Wystąpienie prezes Zarządu FRK Izabelli Sariusz-Skąpskiej (9 czerwca 2018, Charków)

Sza­now­ni Pań­stwo, Kocha­ne Rodzi­ny Katyń­skie!

Każ­da nekro­po­lia katyń­ska, jaką odwie­dza­my, jest inna. Char­ków, pierw­sza z nich, otwar­ta w czerw­cu 2000 roku, jest miej­scem dra­ma­tycz­nym. Może spra­wia to ślad „czar­nej dro­gi”, któ­ra jest czę­ścią tego cmen­ta­rza. Może kamien­ne kur­ha­ny, zwień­czo­ne krzy­ża­mi. A może wyobraź­nia, któ­ra pod­po­wia­da, jak to miej­sce musia­ło wyglą­dać wte­dy, wio­sną 1940, kie­dy w lesie koło Pia­ti­cha­tek wrzu­ca­no do dołów śmier­ci cia­ła pomor­do­wa­nych w char­kow­skiej pie­rie­syl­ce. Dzia­ło się to nocą, robi­li to pospiesz­nie, byle jak, ano­ni­mo­wo. Bo zbrod­nia­rze zawsze kry­ją się w mro­ku, są byle jacy i chro­nią swo­ją toż­sa­mość. A może o dra­ma­ty­zmie char­kow­skie­go cmen­ta­rza Ofiar Zbrod­ni Katyń­skiej prze­są­dza nasza pamięć? Wszak pamię­ta­my dra­ma­tycz­ne opo­wie­ści tych, co w latach 1990. uczest­ni­czy­li w pra­cach ekip pol­skich arche­olo­gów. Pol­scy spe­cja­li­ści, wybra­ni przez sekre­ta­rza Rady Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa Andrze­ja Prze­woź­ni­ka, a pro­wa­dze­ni nie­za­wod­ną ręką pro­fe­so­ra Andrze­ja Koli, przy­go­to­wy­wa­li ten las, aby w god­ny spo­sób pocho­wać naszych Bli­skich.

Przy­je­cha­li­śmy po latach, nie­któ­rzy po raz pierw­szy, bo wie­rzy­my, iż nasza obec­ność tutaj jest waż­na. Każ­dy przy­wiózł wła­sny frag­ment wiel­kiej histo­rii i swo­ją opo­wieść rodzin­ną: wspo­mnie­nie Ojca, Stry­ja, Dziad­ka. Gdy­by­śmy chcie­li wymie­nić, do kogo tu przy­je­cha­li­śmy, nasze spo­tka­nie bar­dzo by się prze­cią­gnę­ło. A i tak nie przy­po­mnie­li­by­śmy wszyst­kich. Gru­ba jest księ­ga tego cmen­ta­rza, gru­be są księ­gi wszyst­kich katyń­skich nekro­po­lii.

Wcho­dząc do char­kow­skie­go lasu, widzi­my nie tyl­ko twa­rze jeń­ców, któ­rzy tutaj spo­czę­li. Godzi się w tym miej­scu wspo­mnieć o wyjąt­ko­wych świad­kach, bo to ich deter­mi­na­cja, odwa­ga i siła opo­wie­ści przy­czy­ni­ła się do poko­na­nia kłam­stwa katyń­skie­go i tego, że praw­da roz­bły­sła.

Pierw­szy świa­dek to Józef Czap­ski. Jeniec Sta­ro­biel­ska, wyro­kiem Opatrz­no­ści unik­nął losu kole­gów, a potem przez obo­zy w Gria­zow­cu i Paw­lisz­czew Borze dotarł do wol­no­ści. Kie­dy latem 1941 roku w Związ­ku Radziec­kim for­mo­wa­ła się armia gene­ra­ła Wła­dy­sła­wa Ander­sa, Czap­ski jako pierw­szy zaczął wśród oca­la­łych z wię­zień, łagrów i zesła­nia pol­skich ofi­ce­rów szu­kać „tych ze Sta­ro­biel­ska”. Potem oka­za­ło się, że bra­ku­je też jeń­ców Koziel­ska i Ostasz­ko­wa, że nie moż­na doli­czyć się więź­niów z zachod­niej Ukra­iny i Bia­ło­ru­si, któ­rzy prze­pa­dli bez wie­ści wio­sną 1940.

Józef Czap­ski szu­kał ich do koń­ca swo­ich dni. Nawet w latach 1990., kie­dy do zło­wro­giej nazwy „Katyń” już dołą­czy­ły Char­ków, Mied­no­je i Bykow­nia, autor „Wspo­mnień sta­ro­biel­skich” dalej gło­sił swo­je świa­dec­two. Jako oca­lo­ny od kaź­ni, całe życie mówił o tych, co tu spo­czę­li, chro­nił Ich przed kłam­stwem cynicz­nej poli­ty­ki i przez zwy­czaj­nym zapo­mnie­niem. Pamię­tam uścisk dło­ni Pana Józe­fa, kie­dy – jak­by nie­po­mny, że roz­ma­wia w wnucz­ką katyń­czy­ka – zapew­niał: „To wszyst­ko praw­da, to się wyda­rzy­ło napraw­dę!” Ta żar­li­wość wiel­kie­go mala­rza, któ­ry karie­rę arty­sty odło­żył, aby publi­cy­sty­ką słu­żyć praw­dzie o Zbrod­ni, mia­ła w sobie coś pora­ża­ją­ce­go. I zara­ża­ją­ce­go: bo prze­cież z roz­mów z Czap­skim, z jego opo­wie­ści i szki­ców naro­dził się pierw­szy po 1989 roku doku­ment o lesie katyń­skim autor­stwa Mar­ce­la Łoziń­skie­go.

Żar­li­wość Czap­skie­go spo­tka­ła się tutaj z histo­rią rodzi­ny – wszak film Łoziń­skie­go nie powstał­by, gdy­by nie Andrzej Waj­da. Syn kapi­ta­na Jaku­ba, któ­re­go pro­chy spo­czy­wa­ją w char­kow­skim lesie, jako pierw­szy zmie­rzył się z trud­ną nar­ra­cją o Zbrod­ni Katyń­skiej i prze­niósł ją na wiel­ki ekran. Dzię­ki fil­mo­wi Katyń nasza histo­ria dotar­ła tam, dokąd nie docie­ra­ją  pod­ręcz­ni­ki i spe­cja­li­stycz­ne opra­co­wa­nia. Pan Andrzej opo­wie­dział naszą, Rodzin, histo­rię, w por­tre­tach swo­ich boha­te­rów zawie­ra­jąc tyle, ile się dało. Nie­ocze­ki­wa­nym efek­tem ubocz­nym fil­mu jest tabli­ca, przed któ­rą zło­ży­li­śmy dzi­siaj kwia­ty. Przy­po­mnij­my, że do 2008 roku na miej­scu char­kow­skiej tiur­my wid­nia­ło popier­sie Dzier­żyń­skie­go, a napis gło­sił, że to tutaj Feliks Edmun­do­wicz cięż­ko pra­co­wał, wal­cząc z kontr­re­wo­lu­cją. Na nic się zda­wa­ły podej­mo­wa­ne lata­mi zabie­gi dyplo­ma­tycz­ne, aby w tym miej­scu kaź­ni nie odda­wać hono­rów jed­ne­mu z katów… Tym­cza­sem po poka­zie spe­cjal­nym Katy­nia pań­stwo Kry­sty­na i Andrzej Waj­do­wie sko­rzy­sta­li w oka­zji, aby ówcze­sne­mu pre­zy­den­to­wi Ukra­iny Wik­to­ro­wi Jusz­czen­ce opo­wie­dzieć o char­kow­skiej tabli­cy. To, co było poza zasię­giem poli­ty­ki, sta­ło się fak­tem dzię­ki sztu­ce. Dzier­żyń­ski znik­nął po paru dniach. A w Zadusz­ki 2008 roku odsło­nię­to dwu­ję­zycz­ną tabli­cę, dzię­ki któ­rej w świa­do­mo­ści miesz­kań­ców Char­ko­wa zaist­nia­ły Ofia­ry Zbrod­ni Katyń­skiej.

Na zakoń­cze­nie muszę powie­dzieć o świad­ku szcze­gól­nym dla nas, Rodzin. Myślę o Ewe Gru­ner-Żar­noch, naszej kocha­nej Ewie, zało­ży­ciel­ce i wie­lo­let­niej pre­zes szcze­ciń­skiej Rodzi­ny Katyń­skiej. Idąc w śla­dy swe­go Taty, wybra­ła jako powo­ła­nie medy­cy­nę. Jako lekarz o wiel­kiej reno­mie zde­cy­do­wa­ła się pomóc w pra­cach ekip spe­cja­li­stów, bada­ją­cych las w Char­ko­wie, zanim powstał ten cmen­tarz. Dzi­siej­szy widok nekro­po­lii pozwa­la zapo­mnieć, jak to miej­sce wyglą­da­ło wte­dy, w latach 1990. Ile trze­ba było mieć har­tu ducha, aby sta­nąć nad otwar­ty­mi mogi­ła­mi. Ile wia­ry, aby dotknąć przed­mio­tów, wydo­by­tych z dołów śmier­ci. Pro­fe­sjo­na­lizm Ewy dorów­nał sile jej ser­ca. Ale pró­ba oka­za­ła się trud­niej­sza, niż może pomy­śleć czło­wiek. Kie­dy  Ewa na chwi­lę ode­szła od sta­no­wi­ska, gdzie pra­co­wa­ła, po powro­cie zoba­czy­ła wśród wydo­by­tych przed­mio­tów sygnet swo­je­go Taty. I tu trze­ba zamilk­nąć, bo dalej roz­po­ście­ra się gra­ni­ca tabu, któ­rej nie wol­no prze­kro­czyć w żad­nej opo­wie­ści.

W naszych rodzi­nach wszy­scy jeste­śmy świad­ka­mi. Opo­wia­da­my, aby nigdy nie  wró­ci­ło kłam­stwo katyń­skie. Docie­ra­my do dale­kich katyń­skich nekro­po­lii, aby nikt nie mógł powie­dzieć: „Nie ma po Nich śla­du, czy­li mor­du nie było”. Mil­czy­my, kie­dy ocze­ku­je się od nas maka­bry. Nasze opo­wie­ści są o mło­dych ludziach, któ­rych przed dzie­siąt­ka­mi lat zabra­kło w domach i rodzi­nach. Byli mło­dzi, jeź­dzi­li kon­no, gra­li w teni­sa, bra­li na ręce swo­je dzie­ci, póź­no wra­ca­li z pra­cy, jeź­dzi­li na waka­cje, zbie­ra­li znacz­ki. Byli leka­rza­mi, nauczy­cie­la­mi i praw­ni­ka­mi, pro­jek­to­wa­li domy i budo­wa­li dro­gi, peł­ni­li róż­ne rodza­je służ­by. Uśmie­cha­ją się do nas z sepio­wych foto­gra­fii. Takich Ich pamię­ta­my.

Pier­wo­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2018