Jadwiga Kupiszewska, Spotkanie z katyńskim lasem. Pielgrzymka do Katynia w dniach 3–4 kwietnia 1990 roku

Zbie­ra­li­śmy się na Dwor­cu Cen­tral­nym w War­sza­wie. Z każ­dą chwi­lą przy­by­wa­ło ludzi. Przy­jeż­dża­li z całej Pol­ski. Oprócz pod­ręcz­ne­go, skrom­ne­go baga­żu trzy­ma­li w ręku bukie­ty kwia­tów, gałąz­ki jedli­ny prze­wią­za­ne bia­ło-czer­wo­ną wstąż­ką, cho­rą­giew­ki. Wie­lu mia­ło przy­pię­te znacz­ki z napi­sem RODZINA KATYŃSKA. Przed odjaz­dem pocią­gu powia­do­mio­no zebra­nych, że koło dwor­ca cze­ka­ją dwa auto­ka­ry, któ­ry­mi poje­dzie dele­ga­cja na Powąz­kow­ski Cmen­tarz do Katyń­skiej Doli­ny, gdzie znaj­du­je się Krzyż Pamię­ci Pomor­do­wa­nych. Na cmen­ta­rzu zapa­lo­no zni­cze, pochy­lo­no gło­wy. Ciszę prze­cię­ła sal­wa woj­sko­wa. Odbi­ła się echem po cmen­tar­nych drze­wach. Nie moż­na było powstrzy­mać łez. Patrzy­łam na mło­dych, smu­kłych żoł­nie­rzy z war­ty hono­ro­wej. Nasi Ojco­wie, gdy ginę­li, byli nie­wie­le star­si. Coś dła­wi­ło w gar­dle. Zło­ży­li­śmy kwia­ty. W mil­cze­niu wra­ca­li­śmy do auto­ka­rów.

Na dwor­cu trwa­ły już gorącz­ko­we przy­go­to­wa­nia do wyjaz­du. Spraw­dza­no listy uczest­ni­ków według miej­sca zamiesz­ka­nia. Jecha­ła z nami dele­ga­cja rzą­do­wa, ksiądz kape­lan. Podróż do Smo­leń­ska była oka­zją do bliż­sze­go pozna­nia się człon­ków rodzin katyń­skich, mówie­nia o naszych Naj­bliż­szych, do wspo­mi­na­nia. Nikt jed­nak nie mówił wprost o Katy­niu, jak­by bał się wymó­wić to sło­wo, jak­by wni­kał w atmos­fe­rę tam­tych okrut­nych dni, myślał o dro­dze, któ­rą przyj­dzie nam dojść do miej­sca kaź­ni. Jak zacho­wa się już moc­niej biją­ce ser­ce, jakie myśli owład­ną sko­ła­ta­ny umysł? Czy bez­po­śred­nie spo­tka­nie z katyń­skim lasem prze­ro­śnie wyobraź­nię? Czy wytrzy­ma­ją ner­wy?

Po krót­kim poby­cie w Smo­leń­sku, zwie­dze­niu sta­cji GNIEZDOWO, miej­sca, z któ­re­go roz­po­czy­na­ła się Gol­go­ta, auto­ka­ry pod­je­cha­ły na leśną pola­nę. Gru­py ufor­mo­wa­ły się z fla­ga­mi, cho­rą­giew­ka­mi, kwia­ta­mi. Jed­ną z Wdów, bar­dzo sędzi­wą, nie­sio­no na krze­śle. Przy­je­cha­ła na spo­tka­nie z Mężem.

– To tutaj! Tutaj!… Nie, nie, to nie w tym miej­scu grze­ba­no naszych Ojców – ktoś gło­śno szep­tał – leżą Oni w tej oko­li­cy. Miej­sce, gdzie jest krzyż, to sym­bo­licz­ny grób.

Z miło­ścią zapa­la­no zni­cze, wty­ka­no w zie­mię cho­rą­giew­ki. Szcze­gól­nie dużo przy­wio­zła ich pani Hali­na Borek, pre­zes kra­kow­skiej i rze­szow­skiej dele­ga­cji.

Czy­ta­no APEL POLEGŁYCH. Wzy­wa­no porucz­ni­ków, kapi­ta­nów, majo­rów, puł­kow­ni­ków, gene­ra­łów – OFICERÓW. Nazwi­ska ude­rza­ły o sosny, któ­re przy­bie­ra­ły w wyobraź­ni kształ­ty posta­ci w woj­sko­wych mun­du­rach. Nie drgnę­ła ani gałąz­ka, ani listek – przez pnie wysmu­kłych sosen prze­świe­ca­ły pro­my­ki wio­sen­ne­go słoń­ca.

Wte­dy, w 1940 roku też była wio­sna…

Po uro­czy­stej polo­wej mszy świę­tej, po któ­rej pani Hali­na Borek prze­czy­ta­ła Modli­twę ks. Pesz­kow­skie­go, zaczę­li­śmy poma­łu się roz­cho­dzić, by wejść głę­biej w katyń­ski las, poza ogro­dze­nie z siat­ki. I sta­ła się rzecz dziw­na. Spo­koj­ne dotych­czas drze­wa zaczę­ły szu­mieć. Zerwał się wiche­rek, zało­po­ta­ły cho­rą­giew­ki, zami­go­ta­ły świa­teł­ka. Wszy­scy znie­ru­cho­mie­li. Trwa­ło to zale­d­wie parę minut. I zno­wu wszyst­ko uci­chło.

To ONI nas żegna­li, pro­sząc o PAMIĘĆ.

Jadwi­ga Kupi­szew­ska, cór­ka Ste­fa­nii Mar­sza­łek-Guniew­skiej
Wdo­wy po por. Bole­sła­wie Mar­szał­ku
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 2000, nr 1