokach, wśród drzew, wzno­szą się owal­ne kop­czy­ki, wyło­żo­ne kamien­ną kost­ką, zwień­czo­ne drew­nia­ny­mi krzy­ża­mi, pol­skie łaciń­ski­mi, radziec­kie pra­wo­sław­ny­mi ­– miej­sca, gdzie leżą pomor­do­wa­ni. Szyb­ko, na koń­cu dro­gi po lewej stro­nie, zna­la­złem płyt­kę moje­go Ojca (il. 3). Poło­ży­łem na niej przy­wie­zio­ne kwia­ty. Zarząd naszej Rodzi­ny Katyń­skiej zadbał o to, by były kwiat­ki dla zamor­do­wa­nych bli­skich naszych człon­ków. Dosta­łem też swój „przy­dział” – kwiat­ki i wykaz pię­ciu nazwisk. Po odszu­ka­niu, rów­nież na ich płyt­kach poło­ży­łem kwiat­ki.

Ale już zaczę­ły się uro­czy­sto­ści. Ode­gra­no hym­ny Pol­ski i Ukra­iny. Zło­żo­no kwia­ty pod ścia­ną ukra­iń­ską. Nie oby­ło się bez prze­mó­wień. Według pro­gra­mu pierw­sza mia­ła mówić pre­zes zarzą­du Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich. Ale poli­ty­cy muszą być pierw­si. Naprzód prze­ma­wiał wice­pre­mier i mini­ster kul­tu­ry i dzie­dzic­twa naro­do­we­go Piotr Gliń­ski, następ­nie wice­pre­mier Ukra­iny Paw­ło Rozen­ko, a list mini­stra obro­ny naro­do­wej Mariu­sza Błasz­cza­ka odczy­tał Łukasz Kudlic­ki. Na koń­cu prze­ma­wia­ła Iza­bel­la Sariusz-Skąp­ska, jak zwy­kle był to pięk­ny, przej­mu­ją­cy głos. Następ­nie zebra­ni uczci­li pamięć pomor­do­wa­nych minu­tą ciszy, a pod­od­dział Kom­pa­nii Hono­ro­wej Woj­ska Pol­skie­go oddał sal­wę hono­ro­wą (il. 4). Zło­żo­no kwia­ty pod ścia­ną pol­ską. Czu­łem się zaszczy­co­ny, bo byłem w dele­ga­cji skła­da­ją­cej wie­niec od łódz­kiej Rodzi­ny Katyń­skiej. Następ­nym punk­tem pro­gra­mu była msza świę­ta za pomor­do­wa­nych, któ­rej prze­wod­ni­czył biskup polo­wy Woj­ska Pol­skie­go Józef Guz­dek (il. 5). Po mszy modli­li się: pop pra­wo­sław­ny, pastor Kościo­ła ewan­ge­lic­kie­go i imam muzuł­mań­ski (il. 6). Na koń­cu zabrzmiał Dzwon Pamię­ci wmon­to­wa­ny w ścia­nę pol­ską.

W mię­dzy­cza­sie na płyt­kach z nazwi­ska­mi pomor­do­wa­nych zaro­iło się od kwia­tów, wzdłuż nich uczest­ni­cy powty­ka­li bia­ło-czer­wo­ne cho­rą­giew­ki. Zapy­ta­łem Miet­ka Górę, uczest­ni­ka eks­hu­ma­cji, czy moż­na okre­ślić, któ­re gro­by są naj­wcze­śniej­sze, prze­cież tam leży mój Tata. Dowie­dzia­łem się, że nie jest to pew­ne, ale praw­do­po­dob­nie jest to dru­gi co do wiel­ko­ści grób, na pra­wo od dro­gi (il. 7). Wetkną­łem tam, pomię­dzy kamie­nie, bia­ło-czer­wo­ną cho­rą­giew­kę, któ­rą dosta­łem od kole­gi z Olsz­ty­na, i pomo­dli­łem się. Było to spo­tka­nie z Ojcem, pra­wie czu­łem jego obec­ność. Wzią­łem ze sobą garść twar­dej zie­mi les­so­wej, któ­rą wysy­pa­łem w Pol­sce na gro­bie Mamy. Cho­dzi­łem po cmen­ta­rzu, sta­ra­jąc się jak naj­le­piej zapa­mię­tać miej­sce, gdzie zna­la­zły się docze­sne szcząt­ki Taty. Ale, nie­ste­ty, trze­ba już wra­cać. Po sutym i smacz­nym obie­dzie wra­ca­my wie­czo­rem do War­sza­wy. W hote­lu jest czas na roz­mo­wy i komen­ta­rze. Odczu­wam nie­do­syt z tak krót­kie­go poby­tu. Chciał­bym jesz­cze zoba­czyć wszyst­ko spo­koj­nie, bez pośpie­chu, tak­że budy­nek NKWD, miej­sce śmier­ci Taty, a tak­że Sta­ro­bielsk, gdzie Tata spę­dził prze­cież kil­ka ostat­nich mie­się­cy swo­je­go, tak krót­kie­go życia.

Chciał­bym tu krót­ko przed­sta­wić bio­gram Ojca, a wła­ści­wie to, co uda­ło mi się usta­lić. Piotr Piniń­ski, syn Alek­san­dra i Marii, przy­szedł na świat w 1902 roku w Kamień­cu Podol­skim (ofi­cjal­nie 3 lute­go, rze­czy­wi­ście praw­do­po­dob­nie 16 grud­nia), w rodzi­nie zie­miań­skiej, jako dru­gie spo­śród sze­ścior­ga dzie­ci. Uczęsz­czał począt­ko­wo do szko­ły han­dlo­wej, póź­niej do gim­na­zjów filo­lo­gicz­nych w Kamień­cu Podol­skim, Bału­cie i Nie­mi­ro­wie. Od 1910 roku dzia­łał w taj­nych orga­ni­za­cjach pol­skich: w pol­skim har­cer­stwie (w 1916 roku jako komen­dant huf­ca zakła­dał dru­ży­ny har­cer­skie) i w taj­nej kor­po­ra­cji uczniow­skiej. 1 maja 1918 roku wstę­pu­je do Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej, przyj­mu­jąc pseu­do­nim Jan Sawa. Pod­czas walk 3. Kor­pu­su Wschod­nie­go w Nie­mi­ro­wie pro­wa­dzi z har­ce­rza­mi wywiad na jego rzecz. W POW nale­żał do sek­cji wywia­dow­czej, pro­wa­dził wywiad dys­lo­ka­cji i sta­nu moral­ne­go wojsk austro-nie­miec­kich i ukra­iń­skich. Roz­po­zna­wał jako wywia­dow­ca mosty na liniach kole­jo­wych Kamieniec–Płoskirów i Kamieniec–Łarga. Brał udział w wysa­dze­niu mostu pod Hre­cza­na­mi. Jeź­dził też jako kurier. Pod koniec paź­dzier­ni­ka 1918 roku, pod­czas roz­po­zna­nia linii kole­jo­wej Kamieniec–Łarga, został aresz­to­wa­ny przez patrol austriac­ki, po dwóch dniach z bra­ku dowo­dów winy wypusz­czo­ny.

Uciekł z domu i na roz­kaz mobi­li­za­cyj­ny POW, w koń­cu paź­dzier­ni­ka 1918 roku przy­był do Radzi­wił­ło­wa, skąd w nocy z bro­nią w ręku, z gru­pą peowia­ków przedarł się w lasy pod Bro­da­mi, bio­rąc udział w akcji pro­wa­dzo­nej przez Leopol­da Lisa-Kulę na tyłach wojsk ukra­iń­skich. Oko­ło tydzień wal­czo­no tam z Ukra­iń­ca­mi i pości­go­wym baonem Niem­ców. Po nie­uda­nej akcji na roz­kaz Lisa-Kuli prze­do­stał się do Rów­ne­go i stam­tąd z oddzia­łem POW Jan­kow­skie­go-Jasiń­skie­go z bro­nią przedarł się do Wło­dzi­mie­rza Wołyń­skie­go, któ­ry zaję­li po wypar­ciu sot­ni Ukra­iń­ców. W cza­sie służ­by w POW odzna­czał się odwa­gą i bez­względ­nym posza­no­wa­niem roz­ka­zu. Roz­po­czął służ­bę w Woj­sku Pol­skim, poda­jąc błęd­ną datę uro­dze­nia, by zostać przy­ję­tym – prze­ro­bił datę w doku­men­cie. Oddział POW prze­kształ­cił się w Baon Sztur­mo­wy pod dowódz­twem por. Kazi­mie­rza Jan­kow­skie­go-Jasiń­skie­go, a potem w Kom­pa­nię Sztur­mo­wą 1. Puł­ku Pie­cho­ty Legio­nów. Piotr Piniń­ski brał udział we wszyst­kich bitwach tej jed­nost­ki jako sze­re­go­wy, a od lute­go 1919 roku star­szy sze­re­go­wy. Brał udział w woj­nie pol­sko-ukra­iń­skiej 1918–1919 roku, a jego oddział sta­cjo­no­wał wów­czas we Wło­dzi­mie­rzu Wołyń­skim (il. 8). Okre­ślał tę woj­nę jako bar­dzo okrut­ną. Był ran­ny w gło­wę w 1919 roku pod Wło­dzi­mie­rzem Wołyń­skim. Potem całe życie cier­piał na bóle gło­wy. W kwiet­niu 1919 razem z Kom­pa­nią Sztur­mo­wą zosta­je wyco­fa­ny z fron­tu, a następ­nie skie­ro­wa­ny do Wil­na. Prze­nie­sio­ny zosta­je do oddzia­łu II przy 1. Dywi­zji Pie­cho­ty Legio­no­wej jako wywia­dow­ca.

W lip­cu prze­niósł się do 11. Puł­ku Uła­nów Legio­no­wych. Mie­siąc póź­niej zosta­je awan­so­wa­ny na kapra­la. Bie­rze udział w wal­kach z bol­sze­wi­ka­mi. Z nie­zna­nych mi powo­dów znaj­du­je się 10 czerw­ca 1920 roku w skła­dzie 19. Puł­ku Uła­nów Wołyń­skich (il. 9). Znam jedy­nie ułam­ko­we dane o jego dal­szym udzia­le w woj­nie lat 1918–1921: że cięż­ko cho­ry na tyfus miał zostać pod­czas odwro­tu z inny­mi ran­ny­mi pozo­sta­wio­ny na brze­gu prze­kra­cza­nej rze­ki, ale z wła­snej ini­cja­ty­wy prze­nio­sła go sani­ta­riusz­ka, któ­rej się podo­bał, że zdro­wiał w jakimś dwo­rze. Zapew­ne powró­cił do puł­ku, gdyż prze­by­wał na fron­cie do 8 stycz­nia 1921 roku.

W lutym 1921 roku zosta­je kie­row­ni­kiem kan­ce­la­rii w DOK II (Lublin), oddział III (wyszko­le­nia i oświa­ty). W lip­cu 1922 roku został mia­no­wa­ny plu­to­no­wym. Po zakoń­cze­niu woj­ny posta­no­wił pozo­stać w woj­sku. Mojej Mamie mówił, że nie miał zawo­du, mają­tek został poza gra­ni­cą Pol­ski, więc ta dro­ga była oczy­wi­sta. W latach 1921–1922 przy­go­to­wu­je się do matu­ry w Lubli­nie; matu­rę zdał w War­sza­wie w Szko­le Pod­cho­rą­żych, któ­rą koń­czy w 1923 roku w stop­niu wach­mistrz pod­cho­rą­ży. Podob­no miał pro­po­zy­cję kur­su ofi­cer­skie­go, ale posta­no­wił iść nor­mal­nym try­bem. Uzy­sku­je przy­dział do Ofi­cer­skiej Szko­ły Kawa­le­rii w Gru­dzią­dzu (il. 10) i po dwóch latach nauki, 1 lip­ca 1925 roku zosta­je mia­no­wa­ny pod­po­rucz­ni­kiem i wcie­lo­ny do 15. Puł­ku Uła­nów Poznań­skich. Pod­czas pro­mo­cji gen. Tade­usz Roz­wa­dow­ski jako pry­mu­so­wi wrę­czył mu tzw. „zło­tą sza­blę” od pre­zy­den­ta Sta­ni­sła­wa Woj­cie­chow­skie­go. W puł­ku obej­mu­je dowódz­two plu­to­nu szwa­dro­nu Kara­bi­nów Maszy­no­wych. W 1926 roku był zastęp­cą komen­dan­ta puł­ko­wej szko­ły pod­ofi­cer­skiej.

W latach 1926–1927 Piotr Piniń­ski dowo­dzi plu­to­nem. W 1927 roku jest już porucz­ni­kiem. Rów­no­cze­śnie został zastęp­cą komen­dan­ta szko­ły pod­ofi­cer­skiej K.M. 3. Dywi­zji Kawa­le­rii przy 7. Puł­ku Strzel­ców Kon­nych. Po trzech mie­sią­cach wra­ca do macie­rzy­ste­go puł­ku, dowo­dząc plu­to­nem, a od 1928 roku szwa­dro­na­mi (nie­kie­dy w zastęp­stwie). Zosta­je też refe­ren­tem oświa­ty puł­ku. Dnia 1 stycz­nia 1935 roku zosta­je mia­no­wa­ny rot­mi­strzem. W 1937 roku koń­czy w Gru­dzią­dzu Kurs Dowód­ców Szwa­dro­nów z wyni­kiem bar­dzo dobrym. Jako ofi­ce­ra, a w pew­nym stop­niu i czło­wie­ka, cha­rak­te­ry­zu­je go pisem­na opi­nia wyda­na po zakoń­cze­niu tego kur­su: „Rozu­mo­wa­nie tak­tycz­ne i zdol­ność wycią­ga­nia wnio­sków – duże. Sta­łość i zde­cy­do­wa­na obro­na swej decy­zji – bar­dzo duża, cza­sa­mi upar­ty. Roz­ka­zo­daw­stwo ust­ne – bar­dzo dobre, pisem­ne – dobre. Pew­ność sie­bie i śmia­łość wystą­pie­nia – bar­dzo duża, nie­co zaro­zu­mia­ły. Pra­co­wi­tość i umie­jęt­ność orga­ni­zo­wa­nia pra­cy – bar­dzo duża. Wytrzy­ma­łość – bar­dzo duża. Schlud­ność oso­bi­sta i pra­cy – bar­dzo duża. Kole­żeń­stwo – dobre. Takt w sto­sun­ku do prze­ło­żo­nych – bar­dzo duży, do kole­gów – duży. Dys­cy­pli­na wewnętrz­na i zewnętrz­na – bar­dzo duża. Zacho­wa­nie się w służ­bie i poza służ­bą – bar­dzo dobre. B a r d z o d o b r y d o w ó d c a i instruk­tor” (roz­strze­le­nie w ory­gi­na­le).

Ppłk. Tade­usz Andrze­jew­ski, będą­cy jego bez­po­śred­nim pod­wład­nym w 1937 roku, cha­rak­te­ry­zu­je Pio­tra Piniń­skie­go jako czło­wie­ka spo­koj­ne­go, w któ­re­go szwa­dro­nie nie krzy­cza­no na pod­wład­nych. O jego patrio­ty­zmie świad­czy, że kie­dy będąc z żoną na urlo­pie za gra­ni­cą w 1938 roku, otrzy­mał tele­gram z puł­ku z roz­ka­zem przy­jaz­du, żona pro­po­no­wa­ła wyjazd na dru­gi dzień, Tata się nie zgo­dził, mówiąc: „Ojczy­zna wzy­wa, natych­miast paku­je­my się i jedzie­my”. Razem ze swo­im puł­kiem wkro­czył na Zaol­zie.

Podob­no miał pro­po­zy­cję stu­diów w Wyż­szej Szko­le Wojen­nej, co skut­ko­wa­ło­by awan­sem na majo­ra, lecz wyra­żał się z nie­chę­cią o „karie­ro­wi­czo­stwie” w woj­sku. Roz­wa­żał nawet ewen­tu­al­ną dymi­sję i zaję­cie się hodow­lą koni dla woj­ska (mógł to mu uła­twić zamoż­ny teść). W 1938 (według mojej Mamy) lub na począt­ku 1939 roku Ojciec został prze­nie­sio­ny do Cen­trum Wyszko­le­nia Kawa­le­rii w Gru­dzią­dzu, gdzie od 8 lute­go 1939 był dowód­cą II plu­to­nu 2 szwa­dro­nu szkol­ne­go Szko­ły Pod­cho­rą­żych Kawa­le­rii, pozo­sta­jąc ofi­ce­rem 15. Puł­ku Uła­nów Poznań­skich. Żona nie chcia­ła się prze­nieść do Gru­dzią­dza, tam go odwie­dza­ła. Tata mówił: „Wiesz, że wyszłaś za ofi­ce­ra, któ­re­go moż­na w każ­dej chwi­li prze­nieść; ciesz się, że nie dosta­łem przy­dzia­łu do Suwałk czy Bara­no­wicz”. Gdy na wio­snę 1939 roku zde­cy­do­wa­ła się na prze­no­si­ny, mąż dora­dzał pozo­sta­nie z rodzi­ca­mi w Pozna­niu ze wzglę­du na napię­tą sytu­ację wojen­ną. Mówił, by była spo­koj­na o nie­go, gdyż zosta­nie skie­ro­wa­ny na tyły do szko­le­nia żoł­nie­rzy, cho­ciaż wolał­by wal­czyć na fron­cie.

Mój Ojciec osią­gał wybit­ne rezul­ta­ty w dzie­dzi­nie spor­tu kon­ne­go. Był dłu­go­let­nim kie­row­ni­kiem gru­py „Mili­ta­ri” 15. Puł­ku Uła­nów. Brał czyn­ny udział w zawo­dach kon­nych w Pozna­niu, Gnieź­nie, War­sza­wie i innych miej­sco­wo­ściach (il. 11). Otrzy­my­wał dużo nagród. Mam dwie obrę­cze meta­lo­we z pucha­rów (Nagro­da Koła Zw. Ofi­ce­rów Rez. Powiat Obor­ni­ki, 24 paź­dzier­ni­ka 1937; Zwy­cięz­cy Kon­kur­su Hipicz­ne­go w Dniu Świę­ta Pięt­na­sto­le­cia 15 Puł­ku Uła­nów Poznań­skich mia­sto Poznań, 22 kwiet­nia 1934), a moja bra­ta­ni­ca wie­le meda­li, z któ­rych pamię­tam medal za 1. miej­sce (zespo­ło­we) w Mistrzo­stwach Armii („Mili­ta­ri”; Tata zdo­by­wał je dwu­krot­nie razem z dru­ży­ną 15. Puł­ku Uła­nów: zespo­ło­we w latach 1929 i 1930 na „Niedź­wie­dzi­cy”, wice­mi­strzo­stwo zespo­ło­we w 1936 roku na wała­chu „Wiking IV”). Nale­żał też do naj­lep­szej w Pol­sce dru­ży­ny polo 15. Puł­ku Uła­nów (il. 12), cho­ciaż mówił, że ten sport nie­zbyt lubi ze wzglę­du na czę­ste ude­rza­nie kulą nóg koni. O pasji, z jaką upra­wiał jeź­dziec­two, świad­czy nastę­pu­ją­ce zda­rze­nie: po upad­ku z konia zna­lazł się w szpi­ta­lu, lecz następ­ne­go dnia uciekł, by kon­ty­nu­ować udział w zawo­dach. Pisał też o spo­rcie kon­nym w woj­sku do „Prze­glą­du Kawa­le­ryj­skie­go”, m.in. bio­rąc udział w dys­ku­sji o tech­ni­ce sko­ków przez prze­szko­dy – był zwo­len­ni­kiem szko­ły natu­ral­nej. W 1931 roku skoń­czył Kurs Instruk­to­rów Jaz­dy Kon­nej w CWK w Gru­dzią­dzu, a w następ­nym roku Wyż­szy Kurs Instruk­to­rów Jaz­dy Kon­nej tam­że.

Nie znam losów Ojca pod­czas woj­ny, we wrze­śniu 1939 roku. Żona pró­bo­wa­ła w CWK dowie­dzieć się, dokąd został skie­ro­wa­ny, lecz otrzy­ma­ła odpo­wiedź, że „wyje­chał w nie­zna­nym kie­run­ku”. Jędrzej Tuchol­ski wią­że Pio­tra Piniń­skie­go z Ośrod­kiem Zapa­so­wym Wiel­ko­pol­skiej Bry­ga­dy Kawa­le­rii w Kra­śni­ku, co mogło­by być praw­do­po­dob­ne, gdyż Ojciec zna­lazł się z pra­wie całą kadrą ofi­cer­ską Ośrod­ka w obo­zie w Sta­ro­biel­sku. Z dru­giej stro­ny, ppłk. Tade­usz Andrze­jew­ski, któ­ry prze­szedł szlak bojo­wy w 1939 roku z OZ WBK i znał moje­go Ojca, twier­dzi, że tam go nie było. Moż­li­we, że tra­fił do Ośrod­ka Zapa­so­we­go Pomor­skiej Bry­ga­dy Kawa­le­rii w Gar­wo­li­nie, któ­re­go dowód­cą został płk. Tade­usz Komo­row­ski, zwierzch­nik Taty w Gru­dzią­dzu.

Teraz wiem, że z obo­zu w Sta­ro­biel­sku wywie­zio­no go do Char­ko­wa, roz­strze­la­no oko­ło 7 kwiet­nia 1940 roku w budyn­ku NKWD, a cia­ło zako­pa­no, razem z towa­rzy­sza­mi nie­do­li, w pobli­skich Pia­ti­chat­kach. W 2007 roku mini­ster obro­ny naro­do­wej pośmiert­nie mia­no­wał majo­rem Pio­tra Piniń­skie­go.

Odzna­cze­nia: Medal Nie­pod­le­gło­ści (1931), Srebr­ny Krzyż Zasłu­gi (1938, za zasłu­gi na polu roz­wo­ju spor­tu kon­ne­go w woj­sku i za cało­kształt zasług w służ­bie woj­sko­wej), Medal Pamiąt­ko­wy Za Woj­nę 1918–1921 (1928), Medal Dzie­się­cio­le­cia Odzy­ska­nej Nie­pod­le­gło­ści (1928), Srebr­ny Medal Za Dłu­go­let­nią Służ­bę (1938), Brą­zo­wy Medal Za Dłu­go­let­nią Służ­bę (1938), Odzna­ka hono­ro­wa „Orlę­ta”, Znak Puł­ko­wy 15. Puł­ku Uła­nów Poznań­skich (1927); pośmiert­nie: Krzyż Kam­pa­nii Wrze­śnio­wej 1939 (1985), Medal „Za udział w woj­nie obron­nej 1939” (1993). Ist­nie­je wnio­sek o nada­nie Krzy­ża Nie­pod­le­gło­ści z adno­ta­cją „Roz­pa­trzo­no ponow­nie na posie­dze­niu K.K. i M.N. w dniu 9 XII 1935 r.”. Wnio­sek został zapew­ne odrzu­co­ny, mimo bra­ku na nim decy­zji Komi­te­tu.

Bar­dzo waż­ne jest dla mnie, jakim mój Ojciec był czło­wie­kiem. Nie­wąt­pli­wie był wiel­kim patrio­tą pol­skim. Świad­czą o tym jego dzie­je, od dzie­ciń­stwa. Jego rodzeń­stwo, star­sza sio­stra Jani­na i młod­szy brat Miko­łaj (zamor­do­wa­ny przez Niem­ców w Tre­blin­ce), dzia­ła­li w kon­spi­ra­cji, pro­du­ku­jąc fał­szy­we doku­men­ty. Nie­wąt­pli­wie rodzi­na była bar­dzo patrio­tycz­na. Piotr Piniń­ski oże­nił się w 1930 roku z Lyą Hein­ze­lów­ną (il. 13). Wpa­dła mu w oko na zawo­dach kon­nych. Gdy zoba­czył, że roz­ma­wia z nią i jej rodzi­ca­mi gene­ra­ło­wa Socha­czew­ska, żona dowód­cy Wiel­ko­pol­skiej Bry­ga­dy Kawa­le­rii, popro­sił o przed­sta­wie­nie. Lya zako­cha­ła się w przy­stoj­nym ofi­ce­rze od pierw­sze­go wej­rze­nia. A on popro­sił o jej rękę. Zamoż­ni rodzi­ce, widząc, co się świę­ci, chcie­li wysłać nie­speł­na 18-let­nią cór­kę na stu­dia do Szwaj­ca­rii. Ale ona powie­dzia­ła: „Nigdzie nie jadę, wycho­dzę za mąż”. Uro­dzi­ło się tro­je dzie­ci: Maria Piniń­ska-Bereś (17 sierp­nia 1931–20 kwiet­nia 1999), Zbi­gniew Piniń­ski (16 wrze­śnia 1933–24 lute­go 2018) i Jerzy Piniń­ski (ur. 19 listo­pa­da 1939). Tatu­la (tak nazy­wa­ły go dzie­ci) posia­dał zdol­no­ści pla­stycz­ne, gdy cór­ce opo­wia­dał baj­kę, to rów­no­cze­śnie ryso­wał opo­wia­da­ne sytu­acje (il. 14). Zdol­no­ści te prze­ję­ła cór­ka, artyst­ka rzeź­biar­ka. Miał nowo­cze­sny sto­su­nek do żywie­nia, kazał żonie kar­mić dzie­ci dużą ilo­ścią warzyw, a ogra­ni­czać mię­so, mówiąc, że sam jest przy­zwy­cza­jo­ny do jedze­nia z warzyw jedy­nie ogór­ków. Żona pro­si­ła go, by mogła cza­sa­mi kar­mić dzie­ci mię­sem z gołę­bi, któ­re hodo­wał.

Mówił, że pocho­dzi z hra­biow­skiej rodzi­ny, ale nie stać go na uży­wa­nie tytu­łu. Pew­nie nie cho­dzi­ło jedy­nie o pie­nią­dze, bo gdy żonę Pie­tii zapro­si­ła księż­na Czar­to­ry­ska, to zabro­nił jej iść, mówiąc, że „tam są tyl­ko plot­ki”. Jego ido­lem był mar­sza­łek Józef Pił­sud­ski. Swój pierw­szy oddział, w któ­rym wal­czył z Ukra­iń­ca­mi, nazy­wał „bojów­ką Pił­sud­skie­go”. Cięż­ko prze­żył to, że pod­czas zama­chu majo­we­go jego pułk miał być skie­ro­wa­ny prze­ciw­ko mar­szał­ko­wi, gro­żąc samo­bój­stwem. Dowód­ca bry­ga­dy, gen. Sta­ni­sław Socha­czew­ski, mówił żonie Piniń­skie­go, że w cza­sie prze­wro­tu majo­we­go Piniń­ski z dru­gim ofi­ce­rem aresz­to­wa­li go, każąc mu oddać sza­blę. Skoń­czy­ło się to jed­nak bez kon­se­kwen­cji.

Miał boga­te, ale krót­kie życie. Jestem dum­ny z Cie­bie, Tato. Do zoba­cze­nia po dru­giej stro­nie.

Jerzy Piniń­ski, Rodzi­na Katyń­ska w Łodzi

Pier­wo­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2018

Piotr Piniń­ski, rtm. 15. Puł­ku Uła­nów Poznań­skich, 1935–1939

Tablicz­ka epi­ta­fij­na rtm. Pio­tra Piniń­skie­go

Modli­twy duchow­nych róż­nych wyznań

Kom­pa­nia Sztur­mo­wa 1. Puł­ku Pie­cho­ty Legio­nów, trze­ci z lewej st. szer. Piotr Piniń­ski (praw­do­po­dob­nie marzec 1919)

Dowódz­two i ele­wi Ofi­cer­skiej Szko­ły Kawa­le­rii w Gru­dzią­dzu, leży dru­gi z lewej st. wach­mistrz Piotr Piniń­ski

Zespół polo 15. Puł­ku Uła­nów, dru­gi z lewej Piotr Piniń­ski

Zdję­cie ślub­ne Lyi i Pio­tra Piniń­skich (Poznań 1930)

Autor tek­stu w „alei zamor­do­wa­nych” na Cmen­ta­rzu Ofiar Tota­li­ta­ry­zmu w Char­ko­wie (2018)

Kom­pa­nia Woj­ska Pol­skie­go odda­je sal­wę hono­ro­wą

Mszy świę­ta za pomor­do­wa­nych, prze­wod­ni­czy bp Józef Guz­dek

Czy w tym gro­bie leży mjr Piotr Piniń­ski?

Piotr Piniń­ski, kpr. 19. Puł­ku Uła­nów Wołyń­skich (praw­do­po­dob­nie gru­dzień 1920–styczeń 1921)

Por. Piotr Piniń­ski na prze­szko­dzie

Piotr Piniń­ski z cór­ką Marią (dru­ga poło­wa lat 1930.)