Zbieraliśmy się na Dworcu Centralnym w Warszawie. Z każdą chwilą przybywało ludzi. Przyjeżdżali z całej Polski. Oprócz podręcznego, skromnego bagażu trzymali w ręku bukiety kwiatów, gałązki jedliny przewiązane biało-czerwoną wstążką, chorągiewki. Wielu miało przypięte znaczki z napisem RODZINA KATYŃSKA. Przed odjazdem pociągu powiadomiono zebranych, że koło dworca czekają dwa autokary, którymi pojedzie delegacja na Powązkowski Cmentarz do Katyńskiej Doliny, gdzie znajduje się Krzyż Pamięci Pomordowanych. Na cmentarzu zapalono znicze, pochylono głowy. Ciszę przecięła salwa wojskowa. Odbiła się echem po cmentarnych drzewach. Nie można było powstrzymać łez. Patrzyłam na młodych, smukłych żołnierzy z warty honorowej. Nasi Ojcowie, gdy ginęli, byli niewiele starsi. Coś dławiło w gardle. Złożyliśmy kwiaty. W milczeniu wracaliśmy do autokarów.
Na dworcu trwały już gorączkowe przygotowania do wyjazdu. Sprawdzano listy uczestników według miejsca zamieszkania. Jechała z nami delegacja rządowa, ksiądz kapelan. Podróż do Smoleńska była okazją do bliższego poznania się członków rodzin katyńskich, mówienia o naszych Najbliższych, do wspominania. Nikt jednak nie mówił wprost o Katyniu, jakby bał się wymówić to słowo, jakby wnikał w atmosferę tamtych okrutnych dni, myślał o drodze, którą przyjdzie nam dojść do miejsca kaźni. Jak zachowa się już mocniej bijące serce, jakie myśli owładną skołatany umysł? Czy bezpośrednie spotkanie z katyńskim lasem przerośnie wyobraźnię? Czy wytrzymają nerwy?
Po krótkim pobycie w Smoleńsku, zwiedzeniu stacji GNIEZDOWO, miejsca, z którego rozpoczynała się Golgota, autokary podjechały na leśną polanę. Grupy uformowały się z flagami, chorągiewkami, kwiatami. Jedną z Wdów, bardzo sędziwą, niesiono na krześle. Przyjechała na spotkanie z Mężem.
– To tutaj! Tutaj!… Nie, nie, to nie w tym miejscu grzebano naszych Ojców – ktoś głośno szeptał – leżą Oni w tej okolicy. Miejsce, gdzie jest krzyż, to symboliczny grób.
Z miłością zapalano znicze, wtykano w ziemię chorągiewki. Szczególnie dużo przywiozła ich pani Halina Borek, prezes krakowskiej i rzeszowskiej delegacji.
Czytano APEL POLEGŁYCH. Wzywano poruczników, kapitanów, majorów, pułkowników, generałów – OFICERÓW. Nazwiska uderzały o sosny, które przybierały w wyobraźni kształty postaci w wojskowych mundurach. Nie drgnęła ani gałązka, ani listek – przez pnie wysmukłych sosen przeświecały promyki wiosennego słońca.
Wtedy, w 1940 roku też była wiosna…
Po uroczystej polowej mszy świętej, po której pani Halina Borek przeczytała Modlitwę ks. Peszkowskiego, zaczęliśmy pomału się rozchodzić, by wejść głębiej w katyński las, poza ogrodzenie z siatki. I stała się rzecz dziwna. Spokojne dotychczas drzewa zaczęły szumieć. Zerwał się wicherek, załopotały chorągiewki, zamigotały światełka. Wszyscy znieruchomieli. Trwało to zaledwie parę minut. I znowu wszystko ucichło.
To ONI nas żegnali, prosząc o PAMIĘĆ.
Jadwiga Kupiszewska, córka Stefanii Marszałek-Guniewskiej
Wdowy po por. Bolesławie Marszałku
Pierwodruk: „Rodowód” 2000, nr 1