Barbara Szczepuła, Doły śmierci

Jecha­li pocią­giem pra­wie czter­dzie­ści godzin, żeby wziąć udział w uro­czy­sto­ści wmu­ro­wa­nia kamie­nia węgiel­ne­go pod Pol­ski Cmen­tarz Woj­sko­wy. Cmen­tarz ma powstać w lesie nie­da­le­ko miej­sco­wo­ści Pia­ti­chat­ki w pobli­żu Char­ko­wa na Ukra­inie. Będzie czę­ścią więk­szej cało­ści pol­sko-ukra­iń­skiej nekro­po­lii ofiar komu­nizmu.

Cór­ki i syno­wie pol­skich ofi­ce­rów, jeń­ców obo­zu w Staro­bielsku. Star­sze panie i pano­wie z róż­nych stron Pol­ski. Z Gdań­ska, Gdy­ni, Kra­ko­wa, Kielc, War­sza­wy… Zmę­cze­ni, scho­ro­wa­ni, nie­któ­rzy o kulach.

4300 zamor­do­wa­nych

Piel­grzy­mu­ją do tego miej­sca już po raz dru­gi, nie­któ­rzy po raz trze­ci, choć podróż nie jest łatwa, a dro­ga dale­ka. Char­ków leży w odle­gło­ści 1100 kilo­me­trów od pol­skiej gra­ni­cy. Od chwi­li, gdy dowie­dzie­li się, że to tutaj znaj­du­ją się kości ich ojców, nie zra­ża­ją ich tru­dy podró­ży.

Piel­grzym­ka to jest odpo­wied­nie sło­wo. Nie podróż, nie wyjazd, ale wła­śnie piel­grzym­ka – pod­kre­śla­ją. Wio­zą z sobą kwia­ty, zni­cze i klep­sy­dry.

Kwia­ty są sztucz­ne, bo żywych nie uda­ło­by się dowieźć w dobrym sta­nie. Tyl­ko ci, któ­rzy zabra­li się samo­lo­tem wio­zą­cym dele­ga­cję rzą­do­wo-par­la­men­tar­ną, mają praw­dzi­we wień­ce i wią­zan­ki. Pan Andrzej Spa­ni­ly, pre­zes Rodzi­ny Katyń­skiej z Gdy­ni, wie­zie zatem na grób ojca pięk­ne róże. Zna­jo­ma kwia­ciar­ka umie­ści­ła ich łody­gi w gąb­ce nasą­czo­nej wodą. Zapew­nia­ła, że wytrzy­ma­ją ze dwa tygo­dnie. Jeże­li ktoś ich nie ukrad­nie, oczy­wi­ście.

Nie­wiel­ki, ogro­dzo­ny kawa­łek lasu. Sto na pięć­dzie­siąt metrów. To tu leżą pol­scy ofi­ce­ro­wie, jeń­cy z obo­zu w Sta­ro­biel­sku.

Czte­ry tysią­ce trzy­stu porucz­ni­ków, kapi­ta­nów, majo­rów, puł­kow­ni­ków, gene­ra­łów.

Z rapor­tu NKWD:

„Nastrój w obo­zie jest bar­dzo patrio­tycz­ny. Ofi­ce­ro­wie myślą, że jadą na Sybir, lecz mówią, że to nie­waż­ne, co się w nimi sta­nie. Pol­ska i tak będzie wiel­ka i wspa­nia­ła”.

– Czy kat może wydać lep­sze świa­dec­two ofia­rom? – pyta pani Ewa Gru­ner-Żar­noch, cór­ka jed­ne­go z jeń­ców.

Wszy­scy ofi­ce­ro­wie, co wyka­za­ła eks­hu­ma­cja, mie­li zwią­za­ne z tyłu ręce. Każ­dy otrzy­mał strzał w tył gło­wy. Zabi­ja­no ich w sie­dzi­bie NKWD w Char­ko­wie. Po kil­ku­dzie­się­ciu każ­dej nocy. Kat miał na sobie dłu­gi, skó­rza­ny far­tuch, by się nie pobru­dzić krwią. Cia­ła wywo­żo­no następ­nie do lasu cię­ża­rów­ka­mi.

Rot­mistrz Kuczyń­ski

Józef Czap­ski we Wspo­mnie­niach sta­ro­biel­skich zano­to­wał:

„Rot­mistrz Kuczyń­ski był jed­nym z pierw­szych, któ­rzy jesz­cze jesie­nią wywie­zie­ni zosta­li w nie­wia­do­mym kie­run­ku.

Naj­szyb­ciej z nas wszyst­kich potra­fił, zapo­mi­na­jąc o sobie, prze­jąć się losem kole­gów. Z punk­tu, z dobro­cią, nawet humo­rem sta­rał się nas wszyst­kich pod­cią­gnąć i zgrać. Wyso­ki, szczu­pły, o wąskiej twa­rzy i pięk­nych ciem­nych oczach i małej czar­nej bród­ce. Był ofi­ce­rem kawa­le­rii. Rów­no­le­gle ze służ­bą zawo­do­wą w woj­sku skoń­czył Wydział Archi­tek­tu­ry.

Pod­czas kam­pa­nii wrze­śnio­wej wyróż­nił się jako świet­ny ofi­cer bojo­wy. W War­sza­wie zosta­wił mło­dą żonę. Łudzi­li­śmy się, że został wysła­ny do Tur­cji, bo był wnu­kiem jed­ne­go z orga­ni­za­to­rów armii turec­kiej, emi­gran­ta pol­skie­go…

Zagi­nął bez śla­du”.

Wywo­ła­ny w nocy z celi char­kow­skiej katow­ni, ze zwią­za­ny­mi ręka­mi wpro­wa­dzo­ny przez enka­wu­dzi­stę do pomiesz­cze­nia, któ­re nie przy­po­mi­na­ło poko­ju prze­słu­chań.

Egze­ku­cji doko­ny­wa­li fachow­cy.

Eks­hu­ma­cja wyka­za­ła, że strze­la­no tak, by kula wyszła oczo­do­łem lub usta­mi. Wów­czas było mniej krwi. Mniej sprzą­ta­nia.

Sana­to­rium NKWD

Na gma­chu byłe­go NKWD do tej pory wid­nie­je pła­sko­rzeź­ba przed­sta­wia­ją­ca Dzier­żyń­skie­go. Nawet i dziś ktoś skła­da pod nią kwia­ty. W hoł­dzie wiel­kie­mu Felik­so­wi Edmun­do­wi­czo­wi.

Nad głów­nym pla­cem mia­sta wciąż domi­nu­je pomnik Leni­na. Pra­wie dwu­mi­lio­no­wy Char­ków jest ogrom­nym blo­ko­wi­skiem. Mia­stem bez­ro­bo­cia i ubó­stwa. Mia­stem sil­nie zru­sy­fi­ko­wa­nym. Po ukra­iń­sku nie roz­ma­wia tu pra­wie nikt.

Ludzie prze­kli­na­ją zbrod­nie komu­ni­zmu i jed­no­cze­śnie gło­su­ją na komu­ni­stów. W ostat­nich wybo­rach w obwo­dzie char­kow­skim komu­ni­ści zebra­li ponad 30 pro­cent gło­sów.

To jed­na stro­na meda­lu. Dru­ga to wła­śnie cmen­tarz w Pia­ti­chat­kach, na tere­nie ota­cza­ją­cym sana­to­rium NKWD. Zna­le­zio­no tu sie­dem i pół tysią­ca gro­bów. Oprócz pol­skich ofi­ce­rów ze Sta­ro­biel­ska leżą tam Ukra­iń­cy, Rosja­nie, Żydzi.

Sana­to­rium poło­żo­ne jest wśród drzew. Leso­park – tak to się tutaj nazy­wa. Klo­ny, dęby, jawo­ry. To w ich cie­niu odpo­czy­wa­li po cięż­kiej pra­cy opraw­cy.

Po par­ku spa­ce­ro­wa­ły mat­ki z dzieć­mi. Dzie­ci bawi­ły się wśród krza­ków, grze­ba­ły w pia­sku i znaj­do­wa­ły róż­ne przed­mio­ty. A to meta­lo­we guzi­ki z orzeł­kiem, a to jakieś odzna­cze­nia…

Dro­gi Pio­truś­ku

Pod cien­ką war­stwą zie­mi leża­ły ludz­kie szcząt­ki, wrzu­ca­ne war­stwa­mi do napręd­ce wyko­pa­nych dołów. Sta­ni­sław Mik­ke, któ­ry uczest­ni­czył w eks­hu­ma­cjach, opi­sał je w książ­ce Śpij, męż­ny.

„Jest rok 1996. Sier­pień.

Trwa eks­hu­ma­cja gro­bu nr 7. Wia­do­mo, że w tej mogi­le grze­ba­no tych, któ­rych 7 kwiet­nia wywie­zio­no ze Sta­ro­biel­ska. Do Char­ko­wa przy­je­cha­li trze­ma wago­na­mi. Dwa były dołą­czo­ne do pocią­gu jadą­ce­go ze sta­cji Wałuj­ki, trze­ci z Woło­szy­ło­gra­du. Sto die­wia­no­sto piat ludiej.

Pod wie­czór tego sierp­nio­we­go dnia, Mał­go­rza­ta Gru­pa, arche­olog-kon­ser­wa­tor, pochy­la się nad kuwe­tą, w któ­rej zanu­rzo­ne w wodzie znaj­du­ją się doku­men­ty zna­le­zio­ne przy zwło­kach z mogi­ły numer 7.

„Sta­ni­sła­wów – czy­ta – pięt­na­ste­go lute­go 1940 roku. Dro­gi Pio­truś­ku…” i dwa wykrzyk­ni­ki Pierw­sze­go zda­nia nie moż­na odczy­tać, ale słu­chaj­cie, dalej jest tak: „Ada sie­dzi w domu i… ojciec i mat­ka… Dziun­ką… Mary­sia nasza… pate­fo gra… chle­ba mamy…”

Po wkro­cze­niu Armii Czer­wo­nej na wschod­nie tere­ny Rze­czy­po­spo­li­tej 17 wrze­śnia 1939 roku uwię­zio­no oko­ło 22 tysię­cy pol­skich ofi­ce­rów, poli­cjan­tów i urzęd­ni­ków pań­stwo­wych. Oko­ło 15 tysię­cy spo­śród nich osa­dzo­nych w trzech obo­zach NKWD w Koziel­sku, Sta­ro­biel­sku i Ostasz­ko­wie. Dopie­ro nie­daw­no usta­lo­no, że 5 mar­ca 1940 roku Józef Sta­lin pod­pi­sał decy­zję o likwi­da­cji tych trzech obo­zów. Wszyst­kich jeń­ców wymor­do­wa­no. Zbio­ro­we mogi­ły jeń­ców z Koziel­ska odkry­li w Katy­niu Niem­cy w roku 1943. Gro­by jeń­ców z Ostasz­ko­wa w Mied­no­je i ze Sta­ro­biel­ska w Pia­ti­chat­kach pod Char­ko­wem zlo­ka­li­zo­wa­no dopie­ro po potwier­dzeniu przez wła­dze ZSRR w 1990 roku, że zbrod­ni doko­na­li funk­cjo­na­riu­sze NKWD.

Mia­so­rub­ki

Dok­tor Ewa Gru­ner-Żar­noch, któ­ra tak­że bra­ła udział w eks­hu­ma­cji, mia­ła szczę­ście. Zna­la­zła zwło­ki swo­je­go ojca, porucz­ni­ka rezer­wy dr. Julia­na Gru­ne­ra. Roz­po­zna­ła je po zegar­ku z mono­gra­mem i sygne­cie. Pod­czas eks­hu­ma­cji odkry­to śla­dy dzia­ła­nia wiel­kich świ­drów. Przy­wo­żo­ne na samo­cho­dach urzą­dze­nia zwa­ne mia­so­rub­ka­mi – wyja­śnia­li arche­olo­gom miej­sco­wi – pra­co­wa­ły tu noca­mi jesz­cze w latach osiem­dzie­sią­tych. Wier­tła o śred­ni­cy 60 i 80 cen­ty­me­trów wgry­za­ły się w zie­mię i meł­ły cia­ła ofiar. Cho­dzi­ło też o to, by głę­biej dopro­wa­dzić powie­trze, przy­spie­sza­jąc roz­kład zwłok.

Ulew­ne desz­cze wypłu­ki­wa­ły z pia­sku kości. Podob­no dzie­ci bawi­ły się czasz­ka­mi jak pił­ka­mi i zaty­ka­ły je na paty­ki wbi­te w zie­mię.

Dziś już na ogro­dzo­nym cmen­ta­rzu usy­pa­no zbio­ro­we mogi­ły. Sto­ją na nich drew­nia­ne krzy­że.

– Mama nie wyszła dru­gi raz za mąż, choć swe­go cza­su mogła – opo­wia­da Andrzej Spa­ni­ly. – Cze­ka­ła, sta­le mia­ła nadzie­ję. Wie­rzy­ła, że zawód ojca ura­tu­je mu życie – był inży­nie­rem leśni­kiem. – Tam jest tyle lasów, na pew­no przy­da im się facho­wiec – mówi­ła.

Zapa­la­my zni­cze.

Wie­le osób wyj­mu­je foto­gra­fie swo­ich ojców, wujów, dziad­ków. Ze zdjęć patrzą na nas mło­dzi ludzie w żoł­nier­skich mun­du­rach, weso­łe oczy, lek­ki pół­u­śmiech. Foto­graf z pew­no­ścią mówił: pro­szę o przy­jem­ny wyraz twa­rzy.

Oto pod­po­rucz­nik Jan Kacz­ma­rek, 31 lat, oto pod­puł­kow­nik Mie­czy­sław Janow­ski, kapi­tan Józef Alfert, porucz­nik rezer­wy inż. Tade­usz Popław­ski – bur­mistrz Zdoł­bu­do­wa, pod­po­rucz­nik rezer­wy Wła­dy­sław Soł­tys, dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni praw­nik ze Lwo­wa… Jego brat, osiem­dzie­się­cio­let­ni pan, siwy jak gołą­bek, przy­bi­ja do drze­wa klep­sy­drę. Wnuk kapi­ta­na Sta­ni­sła­wa Zio­łow­skie­go, któ­ry mu poma­ga, był prze­wi­du­ją­cy i przy­wiózł ze sobą mło­tek.

Prze­bacz, Panie

Przy­jeż­dża pre­zy­dent Kwa­śniew­ski, mar­sza­łek Pła­żyń­ski, mini­ster Tay­lor, mini­ster Siwiec. Nie­co póź­niej – pre­zy­dent Ukra­iny, Leonid Kucz­ma.

– Ileż wysił­ku wkła­da­no w to, aby ukryć praw­dę o zbrod­ni popeł­nio­nej przez komu­ni­stycz­ny, sowiec­ki reżim na pol­skich jeń­cach wojen­nych z obo­zów w Koziel­sku, Sta­ro­biel­sku, Ostasz­ko­wie – mówi w homi­lii biskup Sła­woj Głódź. – Rzecz­po­spo­li­ta dziś upo­mi­na się o swych Synów. Przy­po­mi­na o ofia­rach Gol­go­ty Wscho­du, o potrze­bie god­ne­go uczcze­nia miejsc ich kaź­ni. Nasi bra­cia zgi­nę­li tyl­ko dla­te­go, że byli Pola­ka­mi. Ofi­ce­ra­mi Woj­ska Pol­skie­go. Pamię­taj, Pol­sko, o tych dzie­ciach swo­ich, któ­re miłość do Cie­bie oku­pi­ły śmier­cią.

– Prze­bacz, Panie, zło­czyń­com – cią­gnie biskup. – Obej­mu­je­my dziś modli­twą ser­decz­ną ludzi dwóch naro­dów: Pola­ków i Ukra­iń­ców, ofia­ry okrut­ne­go sys­te­mu, któ­ry pro­pa­go­wał nie­na­wiść i wal­kę klas. Ten wspól­ny cmen­tarz w char­kow­skim lesie może stać się waż­nym, sym­bo­licz­nym miej­scem nasze­go pol­sko-ukra­iń­skie­go pojed­na­nia. To wła­śnie tu, pośród gro­bów Pola­ków i Ukra­iń­ców, może­my prze­zwy­cię­żyć daw­ne ura­zy, prze­mie­nić nasze ser­ca.

– Strach stać na tej zie­mi – szep­cze jed­na z pań. – Mam uczu­cie, że dep­cze­my po kościach naszych ojców. Może nale­ża­ło zdjąć buty?

Pre­zy­dent Kucz­ma cytu­je Tara­sa Szew­czen­kę: „Żeby otwo­rzy­ły się gro­by i byście powie­dzie­li, kto, kie­dy i za co was męczył”. Dziś wie­my, kto, kie­dy i za co was męczył i będzie­my o tym pamię­tać.

A Alek­san­der Kwa­śniew­ski mówi, że nie­my krzyk ofiar sta­li­now­skich zbrod­ni musi być ostrze­że­niem dla przy­szłych poko­leń.

Czasz­ki

Sta­ni­sław Mik­ke wyja­śnia, że gro­by oby­wa­te­li ZSRR zawie­ra­ją też zwło­ki kobiet, czę­sto bar­dzo mło­dych, tra­fia­ją się też star­cy. Wśród ludz­kich szcząt­ków zna­le­zio­no pie­częć dowód­cy pocią­gu pan­cer­ne­go.

W pol­skich gro­bach zacho­wa­ły się luster­ka, grze­bie­nie, meda­li­ki z wygra­we­ro­wa­nym napi­sem: „O Mary­jo bez zma­zy poczę­ta, módl się za nami”, guzi­ki, szkla­ny kała­marz, zło­ty łań­cu­szek, kub­ki, pasy woj­sko­we, drew­nia­ne papie­ro­śni­ce, jed­na z napi­sem: „Zacne­mu kum­plo­wi w nie­do­li”. Inna: „Pal dra­niu swo­je”. Oku­la­ry; menaż­ki, łyż­ki, figu­ry sza­cho­we, obrącz­ka scho­wa­na w pudeł­ku z pastą do butów, strzę­py listów, mun­du­rów…

„Czasz­ki, set­ki cza­szek. Uło­żo­ne przy mogi­łach w rów­nych, jak gdy­by żoł­nier­skich sze­re­gach. Zgła­dzo­ne Woj­sko Pol­skie. Dziś wyrwa­ne z zie­mi. Patrzą­ce na nas puste oczo­do­ły. Zasty­głe na zawsze, mar­twe, a jed­nak ludz­kie obli­cza” – pisze Sta­ni­sław Mik­ke.

I opo­wia­da, jak pod­czas eks­hu­ma­cji nocą zakra­da­li się na cmen­tarz zło­dzie­je, plą­dro­wa­li gro­by, wyry­wa­li zło­te zęby.

Ktoś wspo­mi­na, że gdy ści­na­no jed­no z drzew, oka­za­ło się, że jego korze­nie dosłow­nie wro­sły w czasz­ki. Zako­pa­no je więc z powro­tem razem z korze­nia­mi. Dziś spo­ry pień, otu­lo­ny bia­ło-czer­wo­nym sztan­da­rem, upa­mięt­nia tę mogi­łę.

Zła­ma­na gałąź

– Mój Boże – szep­cze jed­na z pań – zła­ma­ła się gałąź. O tam, pro­szę zoba­czyć. Pamię­ta­cie, że pod­czas uro­czy­sto­ści w Katy­niu też się to zda­rzy­ło?

Wszy­scy pamię­ta­ją.

Taki zbieg oko­licz­no­ści. Da się to natu­ral­nie racjo­nal­nie wytłu­ma­czyć, w lesie gałę­zie się łamią, ale jed­nak.

– Wzy­wam was, zamor­do­wa­ni w char­kow­skiej katow­ni NKWD – odczy­tu­je ofi­cer Woj­ska Pol­skie­go. – Stań­cie do ape­lu. Stań­cie i daj­cie świa­dec­two zbrod­ni.

– Dzię­ku­jąc raz jesz­cze za to, cze­go już doko­na­no, my  Rodzi­ny Katyń­skie, gorą­co pro­si­my wła­dze pol­skie i ukra­iń­skie o uczy­nie­nie wszyst­kie­go, aby w tym miej­scu jak naj­szyb­ciej sta­nął cmen­tarz woj­sko­wy god­ny tych, któ­rzy tu spo­czy­wa­ją. Jest nas jesz­cze kil­ka­na­ście tysię­cy. Wdo­wy po boha­te­rach mają już ponad osiem­dzie­siąt lat, nie­któ­re dzie­więć­dzie­siąt. Ich dzie­ci – powy­żej sześć­dzie­siąt­ki. Codzien­nie nas uby­wa, po pro­stu wymie­ra­my – mówi­ła do pre­zy­den­tów Kwa­śniew­skie­go i Kucz­my pani Ewa Gru­ner-Żar­noch. – Czy będzie­my mogli umie­rać spo­koj­nie, wie­dząc, że Oni zosta­li god­nie i z hono­rem pogrze­ba­ni, tak, jak na to zasłu­ży­li wszy­scy żoł­nie­rze, któ­rzy odda­li życie za swo­ją Ojczy­znę?

Jesz­cze tyl­ko ostat­nia modli­twa, tro­chę zie­mi zebra­nej do pla­sti­ko­we­go worecz­ka, pamiąt­ko­wa foto­gra­fia nad gro­bem…

Gospo­da­rze zapra­sza­ją na poczę­stu­nek do domu wypo­czyn­ko­we­go. Nie może­my prze­łknąć kapu­śnia­ku.

Bar­ba­ra Szcze­pu­ła, Rodzi­na Katyń­ska w Szcze­ci­nie
Pier­wo­druk: „Dzien­nik Bał­tyc­ki Rej­sy”, 3 lip­ca 1998, prze­druk: „Rodo­wód” 1998, nr 7–8