Halina Drachal, Moje powroty do Miednoje

27 maja 2001 roku z Dwor­ca Cen­tral­ne­go w War­sza­wie wyru­sza czter­dzie­sto­oso­bo­wa piel­grzym­ka na cmen­tarz w Mied­no­je. Naszym prze­wod­ni­kiem jest pani Kata­rzy­na Lan­ge.

Speł­ni­ło się moje pra­gnie­nie, bo zno­wu mogłam sta­nąć na miej­scu, gdzie wśród tysię­cy jeń­ców z Ostasz­ko­wa spo­czy­wa­ją pro­chy moje­go Ojca. Jeste­śmy pierw­szy­mi piel­grzy­ma­mi, któ­rzy po poświę­ce­niu cmen­ta­rza w dniu 2 wrze­śnia 2000 roku odwie­dza­ją gro­by naj­bliż­szych.

Wkrót­ce loku­je­my się w prze­dzia­łach; zaj­mu­ję miej­sce razem z Alą i Hanią, z cze­go się cie­szę. Roz­mo­wa toczy się wokół podró­ży. Nie­bo pokry­te chmu­ra­mi nie nastra­ja opty­mi­stycz­nie, ale nasze pielgrzy­mowanie odda­je­my Panu Bogu. Wśród nas jest ksiądz koman­dor Ryszard z Gdań­ska, któ­ry wie­czo­rem w wago­nie odpra­wia mszę świę­tą. Modli­my się za naszych Ojców, Rodzi­ny Katyń­skie i w naszych oso­bi­stych inten­cjach. Pie­śni maryj­ne jesz­cze brzmią w moich uszach, kie­dy ukła­dam się do snu. Jutro cze­ka nas wie­le prze­żyć.

Ponie­dzia­łek, godzi­na dwu­na­sta – Moskwa wita nas pochmur­ną pogo­dą, ale w ser­cu jest radość. Każ­dy kilo­metr zbli­ża mnie do cmen­ta­rza w MIEDNOJE. Auto­ka­rem rusza­my na uli­cę Małą Gru­ziń­ską, przy któ­rej znaj­du­je się odbu­do­wa­na rzym­sko­ka­to­lic­ka kate­dra pw. Nie­po­ka­la­ne­go Poczę­cia NMP. Histo­ria tego kościo­ła jest boga­ta w wyda­rze­nia. Wybu­do­wa­ny w 1936 roku przez Pola­ków, po rewo­lu­cji został zabra­ny i zamknię­ty, a póź­niej prze­kształ­co­ny w fabry­kę. Po dłu­gich sta­ra­niach bisku­pa Tade­usza Kon­dru­sie­wi­cza i ener­gicz­nej posta­wie księ­dza pro­bosz­cza został zwró­co­ny na począt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Obec­nie wygląd świą­ty­ni zachwy­ca neo­go­tyc­kim sty­lem.

Jedzie­my uli­ca­mi dzie­wię­cio­mi­lio­no­wej metro­po­lii. Z okien auto­karu oglą­da­my ład­ne zabyt­ko­we budow­le, jak np. Teatr Saty­ry z naj­większą salą kon­cer­to­wą, cer­kiew Opie­ki Mat­ki Bożej, któ­rej budo­wa trwa­ła dzie­sięć lat (1551–1561). Twór­cą tego sobo­ru był archi­tekt Wasi­le­wicz. Zbu­do­wał ją na zle­ce­nie cara Iwa­na Groź­ne­go, któ­ry tak się nią zachwy­cił, że roz­ka­zał ośle­pić budow­ni­cze­go, aby nie stwo­rzył już nic pięk­niej­sze­go.

Opusz­cza­my Moskwę i wyjeż­dża­my na tra­sę w kie­run­ku Twe­ru. Zatrzy­mu­je­my się przed daw­nym budyn­kiem NKWD, któ­ry jest w remon­cie. Nie­wie­le może­my zoba­czyć. Zajeż­dża­my do mote­lu „Casi­no”, w któ­rym pozo­sta­nie­my przez kil­ka dni. Przed wej­ściem przy­wi­ta­no nas chle­bem umiesz­czo­nym na hafto­wa­nym ręcz­ni­ku. Sło­wa powi­ta­nia wypo­wie­dzia­ła Zofia, cór­ka pani Hele­ny. Wytwo­rzy­ła się cie­pła, ser­decz­na, rodzin­na atmos­fe­ra. Odła­mu­je­my kawał­ki chle­ba i dzie­li­my mię­dzy sobą. Po roz­lo­ko­wa­niu się w poko­jach wsia­da­my do auto­ka­ru i rusza­my do Mied­no­je.

Cmen­tarz to miej­sce nasze­go piel­grzy­mo­wa­nia. Jest cisza i spo­kój, tyl­ko w koro­nach wysmu­kłych drzew sły­chać świer­got ptac­twa. Nie­śmia­ło, poprzez chmu­ry pró­bu­ją prze­bić się pro­mie­nie zacho­dzą­ce­go słoń­ca. Nawet nie­bo sprzy­ja nam teraz, kie­dy sto­imy na tym miej­scu. Ude­rzył dzwon – roz­po­czy­na się msza świę­ta. Sta­je­my w krę­gu, usta­wia­my obraz Mat­ki Bożej Katyń­skiej, któ­ry nam towa­rzy­szy w piel­grzy­mo­wa­niu. Jak­że trud­ne są dla mnie te chwi­le. Natłok wspo­mnień upar­cie powra­ca. W tym modli­tew­nym sku­pie­niu powo­li nawią­zu­je się ser­decz­na więź mię­dzy mną a Ojcem tu spo­czy­wa­ją­cym. Tak bar­dzo było mi potrzeb­ne to spo­tka­nie. Nie ma fan­far ani trąb, ale jest jed­no wiel­kie zjed­no­cze­nie. Trud­no było się roz­stać z tym miej­scem. Jedy­na radość to świa­do­mość, że jutro znów tu powró­cę.

W mote­lu obia­do­ko­la­cję spo­ży­wa­my z wiel­kim ape­ty­tem. Wie­czorem jesz­cze dłu­go toczą się roz­mo­wy w grup­kach na temat prze­żyć dnia. Zasy­pia­my póź­no, za okna­mi wciąż pada. Pora­nek zasta­je nie­bo zasnu­te cięż­ki­mi chmu­ra­mi, ale jeste­śmy peł­ni opty­mi­zmu, bo kie­dy rusza­my na cmen­tarz, pogo­da się popra­wia, chmu­ry zni­ka­ją, wyglą­da słoń­ce. Na tra­wie lśnią kro­pel­ki rosy i gdzie­nie­gdzie wychy­la­ją nie­śmia­ło swe głów­ki kon­wa­lie. Strze­li­ste drze­wa o zie­lo­nych koro­nach sto­ją dum­nie wypro­sto­wa­ne, a mię­dzy nimi wyso­kie krzy­że roz­po­ście­ra­ją swo­je ramio­na, obej­mu­jąc nimi to poświę­co­ne miej­sce. Małe krzy­ży­ki z pie­ty­zmem i czcią przy­wie­zio­ne z Pol­ski dla naj­droż­szych pomor­dowanych, umiesz­czo­ne w jed­nym miej­scu, są szcze­gól­nie bli­skie moje­mu ser­cu. Z rado­ścią patrzę na gamę barw, na soczy­stą zie­leń tra­wy i myślę, jak dobrze, że jestem tu w naj­pięk­niej­szym mie­sią­cu wio­sny – maju, mie­sią­cu Maryi. Bez pośpie­chu cho­dzi­my po cmen­ta­rzu, zapa­la­my zni­cze, ukła­da­my kwiat­ki. Chcia­ło­by się tu uczcić każ­dą tablicz­kę.

Dzwon zwo­łu­je nas na mszę świę­tą. Są z nami pani Hele­na, pani Zosia i dyrek­tor memo­ria­łu pan Borys. Dzię­ku­ję mu za utrzy­ma­nie porząd­ku na cmen­ta­rzu, za życz­li­wość i miłą roz­mo­wę. Towa­rzy­szył nam przez cały dzień. Nie­bo błę­kit­ne, pogo­da coraz pięk­niej­sza, żal opusz­czać to miej­sce. Przed nami jesz­cze odle­gły Ostasz­ków – miej­sce najwięk­szego obo­zu tra­ge­dii katyń­skiej. Tym razem nie omi­ja­my wspól­nej mogi­ły 55 jeń­ców zmar­łych z powo­du róż­nych cho­rób i tu wrzu­co­nych do jed­ne­go dołu. Wcho­dzi­my na wznie­sie­nie, mija­my gro­by pra­wo­sław­ne, któ­re robią na mnie duże wra­że­nie. Ogro­dzo­ne płot­ka­mi na kolor nie­bie­ski, oprócz krzy­ży mają małe sto­licz­ki i ławecz­ki. Mogi­łą naszych jeń­ców zaopie­ko­wał się miej­sco­wy nauczy­ciel. Obra­mo­wał kawał­ka­mi beto­nu, pokrył dar­ni­ną i umie­ścił krzyż z nama­lo­wa­nym wize­run­kiem umę­czo­ne­go Chry­stu­sa. Nie mogę ode­rwać oczu od tego wize­run­ku. Kto­kol­wiek był jego twór­cą, traf­nie oddał cier­pie­nie naszych Ojców w cier­pią­cym Chry­stu­sie. Nikt tu teraz nie zaglą­da. Pochy­lo­ny krzyż, zapo­mnia­ny grób zaro­śnię­ty tra­wą. Czy wcze­śniej nie moż­na było eks­hu­mo­wać szcząt­ków zmar­łych jeń­ców i umie­ścić w Mied­no­je we wspól­nej mogi­le? Na tabli­cy zatar­ły się lite­ry, nazwisk już nie moż­na odczy­tać. Patrzę w zadu­mie. Trud­no nam roz­stać się z tym miej­scem. W pew­nym momen­cie krzyż zachwiał się i runął na zie­mię. Zamar­li­śmy wszy­scy w bez­ru­chu. Gdy­by dwie minu­ty póź­niej, już by nas tu nie było. Nie pozwo­li­łeś nam odejść, Panie, bo nie chcia­łeś pozo­stać powa­lo­ny na zie­mię. Cie­bie, Chry­ste, dźwi­gnę­li­śmy, a kole­dzy jak mogli umo­co­wa­li krzyż. Oczysz­czo­ny grób, uło­żo­ne kwia­ty, zapa­lo­ne zni­cze i Ty, sto­ją­cy pośrod­ku. Myślę: jak dłu­go Twój wize­ru­nek tam prze­trwa? Jeste­śmy Ci wdzięcz­ni, Kasiu, że nas tu przy­wio­złaś.

Jadąc w dal­szą dro­gę, pogrą­ży­li­śmy się w zadu­mie. Dojeż­dża­my do Ostasz­ko­wa, idzie­my w kie­run­ku wyspy. Po pra­wej stro­nie stoi wyso­ki krzyż, przy­wie­zio­ny i wko­pa­ny przez Rodzi­ny Katyń­skie. Patrzę na pięk­ną, dzi­ką przy­ro­dę, lśnią­ce wody jezio­ra, kwit­ną­ce bzy i cer­kiew widocz­ną w odda­li z odno­wio­ny­mi kopu­ła­mi. Prze­cho­dzi­my gro­blą usy­pa­ną przez naszych Ojców. Wśród tak pięk­nej przy­ro­dy doko­na­ło się tyle zła. Snu­ję reflek­sje: jak czło­wiek czło­wie­ko­wi mógł zgo­to­wać tak okrut­ny los? Ale tam, gdzie nie ma Boga, powsta­je wie­le zła.

Przez bra­mę wcho­dzi­my na teren mona­sty­ru. Trwa­ją tu pra­ce remon­to­we świą­ty­ni. Obec­nie mona­styr się zalud­nia. Jest dwu­dzie­stu ośmiu mni­chów, pro­wa­dzą gospo­dar­stwo – muszą być samo­wy­star­czal­ni. Opusz­cza­my to szcze­gól­ne miej­sce, gdzie nasi Dro­dzy byli umę­cze­ni, spo­nie­wie­ra­ni zanim zosta­li zamor­do­wa­ni w Twe­rze. Wra­ca­jąc, zry­wa­my z Hanią kil­ka gałą­zek bzu – zosta­wi­my go jutro na cmen­ta­rzu.

W chłod­ny i mgli­sty pora­nek rusza­my do Mied­no­je. Ostat­nią mszę świę­tą przed wyjaz­dem prze­ży­wa­my w sku­pie­niu. Trud­no żegnać się z tym miej­scem, gdzie spo­czy­wa­ją pro­chy moje­go Ojca. Zapa­mię­tam, Haniu, sło­wa, któ­re wypo­wie­dzia­łaś: „Jesz­cze się z tego miej­sca nie wyje­cha­ło, a już by się chcia­ło wra­cać”. Oby to życze­nie się nam speł­ni­ło.

Rusza­my w kie­run­ku Moskwy. Pada. Do pod­sta­wio­ne­go pocią­gu wcho­dzi­my szyb­ko i loku­je­my się w prze­dzia­łach. Jesz­cze ostat­nia modli­twa różań­co­wa i pie­śni maryj­ne śpie­wa­ne grom­ko. W podró­ży pogrą­ża­my się w zadu­mie: wie­my, że z każ­dym kilo­me­trem odda­la­my się od miej­sca spo­czyn­ku naszych Ojców. A więc do następ­ne­go spo­tka­nia, Tat­ku.

Już Pol­ska, dwo­rzec, ostat­nie pożegna­nia, uści­ski rąk – do następ­nej pielgrzym­ki.

Kasiu – za opie­kę nad nami skła­da­my ser­decz­ne podzięko­wanie: Ala, Hania i ja.

Hali­na Dra­chal, pre­zes Rodzi­ny Katyń­skiej w War­sza­wie
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 2001, nr 9