Pierwszy raz byłam w Charkowie 10 sierpnia 1991 roku. Oficjalna uroczystość zakończenia ekshumacji i symboliczny pogrzeb polskich jeńców wojennych pomordowanych w 1940 roku. Pamiętam wykopany dół, do którego włożono trzy trumny. Zebrano w nich wszystkie kości. Nagle wybuchła burza. Przeszłość zazębiła się z teraźniejszością. Wszyscy płakali. A moje serce zaczęło skakać. Wtedy przywiozłam stamtąd ziemię w urnie. Jest wkopana pod nasz pomnik katyński u jezuitów.
„Zochna, nie płacz, przywiozę Ci lalkę z Berlina”. To były ostatnie jego do nas słowa. Ojciec był oficerem rezerwy. Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny powołano go do wojska. Ale przychodził do domu na noc. 1 września 1939 roku pojawił się z kartą mobilizacyjną i powiedział, że już wyrusza. Kolejny ułamek wspomnień to kaliski dworzec kolejowy. Widzę go w oknie wagonu, jak krzyczy do mnie: „Nie płacz…” Później przysłał trzy kartki z prośbą o ciepłą odzież. Matka przez znajomych ze Lwowa próbowała przesłać paczkę. A oni dostali odpowiedź, że „obóz jest zlikwidowany”. Nie wiedziałyśmy wtedy, co słowa te znaczą. Po wojnie poszukiwałyśmy go między innymi przez Czerwony Krzyż. Zakończyło się to niepowodzeniem.
Dopiero dużo później (nie pamiętam dokładnych dat) generał Wojciech Jaruzelski przywiózł ze swej podróży do Moskwy spis Polaków więzionych w trzech tragicznych obozach: Kozielsku, Starobielsku, Ostaszkowie. Na jednym z nich, pod numerem osiem, było nazwisko mojego Ojca: Stanisław Anglik. Pojęłam, że został zamordowany na tym „nieludzkim stepie”. W 1997 roku napisałam do Moskwy z prośbą o potwierdzenie. Otrzymałam wiadomość, że jest pochowany w Charkowie. „Odrąbani od pnia, zamordowani skrycie, pogrzebani w milczeniu i kłamstwie, odrzuceni jak kamień…”. Las charkowski wydał mi się bardzo smutny i szary. Jak nieszczęście.
25 czerwca 1998 roku wyruszyła pielgrzymka na uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod Polski Cmentarz Wojenny. Na stacji w Olkuszu żegnał nas kapelan Federacji Rodzin Katyńskich ks. Z.[dzisław] Peszkowski, który odprawił mszę świętą na peronie dworca. Z pięknymi wiązankami kwiatów wsiedliśmy do pociągu. Proszono nas, by ze względu na długą podróż zabrać sztuczne kwiaty. My jednak, to znaczy nasza mała kalisko-ostrowska delegacja: Paweł Stańczak, Barbara Konert i ja, zabraliśmy świeże biało-czerwone rośliny. Trzymaliśmy je w wiaderku z wodą. I dojechały w rozkwicie.
Było nas ponad dwieście osób – delegacje Rodzin Katyńskich z całej Polski, przedstawiciele Polonii angielskiej i grupa osób z Chicago. W czasie podróży opiekę nad nami sprawowała 6. Pomorska Dywizja Powietrzno-Desantowa (czerwone berety) z Krakowa, stanęła na wysokości zadania. Z dworca charkowskiego autokarami zawieziono nas na teren ośrodka wypoczynkowego, abyśmy mogli chwilę odpocząć. Wreszcie pojechaliśmy na miejsce zbrodni.
Kilkanaście metrów od szosy jest tzw. lesopark w Piatichatkach. Tam właśnie leżą kości naszych ojców. Groby blisko 4300 polskich, oficerów z obozu w Starobielsku, zamordowanych przez NKWD w 1940 roku.
Las charkowski jest bardzo smutny, choć rosną w nim jesiony, dęby i buki. Nie mają jeszcze 60 lat. Posadzono je dopiero kilkanaście lat po tamtej tragedii. Spoczywają tu również Ukraińcy, Rosjanie i Żydzi – 2,5 tysiąca osób. Groby są usypane z ziemi, pokryte żółtym piaskiem, na każdym stoi krzyż. Jest ich 60 – zbiorowych, anonimowych mogił polskich oficerów. Na wielu drzewach przybito tabliczki z nazwiskami pomordowanych.
Ktoś pracowicie stworzył ołtarz polowy, układając przy nim rzędy krzeseł. Przybyli prezydenci A.[leksander] Kwaśniewski i L.[eonid] Kuczma oraz inni oficjele. Mszę świętą odprawił bp Leszek Sławoj Głódź oraz biskupi prawosławni. Po uroczystościach oficjalnych złożyliśmy nasze kwiaty na grobach obramowanych biało-czerwonymi taśmami. Cały ten las to jedna wielka mogiła. Zapłonęły znicze, włożyliśmy w ziemię małe chorągiewki z nazwiskami naszych ojców. Szum drzew i blask ognia sprawił, że powrócił skurcz ducha. Zdawało nam się, że oni są blisko. I mamy sobie tyle do powiedzenia…
Wszystko zakończyło się za szybko. Odjechaliśmy z Charkowa żegnani przez miejscową ludność. Na stacji w Łucku pociąg nagle zatrzymał się. Na peronie stali ukraińscy żołnierze. Jeden z nich trzymał w ręku tacę, na niej był chleb i sól. Oni czekali na nas. Dzieliliśmy się pieczywem po kawałku.
Cmentarze w Charkowie, Katyniu, Miednoje powstaną w 2000 roku. Mamy na to słowo prezydenta.
My, dzieci pomordowanych na „nieludzkiej ziemi”, jesteśmy już starymi ludźmi, ale za wszelką cenę chcemy doczekać chwili, kiedy nasi ojcowie będą mieli godne miejsce spoczynku. Pragniemy zapalić tam znicze i złożyć wiązanki z naszych polskich kwiatów. My żyjemy. I pamiętamy!
Zofia Stefaniak, prezes Rodziny Katyńskiej w Kaliszu
Pierwodruk: „Rodowód” 1998, nr 12