Janusz Tombak, Epitafium ostaszkowskie

Kwie­cień – to mie­siąc zadu­my – wspo­mnień o tych, co ode­szli na zawsze. Szcze­gól­nie bli­ski w kalen­da­rzu okres dla tych wszyst­kich, co utra­ci­li swo­ich naj­bliż­szych. Repre­sje – śmierć lub depor­ta­cje – dotknę­ły set­ki tysię­cy ludzi głów­nie z tere­nów wschod­nich oraz jed­nost­ki Woj­ska Pol­skie­go, któ­re znaj­do­wa­ły się po 17 wrze­śnia 1939 roku na wschód od Bugu. Szcze­gól­ny los spo­tkał ponad 15 tysię­cy pol­skich ofi­ce­rów wzię­tych do nie­wo­li przez Armię Czer­wo­ną

Teraz, po 50 latach może­my dać świa­dec­two praw­dzie. Dzia­łać nie z ukry­cia, a jaw­nie i w dużej zbio­ro­wo­ści ludz­kiej tra­ge­dii. Prze­rwa­ny został zaklę­ty krąg mil­cze­nia i kłam­stwa. Katyń – to sło­wo przez dłu­gi czas zaka­za­ne. Katyń – to miej­sce okry­te tajem­ni­cą. Katyń… Ileż to sło­wo budzi w naszych ser­cach bólu, gory­czy i gro­zy. Katyń wresz­cie stał się sym­bo­lem, a krzyż tam usta­wio­ny 2 wrze­śnia 1988 roku, z ini­cja­ty­wy pry­ma­sa Pol­ski kar­dy­na­ła Józe­fa Glem­pa i za zgo­dą ówcze­sne­go rzą­du radziec­kie­go, jest cho­ciaż w czę­ści zadość­uczy­nie­niem; tak­że dla pol­skich jeń­ców z pół­no­cy z Ostasz­ko­wa (Rosja) i z połu­dnia ze Sta­ro­biel­ska (Ukra­ina); ze wszyst­kich stron, gdzie­kol­wiek ponie­śli męczeń­ską śmierć, a więc wszyst­kich Pola­ków, któ­rzy zgi­nę­li na tej „nie­ludz­kiej zie­mi” – na Sybe­rii, w łagrach, obo­zach pra­cy, wię­zie­niach.

Na Cmen­ta­rzu Cen­tral­nym w Szcze­ci­nie jest rów­nież Krzyż Katy­nia od 1990 roku. Co roku w kwiet­niu, w Mie­sią­cu Pamię­ci Naro­do­wej przy Krzy­żu odby­wa­ją się uro­czy­sto­ści z kom­pa­nią hono­ro­wą z gar­ni­zo­nu szcze­ciń­skie­go oraz licz­nie przy­by­ły­mi (w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści) człon­ka­mi Rodzin Katyń­skich z oddzia­łu szcze­ciń­skie­go. Są tam rów­nież pamiąt­ko­we tabli­ce wszyst­kich trzech obo­zów: Kozielsk, Sta­ro­bielsk, Ostasz­ków, ufun­do­wa­ne przez rodzi­ny pomor­do­wa­nych. Nasza tablicz­ka też jest tam wmu­ro­wa­na

Ojca odna­leź­li­śmy po 50 latach w książ­ce Lista Katyń­ska, opra­co­wa­nej przez mjr. Ada­ma Moszyń­skie­go na emi­gra­cji w Lon­dy­nie – jeń­cy obo­zu Ostasz­ków str. 254 – oraz w roz­ka­zie reje­strze z 13 kwiet­nia 1940, wysła­ne­go do naczel­ni­ka ostasz­kow­skie­go łagra tow. mjr Bory­so­wiec, str. 3, poz. 74, nr tecz­ki obo­zo­wej 1603, tj. foto­ko­pii z doku­men­tu prze­ka­za­ne­go przez pre­zy­den­ta Gor­ba­czo­wa pre­zy­den­to­wi Jaru­zel­skie­mu w kwiet­niu 1990.

Kwie­cień był szcze­gól­nie zna­czą­cy w życiu Ojca, uro­dził się 7 kwiet­nia, imie­ni­ny obcho­dził 11 kwiet­nia, roz­ka­zem jw. z 13 kwiet­nia został prze­ka­za­ny do likwi­da­cji. Ojciec na krót­ko przed wybu­chem II woj­ny świa­to­wej zwie­rzył się Mamie, że śni­ła mu się Jego Mat­ka, któ­ra zmar­ła nagle w kwiet­niu w 1937 roku, w samą Wiel­ka­noc, przed gro­bem Pana Jezu­sa w koście­le św. Woj­cie­cha na Woli i mówi­ła do Nie­go: „Synu, chodź do mnie”.

Prze­czu­cie Ojca nie myli­ło i ten sen był dla nie­go nie „marą”, a rze­czy­wi­stą wyrocz­nią Był jedy­na­kiem. Od Ojca nie otrzy­ma­li­śmy żad­nej kore­spon­den­cji z obo­zu, co jest dla nas wiel­ką zagad­ką. Ojciec i dzia­dek (Ojca Ojciec) zgi­nę­li tra­gicz­nie, jeden z rąk opraw­ców NKWD, a dru­gi z rąk nie­miec­kich w powsta­niu war­szaw­skim. Dom dziad­ków na Woli został zrów­na­ny z zie­mią, pozo­sta­ła tyl­ko kupa gru­zu i popio­łu. Pod­czas II woj­ny świa­to­wej nie dość, że utra­ci­li­śmy naj­bliż­szych – to na doda­tek zosta­li­śmy dwu­krot­nie ogo­ło­ce­ni i znisz­cze­ni z dóbr mate­rial­nych, a ja z Mamą cudem oca­le­li­śmy i wyszli­śmy z pło­ną­cej War­sza­wy tyl­ko w tym, co mie­li­śmy na sobie.

Ojciec w dniu wybu­chu II woj­ny był komi­sa­rzem Poli­cji Pań­stwo­wej. Peł­nił funk­cję komen­dan­ta PP w Raszy­nie. Był odpo­wie­dzial­ny za rejon: Okę­cie – Raszyn – Spa­ła, a w szcze­gól­no­ści za zabez­pie­cze­nie prze­jaz­du pre­zy­den­ta RP Igna­ce­go Mościc­kie­go do Spa­ły, gdzie pre­zy­dent wypo­czy­wał. Poste­ru­nek w Raszy­nie mie­ścił się przy szo­sie kra­kow­skiej w wilii, w któ­rej rów­nież zamiesz­ki­wa­li­śmy. Ojciec zapew­ne zda­wał sobie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa, na jakie nara­ził­by swo­ją rodzi­nę, pozo­sta­wia­jąc nas w sąsiedz­twie lot­ni­ska Okę­cie, Pań­stwo­wych Zakła­dów Lot­ni­czych (Paluch), radio­sta­cji. A zatem już w pierw­szym dniu wybu­chu woj­ny po połu­dniu brycz­ką zaprzę­gnię­tą w parę koni nale­żą­cą do hr. mjr. Gro­chul­skie­go, wła­ści­cie­la mająt­ku ziem­skie­go (Pucha­ły koło Falent), uda­li­śmy się do rodzi­ców Mamy koło Prusz­ko­wa

Nie wie­my, w któ­rym dniu wrze­śnia 1939 Ojciec otrzy­mał roz­kaz opusz­cze­nia poste­run­ku. War­sza­wa jesz­cze bro­ni­ła się, gdy Mama dro­ga­mi bocz­ny­mi przez Pęci­ce poje­cha­ła rowe­rem do Raszy­na. Zasta­ła dom opusz­czo­ny i cały doby­tek roz­kra­dzio­ny, a do wil­li na par­kiet nie­miec­ki Wehr­macht wpro­wa­dził konie.

W listo­pa­dzie 1991 roku po 52 latach, dzię­ki prze­mia­nom jakie zaszły w byłym ZSRR, co było następ­stwem wyda­rzeń w naszym kra­ju, i sta­ra­niu naszych obec­nych władz pań­stwo­wych oraz za spra­wą Rodzin Katyń­skich cała nasza trój­ka rodzeń­stwa uczest­ni­czy­ła (ja i sio­stra po raz pierw­szy w ZSRR) w piel­grzym­ce do Twe­ru, daw­niej Kali­nin, gdzie w ostat­niej dro­dze Naszych Ojców doko­na­ła się ta strasz­na tra­ge­dia

Dru­gi etap naszej piel­grzym­ki to Ostasz­ków, gdzie w mona­ste­rze Niło­wa Pustyń, poło­żo­nym 11 kilo­me­trów od Ostasz­ko­wa na wysep­ce Stołb­nyj (stat­kiem z Ostasz­ko­wa pły­nie się 30 minut), tzw. dia­bel­skiej wyspie na jezio­rze Seli­gier mie­ścił się w kom­plek­sie zabu­do­wań poklasz­tor­nych obóz jeń­ców, któ­ry w kwiet­niu 1940 roku liczył 6570 ludzi. Był to obóz o obostrzo­nym reżi­mie.

Trze­ci etap, koń­co­wy, to Mied­no­je, miej­sce pogrze­ba­nia Naszych Bli­skich. Mied­no­je poło­żo­ne 25 kilo­me­trów od Twe­ru nad rzecz­ką Twer­cą, jest tam w lasku ośro­dek let­ni­sko­wy daw­niej NKWD i za siat­ką tego ośrod­ka, wyko­rzy­stu­jąc noce (w okre­sie od 1 kwiet­nia do 17 maja 1940), pogrze­ba­no cały obóz ostasz­kow­ski, tj. 6295 roz­strze­la­nych jeń­ców w piw­ni­cach budyn­ku NKWD w Twe­rze. W Mied­no­je w daczach bawią się kaci, a za pło­tem spo­czy­wa­ją ich ofia­ry. W dodat­ku wybu­do­wa­no ubi­ka­cje na gro­bach pomor­do­wa­nych! Udział w piel­grzym­ce był dla nas wiel­kim prze­ży­ciem, zara­zem speł­nio­nym od lat pra­gnie­niem, że po 50 latach mogli­śmy naocz­nie zoba­czyć miej­sca: zsył­ki, kaź­ni i pogrze­ba­nia Tych Męczen­ni­ków oraz speł­nić swój rodzin­ny i patrio­tycz­ny obo­wią­zek wobec Nich.

Minę­ło dopie­ro pół roku od ujaw­nie­nia tej potwor­nej decy­zji likwi­da­cji jeń­ców wojen­nych z tych trzech obo­zów. Pozwo­lę sobie zacy­to­wać frag­ment: „Decy­zja o zagła­dzie jeń­ców z Koziel­ską Sta­ro­biel­ska i Ostasz­ko­wa zapa­dła na posie­dze­niu Biu­ra Poli­tycz­ne­go KC WKP(b) z 5 mar­ca 1940 r. Spe­cjal­ny wysłan­nik pre­zy­den­ta Jel­cy­na prze­ka­zał 14 paź­dzier­ni­ka 1992 r. pre­zy­den­to­wi Wałę­sie kopię pod­pi­sa­nej m.in. przez Sta­li­na w/w decy­zji. Sta­lin, któ­ry nigdy nie zapo­mniał o prze­gra­nej woj­nie z Pol­ską w 1920 r., szcze­gól­ną nie­na­wi­ścią darzył kadrę ofi­cer­ską Woj­ska Pol­skie­go. Oba­wiał się zapew­ne, iż mogli­by oni pod­jąć w przy­szło­ści wal­kę, o odro­dze­nie swo­je­go kra­ju”.

A teraz kil­ka oso­bi­stych reflek­sji sprzed 50 laty. Po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych w czerw­cu 1945 wyje­cha­łem z rodzi­ną na Zie­mie Odzy­ska­ne. Jak już wspo­mnia­łem, pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej zosta­li­śmy dwu­krot­nie ogra­bie­ni z posia­da­ne­go mie­nia, tj. we wrze­śniu 1939 po wej­ściu Niem­ców do Poste­run­ku Poli­cji Pań­stwo­wej w Raszy­nie, gdzie miesz­ka­li­śmy, a potem dru­gi raz w War­sza­wie na Woli cały doby­tek spło­nął wraz z budyn­kiem. Do Prusz­ko­wa uda­li­śmy się w tym tyl­ko, co mie­li­śmy na sobie. Mat­ka po woj­nie, w wyni­ku usil­nych sta­rań uzy­ska­ła po Ojcu eme­ry­tu­rę, ale cie­szy­ła się bar­dzo krót­ko. Eme­ry­tu­rę cof­nię­to i nie odzy­ska­ła jej ponow­nie. Mama rów­nież robi­ła sta­ra­nia, dla celów spad­ko­wych o uzna­nie Ojca za zmar­łe­go. Sąd Grodz­ki w War­sza­wie – Wydział VII Cywil­ny posta­no­wie­niem z 22 mar­ca 1949 uznał Ojca za zmar­łe­go. Datę zgo­nu usta­lił na dzień 9 maja 1946, tj. sześć lat od fak­tycz­nej daty zamor­do­wa­nia Ojca przez NKWD (13 kwiet­nia 1940). W  uza­sad­nie­niu sądu napi­sa­no: „usta­lo­no w toku postę­po­wa­nia dowo­do­we­go oko­licz­no­ści fak­tycz­ne wnio­sku upraw­do­po­dob­nia­ją zgon Leona Tom­ba­ka. Ogło­sze­nia publicz­ne w Moni­to­rze Pol­skim nie dały pozy­tyw­ne­go wyni­ku”.

W 1949 roku z pobo­ru powo­ła­ny zosta­łem do odby­cia służ­by woj­sko­wej. W magi­stra­cie myśli­bor­skim sta­ną­łem w „stro­ju Ada­ma” przed komi­sją pobo­ro­wą Za sto­łem sie­dzia­ło 5 lub 6 osób, dokład­nie nie pamię­tam. W środ­ku komi­sji sie­dział ofi­cer Ludo­we­go Woj­ska Pol­skie­go w stop­niu kapi­ta­ną któ­ry zadał mi kil­ka pytań:

– Co robi Ojciec?

– Nie żyje, zgi­nął na woj­nie.

– Wie­cie gdzie?

– W Katy­niu.

– W któ­rym roku?

– W 1940.

A on na mnie ostro pod­nie­sio­nym gło­sem:

– To co, Rosja­nie zabi­li Ojca?

Wypy­ty­wał mnie, skąd ja to wiem, i po roz­mo­wie robił sobie notat­ki. Mia­łem jed­nak tro­chę szczę­ścia, że nie skie­ro­wa­no mnie do kopal­ni lub inne­go obo­zu pra­cy, w nazew­nic­twie obec­nym tzw. pol­ski gułag. Słu­ży­łem ponad trzy lata w LWP w Star­gar­dzie Szcze­ciń­skim – dokład­nie 37 mie­się­cy. Prze­dłu­żo­no moje­mu rocz­ni­ko­wi służ­bę o 1 rok w związ­ku z woj­ną w Korei, a następ­nie o jesz­cze jeden mie­siąc, żeby oddać gło­sy na kan­dy­da­tów do Sej­mu i Rad Naro­do­wych. W woj­sku skoń­czy­łem szko­łę pod­ofi­cer­ską i w stop­niu kapra­la do pierw­sze­go roku służ­by byłem pod­ofi­ce­rem linio­wym. Następ­ne dwa lata pra­co­wa­łem jako star­szy pisarz szta­bu I bata­lio­nu. Przed odej­ściem do cywi­la wszy­scy moi kole­dzy funk­cyj­ni ze szta­bu oraz z 2 i 3 bata­lio­nu dosta­wa­li awan­se do stop­nia plu­to­no­we­go. Mnie nato­miast w awan­sie pomi­nię­to, mimo że powie­rzo­ne mi obo­wiąz­ki wyko­ny­wa­łem wzo­ro­wo. Przy­pusz­czam, że w moich papie­rach musia­no się cze­goś dopa­trzeć.

Nie miał szczę­ścia mój szwa­gier z Myśli­bo­rza, Hen­ryk Kar­liń­ski, któ­ry za „winy ojca” w ramach repre­sji sta­li­now­skich został z pobo­ru skie­ro­wa­ny w 1953 roku do obo­zu pra­cy i pra­co­wał cięż­ko w kopal­ni węgla przez 28 mie­się­cy, 800 metrów pod zie­mią. Jego Ojciec, Anto­ni Kar­liń­ski, a mój teść, będąc pre­ze­sem Spół­dziel­ni Zaopa­trze­nia i Zby­tu „Zgo­da” w Myśli­bo­rza, przy oso­bie trze­ciej w biu­rze powie­dział, że byłe wschod­nie tere­ny za Bugiem są pol­skie, za co dostał wyrok czte­ry lata pozba­wie­nia wol­no­ści. Został zabra­ny przez służ­bę bez­pie­czeń­stwa, pozo­sta­wia­jąc nie­pra­cu­ją­cą żonę z troj­giem dzie­ci nie­let­nich. Pra­co­wał bar­dzo cięż­ko w kamie­nio­ło­mach przez dwa lata. W wyni­ku sta­rań żony wyrok zła­go­dzo­no do dwóch lat.

9 maja 1990 roku w imie­niu rodzeń­stwa zgło­si­łem rosz­cze­nie o wypła­ce­nie odszko­do­wa­nia przez rząd ZSRR za zamor­do­wa­nie w 1940 roku przez orga­na poli­cji poli­tycz­nej rzą­du radziec­kie­go (NKWD) moje­go Ojca Zgło­sze­nie wysła­łem na ręce mini­stra spraw zagra­nicz­nych prof. Krzysz­to­fa Sku­bi­szew­skie­go w War­sza­wie. Rosz­cze­nie swo­je opie­ra­li­śmy na odpo­wie­dzial­no­ści kar­no-praw­nej za nie­przedaw­nio­ne zbrod­nie ludo­bój­stwa doko­na­ne mię­dzy inny­mi na moim Ojcu przez służ­by poli­cyj­ne ZSRR, na posta­no­wie­niach pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go o odpo­wie­dzial­no­ści rzą­dów za zbrod­nie ludo­bój­stwa (odpo­wie­dzial­ność kar­na i cywil­na) i na posta­no­wie­niach kodek­su kar­ne­go RP oraz posta­no­wie­niach kodek­su cywil­ne­go – doty­czy odpo­wie­dzial­no­ści za śmierć moje­go Ojca, funkcjo­nariusza Poli­cji Pań­stwo­wej zmo­bi­li­zo­wa­ne­go do udzia­łu w woj­nie obron­nej we wrze­śniu 1939 r.

Amba­sa­da Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej w ZSRR pismem z dnia 9 lip­ca 1990  powia­do­mi­ła mnie – cytu­ję: „Pań­stwo radziec­kie nie wypła­ca żad­nych rekom­pen­sat rodzi­nom ofiar repre­sji sta­li­now­skich. Jedy­ny wyją­tek sta­no­wią ci, któ­rzy byli nie­praw­nie pozba­wie­ni wol­no­ści, a następ­nie zosta­li zre­ha­bi­li­to­wa­ni. Wypła­ca się im dwu­mie­sięcz­ne wyna­gro­dze­nie otrzy­my­wa­ne na sta­no­wi­sku zaj­mo­wa­nym przed aresz­to­wa­niem (Uchwa­ła Rady Mini­strów ZSRR z 8 wrze­śnia 1955 roku).

Pol­ska zabie­ga o przy­zna­nie przez wła­dze ZSRR odszko­do­wań ofia­rom repre­sji sta­li­now­skich lub ich spad­ko­bier­com. Do tej pory roz­mo­wy w tej spra­wie nie przy­nio­sły jed­nak żad­ne­go kon­kret­ne­go rezul­ta­tu. Nie ma też w tej spra­wie żad­nej usta­wy ZSRR. Akta praw­ne, na któ­re powo­łu­je się Pan w swo­im liście, nie mają bez­po­śred­nie­go zasto­so­wa­nia w danym przy­pad­ku”.

Janusz Tom­bak, Rodzi­na Katyń­ska w Szcze­ci­nie
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 1998, nr 4