Będąc w Kuropatach, nie mogłam obojętnie przejść obok krzyży – które dosięgnięte zębem czasu chyliły się już ku ziemi – obok tych ludzi, którzy wiele lat temu ponieśli tu śmierć z rąk swoich bliźnich. Świadomość, że w tym właśnie miejscu w latach 1937–41 dokonano brutalnego, zmasowanego morderstwa, nakazuje przystanąć i oddać hołd wszystkim poległym tu osobom, których jedyną winą była zbyt rozległa wiedza, wykształcenie lub pozycja społeczna.
Czy musiało dojść do tej tragedii? Jak nieczuły musi być człowiek, który potrafi się zdobyć na popełnienie tak okrutnego czynu? Kto dał komukolwiek prawo do uśmiercania innych? Takie pytania przychodziły mi na myśl, gdy staliśmy wśród drzew, poprzez które przedzierały się promienie słońca.
Oprócz naszej pielgrzymki w Kuropatach nie było nikogo. Tamtejsi ludzie nie odwiedzają tego miejsca, traktując je tak, jakby nic szczególnego tam się nie zdarzyło. Nie chcą o nim pisać, mówić, a nawet usiłują zapomnieć o jego istnieniu. Z ust przewodniczki mogliśmy dowiedzieć się, że częściej można spotkać tu grzybiarzy pochłoniętych wypatrywaniem smakowitych rarytasów niż ludzi zainteresowanych sprawą poległych. Jest to tym bardziej smutne, że ziemia kuropacka mieści w sobie wiele białoruskiej krwi. Jedyne, co żyjący ofiarowują swoim zmarłym braciom, to świst samochodów przejeżdżających po znajdującej się nieopodal ulicy. Unosząc się nad mogiłami, łączy się z szumem drzew, tworząc monotonną pieśń zapomnienia.
Kuropaty
Jest takie miejsce – smutne, zapomniane,
Strachem podszyte i tajemnicą,
Miejsce milczącym lukiem omijane,
Pod białoruską ukryte stolicą.
Nikt tam nie chodzi, pokłonu nie złoży,
Rąk w modlitewnym geście nie splata
Znicza nie zapali, wieńca nie położy.
Las tylko szumem mogiły oplata.
On gęsty, potężny czuwa nad zmarłymi,
Którzy polegli bez sądu, bez winy,
Bez tłumaczenia, bez rozgrzeszenia.
Tak szybko bezduszność potwierdziły czyny
Krzyże drewniane chylą swe lica
Tam, skąd roślinność czerpie życia soki.
Sto metrów dalej ruchliwa ulica;
Gdy spojrzysz w górę – błękitne obłoki.
Sylwia Jażdżewska
Pierwodruk: „Rodowód” 2001, nr 10