Henryk Hoffman, Wspomnienia po 60 latach. Pielgrzymka do Charkowa

Z ogrom­ną przy­jem­no­ścią korzy­stam z moż­li­wo­ści podzie­le­nia się wra­że­nia­mi i uczu­cia­mi, któ­re prze­żyłem w cza­sie nie­za­po­mnia­nej piel­grzymki do Char­ko­wa, na poświę­cenie cmen­ta­rza naszych najbliż­szych.

Dłu­ga, z górą czte­ro­do­bo­wa po­dróż pocią­giem spe­cjal­nym sprzy­ja­ła głę­bo­kim reflek­sjom i poważ­nym roz­wa­ża­niom. W gro­nie prze­mi­łych towa­rzy­szy wspól­ne­go losu odży­ły wspo­mnie­nia minio­nych 60 lat napięt­no­wa­nych bólem po stra­cie naj­bliż­szych – ojców i bra­ci. Jak­że ina­czej mogły­by się poto­czyć losy nasze i naszych Rodzin, gdy­by nie to, co powszech­nie nazy­wa­ne jest „Zbrod­nią Katyń­ską”? O ile łatwiej było­by nam żyć u boku kocha­ne­go Ojca, któ­ry był gło­wą Rodzi­ny? Ilu cier­pień, trosk i pro­ble­mów unik­nę­ła­by nasza Mat­ka, na któ­rą spadł cię­żar utrzy­ma­nia i wycho­wa­nia dwoj­ga nie­let­nich dzie­ci – cór­ki Ewy i mnie?

Sta­le przy takich oka­zjach przy­cho­dzi mi na myśl moment (utrwa­lo­ny póź­niej opo­wia­da­nia­mi Mamy), kie­dy jako trzy­ipół­let­ni (uro­dzo­ny 1 lute­go 1936) chło­piec z dumą „poma­ga­łem” Ojcu wcią­gać haka­mi „ofi­cer­ki”, a tak­że pisto­let, któ­ry mi poka­zy­wał w dniu mobi­li­za­cji, jako broń prze­ciw­ko wro­gom, któ­ra zapew­ni bez­piecz­ny powrót do domu.

Wraz z Mat­ką i leżą­cą w dzie­cię­cym łóżecz­ku sio­strą Ewą (ur. 24 grud­nia 1938) odpro­wa­dzi­li­śmy Ojca na miej­sce mobi­li­za­cji do koszar przy ul. Gdań­skiej 147 w Byd­gosz­czy. Wró­ci­ła też na myśl kar­ta otrzy­ma­na w Wigi­lię 24 grud­nia 1939 roku z obo­zu w Sta­ro­biel­sku, któ­ra świad­czy­ła o tym, że Ojciec żyje, i przy­no­si­ła nadzie­ję na powrót do domu po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych. Pytał w niej Ojciec o losy Mamy, nas i całej Rodzi­ny. Pisał, że czu­je się „nie­źle”, i pro­sił o dużo listów, bo sam będzie miał trud­no­ści z ich pisa­niem. Kar­ta ta jest prze­cho­wy­wa­na w naszym domu do dzi­siaj, jak naj­więk­szy skarb.

Mama napi­sa­ła wie­le listów, na żaden nie otrzy­mu­jąc odpo­wie­dzi. To mil­cze­nie powo­do­wa­ło coraz więk­szy nie­po­kój i źle wró­ży­ło na przy­szłość. Opo­wia­da­łem rów­nież swo­im towa­rzy­szom podró­ży pozo­sta­ją­cy sta­le w mojej pamię­ci wie­czór 13 kwiet­nia 1943 roku, kie­dy radio nie­miec­kie poin­for­mo­wa­ło świat o zna­le­zie­niu maso­wych gro­bów ofi­ce­rów pol­skich w lasku katyń­skim. Do koń­ca życia pozo­sta­nie w mojej pamię­ci trud­na do opi­sa­nia roz­pacz Mamy i całej Rodzi­ny, będą­ca reak­cją na usły­sza­ny komu­ni­kat, któ­ry pozba­wiał wszel­kich nadziei. Z cza­sem jed­nak powra­cać zaczę­ły myśli o tym, że może nie doszło do naj­gor­sze­go, że może jed­nak uda­ło się oca­lić życie.

Pró­by tuszo­wa­nia przez Rosjan Zbrod­ni Katyń­skiej spra­wi­ły, że skłon­ni byli­śmy nie­miec­kie tra­gicz­ne infor­ma­cje zło­żyć na karb pro­pa­gan­dy goeb­bel­sow­skiej. Docie­ra­ły też infor­ma­cje o for­mo­wa­niu się Pol­skich Sił Zbroj­nych w ZSRR, w któ­rych skład weszli zwol­nie­ni wsku­tek amne­stii Sta­li­na pol­scy ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze prze­by­wa­ją­cy w róż­nych łagrach. Mógł wśród nich być nasz Ojciec.

W cza­sie oku­pa­cji miesz­ka­li­śmy przy szo­sie pro­wa­dzą­cej ze wscho­du na zachód, przy pla­cu, na któ­rym w 1944 i na począt­ku 1945 roku czę­sto sta­cjo­no­wa­ły jed­nost­ki Armii Czer­wo­nej i Woj­ska Pol­skie­go, odpo­czy­wa­jąc przed dal­szą dro­gą na zachód. Wie­lu żoł­nie­rzy wstę­po­wa­ło do nas, aby się posi­lić i wyko­nać zabie­gi higie­nicz­ne. Zna­lazł się wśród nich rów­nież zna­jo­my naszych Rodzi­ców, któ­ry stwier­dził kate­go­rycz­nie, że Ojciec z całą pew­no­ścią żyje, że widział go na wła­sne oczy po 1942 roku. I tak mija­ły lata prze­pla­ta­ne smut­kiem i powra­ca­ją­cą nadzie­ją.

Kie­dy skoń­czy­ła się woj­na, a Ojciec nie wra­cał, szan­se z każ­dym dniem mala­ły. Dopie­ro w 1972 roku prze­by­wa­ją­cy w Lon­dy­nie mój szwa­gier Jan Wal­ter zna­lazł potwier­dze­nie naj­gor­szych przy­pusz­czeń na nie­do­stęp­nej w Pol­sce Liście Katyń­skiej (Gryf Publi­ca­tion LTD, Lon­don 1949, stro­na 257), opra­co­wa­nej przez Ada­ma Moszyń­skie­go). Kolej­nym potwier­dze­niem tra­gicz­nej wia­do­mo­ści był zapis, któ­ry oso­bi­ście odszu­ka­łem na wyło­żo­nej w Rodzi­nie Katyń­skiej w War­szawie liście obo­zo­wej NKWD pod nume­rem obo­zo­wym 3514: pisa­ny rosyj­ską czcion­ką zapis Hof­f­man Hen­ryk, Emi­lia­no­wicz Sta­ro­bielsk – stro­na pol­ska 352. Ten zapis roz­wiał nie­ste­ty wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

Bez naj­mniej­szej prze­sa­dy stwier­dzić muszę, że Zbrod­nia Katyń­ska i tra­gicz­ne losy nasze­go Ojca wywar­ły wiel­kie pięt­no na całym naszym życiu. Ze wzglę­du na ogra­ni­czo­ną ilość miej­sca uza­sad­nie­nie tej tezy może zna­leźć miej­sce w pla­no­wa­nym przez Redak­cję „Rodo­wo­du” II tomie książ­ki Pisa­ne miło­ścią – Losy Wdów Katyń­skich.

Na koniec zgod­nie inten­cją Wydaw­nic­twa kil­ka słów o samej podró­ży i uro­czy­sto­ści poświę­ce­nia cmen­ta­rza w Char­ko­wie. Jestem nie­zwy­kle szczę­śli­wy z fak­tu uczest­ni­cze­nia w tej nie­zwy­kle pod­nio­słej uro­czy­sto­ści. Choć nic nie jest w sta­nie zła­go­dzić bólu po stra­cie kocha­ne­go Ojca, to jed­nak donio­słe uro­czy­sto­ści reli­gij­ne odby­te przy peł­nym cere­mo­nia­le woj­sko­wym, a tak­że przy udzia­le wyso­kich władz pań­stwo­wych Pol­ski i Ukra­iny pozo­sta­wi­ły na mnie nie­za­po­mnia­ne wra­że­nie.

Sam cmen­tarz, skrom­ny i pro­sty, a przez to bar­dzo dostoj­ny i wyjąt­ko­wy w swo­im wyglą­dzie, spo­wo­do­wał, że miej­sce wiel­kiej ludz­kiej tra­ge­dii sta­ło się miej­scem bar­dziej przy­ja­znym i bli­skim naszym ser­com. Jestem nie­zwy­kle szczę­śli­wy, że dzię­ki orga­ni­za­to­rom piel­grzym­ki mogłem uczest­ni­czyć w tej wiel­kiej uro­czy­sto­ści.

Jesz­cze o orga­ni­za­cji piel­grzym­ki: zna­ko­mi­ta to za mało powie­dziane. Moje naj­wyż­sze sło­wa uzna­nia kie­ru­ję pod adre­sem krakow­skich żoł­nie­rzy i kadry ofi­cer­skiej. Pełen uzna­nia jestem dla ukra­iń­skiej obsłu­gi całej uro­czy­sto­ści oraz ofiar­nej i życz­li­wej obsłu­gi pocią­gu. Spę­dzi­łem pięć nie­za­po­mnia­nych, wspa­nia­łych dni.

Ojciec: Hof­f­man Hen­ryk,
pod­po­rucz­nik rezer­wy, urzęd­nik – wykształ­ce­nie nie­peł­ne wyż­sze,
jeniec Sta­ro­biel­ska, zamor­do­wa­ny w Char­ko­wie

 

Hen­ryk Hof­f­man
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 2001, nr 6