Z ogromną przyjemnością korzystam z możliwości podzielenia się wrażeniami i uczuciami, które przeżyłem w czasie niezapomnianej pielgrzymki do Charkowa, na poświęcenie cmentarza naszych najbliższych.
Długa, z górą czterodobowa podróż pociągiem specjalnym sprzyjała głębokim refleksjom i poważnym rozważaniom. W gronie przemiłych towarzyszy wspólnego losu odżyły wspomnienia minionych 60 lat napiętnowanych bólem po stracie najbliższych – ojców i braci. Jakże inaczej mogłyby się potoczyć losy nasze i naszych Rodzin, gdyby nie to, co powszechnie nazywane jest „Zbrodnią Katyńską”? O ile łatwiej byłoby nam żyć u boku kochanego Ojca, który był głową Rodziny? Ilu cierpień, trosk i problemów uniknęłaby nasza Matka, na którą spadł ciężar utrzymania i wychowania dwojga nieletnich dzieci – córki Ewy i mnie?
Stale przy takich okazjach przychodzi mi na myśl moment (utrwalony później opowiadaniami Mamy), kiedy jako trzyipółletni (urodzony 1 lutego 1936) chłopiec z dumą „pomagałem” Ojcu wciągać hakami „oficerki”, a także pistolet, który mi pokazywał w dniu mobilizacji, jako broń przeciwko wrogom, która zapewni bezpieczny powrót do domu.
Wraz z Matką i leżącą w dziecięcym łóżeczku siostrą Ewą (ur. 24 grudnia 1938) odprowadziliśmy Ojca na miejsce mobilizacji do koszar przy ul. Gdańskiej 147 w Bydgoszczy. Wróciła też na myśl karta otrzymana w Wigilię 24 grudnia 1939 roku z obozu w Starobielsku, która świadczyła o tym, że Ojciec żyje, i przynosiła nadzieję na powrót do domu po zakończeniu działań wojennych. Pytał w niej Ojciec o losy Mamy, nas i całej Rodziny. Pisał, że czuje się „nieźle”, i prosił o dużo listów, bo sam będzie miał trudności z ich pisaniem. Karta ta jest przechowywana w naszym domu do dzisiaj, jak największy skarb.
Mama napisała wiele listów, na żaden nie otrzymując odpowiedzi. To milczenie powodowało coraz większy niepokój i źle wróżyło na przyszłość. Opowiadałem również swoim towarzyszom podróży pozostający stale w mojej pamięci wieczór 13 kwietnia 1943 roku, kiedy radio niemieckie poinformowało świat o znalezieniu masowych grobów oficerów polskich w lasku katyńskim. Do końca życia pozostanie w mojej pamięci trudna do opisania rozpacz Mamy i całej Rodziny, będąca reakcją na usłyszany komunikat, który pozbawiał wszelkich nadziei. Z czasem jednak powracać zaczęły myśli o tym, że może nie doszło do najgorszego, że może jednak udało się ocalić życie.
Próby tuszowania przez Rosjan Zbrodni Katyńskiej sprawiły, że skłonni byliśmy niemieckie tragiczne informacje złożyć na karb propagandy goebbelsowskiej. Docierały też informacje o formowaniu się Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, w których skład weszli zwolnieni wskutek amnestii Stalina polscy oficerowie i żołnierze przebywający w różnych łagrach. Mógł wśród nich być nasz Ojciec.
W czasie okupacji mieszkaliśmy przy szosie prowadzącej ze wschodu na zachód, przy placu, na którym w 1944 i na początku 1945 roku często stacjonowały jednostki Armii Czerwonej i Wojska Polskiego, odpoczywając przed dalszą drogą na zachód. Wielu żołnierzy wstępowało do nas, aby się posilić i wykonać zabiegi higieniczne. Znalazł się wśród nich również znajomy naszych Rodziców, który stwierdził kategorycznie, że Ojciec z całą pewnością żyje, że widział go na własne oczy po 1942 roku. I tak mijały lata przeplatane smutkiem i powracającą nadzieją.
Kiedy skończyła się wojna, a Ojciec nie wracał, szanse z każdym dniem malały. Dopiero w 1972 roku przebywający w Londynie mój szwagier Jan Walter znalazł potwierdzenie najgorszych przypuszczeń na niedostępnej w Polsce Liście Katyńskiej (Gryf Publication LTD, London 1949, strona 257), opracowanej przez Adama Moszyńskiego). Kolejnym potwierdzeniem tragicznej wiadomości był zapis, który osobiście odszukałem na wyłożonej w Rodzinie Katyńskiej w Warszawie liście obozowej NKWD pod numerem obozowym 3514: pisany rosyjską czcionką zapis Hoffman Henryk, Emilianowicz Starobielsk – strona polska 352. Ten zapis rozwiał niestety wszelkie wątpliwości.
Bez najmniejszej przesady stwierdzić muszę, że Zbrodnia Katyńska i tragiczne losy naszego Ojca wywarły wielkie piętno na całym naszym życiu. Ze względu na ograniczoną ilość miejsca uzasadnienie tej tezy może znaleźć miejsce w planowanym przez Redakcję „Rodowodu” II tomie książki Pisane miłością – Losy Wdów Katyńskich.
Na koniec zgodnie intencją Wydawnictwa kilka słów o samej podróży i uroczystości poświęcenia cmentarza w Charkowie. Jestem niezwykle szczęśliwy z faktu uczestniczenia w tej niezwykle podniosłej uroczystości. Choć nic nie jest w stanie złagodzić bólu po stracie kochanego Ojca, to jednak doniosłe uroczystości religijne odbyte przy pełnym ceremoniale wojskowym, a także przy udziale wysokich władz państwowych Polski i Ukrainy pozostawiły na mnie niezapomniane wrażenie.
Sam cmentarz, skromny i prosty, a przez to bardzo dostojny i wyjątkowy w swoim wyglądzie, spowodował, że miejsce wielkiej ludzkiej tragedii stało się miejscem bardziej przyjaznym i bliskim naszym sercom. Jestem niezwykle szczęśliwy, że dzięki organizatorom pielgrzymki mogłem uczestniczyć w tej wielkiej uroczystości.
Jeszcze o organizacji pielgrzymki: znakomita to za mało powiedziane. Moje najwyższe słowa uznania kieruję pod adresem krakowskich żołnierzy i kadry oficerskiej. Pełen uznania jestem dla ukraińskiej obsługi całej uroczystości oraz ofiarnej i życzliwej obsługi pociągu. Spędziłem pięć niezapomnianych, wspaniałych dni.
Ojciec: Hoffman Henryk,
podporucznik rezerwy, urzędnik – wykształcenie niepełne wyższe,
jeniec Starobielska, zamordowany w Charkowie
Henryk Hoffman
Pierwodruk: „Rodowód” 2001, nr 6