Po powrocie z Miednoje i Tweru nie opowiadałam nikomu nic – ani bliższym, ani dalszym zainteresowanym, ani na zebraniu katyńskim, ani w audycji „Tobie, Polsko”, choć co tydzień mówiłam tam o różnych sprawach tarnowskich organizacji niepodległościowych. Milczałam nie tylko ja. Nie mówił nikt z nas, pięciorga przedstawicieli Koła Rodzin Katyńskich, biorących udział w uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego na terenie przyszłego cmentarza w Miednoje. A przecież jesteśmy bardzo różni – wydawało się bardzo odporna Ela, zrównoważona Celina, powściągliwa Wanda, nade wszystko opiekuńczy Edward i ja, zdeterminowana, jak każdy z nas realizująca właśnie największe marzenie, największą potrzebę serca – spotkanie z Ojcem, a raczej z Jego cieniem, z Jego obecnością w tamtej ziemi, w tamtych drzewach, pod tamtym niebem. Tak więc realizowałam nasze audycje patriotyczne: a to o Sybirakach, a to o Akcji „Burza”, o pielgrzymce do Lwowa, o swoim Nieświeżu nawet, a ten temat, jeden jedyny, odsuwałam jak najdalej. Może kiedyś…
Myślę, że nadszedł ten czas, kiedy mogę już opowiedzieć to, co tam przeżyłam, chociaż, czy to w ogóle da się opowiedzieć? I nie dlatego, że minęło już parę lat od tamtego dnia, kiedy wysiedliśmy z samolotu przed namiotami – prowizorycznym punktem celnym w polu pod Twerem. Pamiętam wszystko tak wyraźnie, tak plastycznie, tak mocno… Uprzejmość służb celnych, zielonkawą poświatę pod kopułą namiotu, przejrzystość powietrza, bezradność Celiny i moje postanowienie opiekowania się nią… A potem autokary, droga, mijane wsie, pola, domy. Domy drewniane z okiennicami, schludne, obce. Pracujący w polu chłop w rubaszce pokłonił się nam do ziemi i przeżegnał krzyżem… Na krzyżówkach – milicja. Milicja salutuje. Salutuje nam. Ludzie milcząco przystają. Patrzą. My też patrzymy, bo przecież to jest ten krajobraz, te miejsca, na które patrzyli Oni…
Potem jakoś pamiętam mniej. Jakby film się rwał, jakby tylko poszczególne kadry zostały przed oczami. Ogrodzenie, brama, napis… To tu! Przechodzimy przez tę bramę. Słyszę, Ela mówi: „Tatku, w starych butach do Ciebie przyjechałam, ale wygodniejsze… Wybaczysz mi to, wiem”. Widzę Wandę, która idzie jak ślepa od drzewa do drzewa, wyciągając rękę, po omacku dotykając drzew. Widzę Edwarda, jak z pobladłą twarzą wpatruje się w wierzchołki drzew. Widzę Celinę, która szeroko otworzywszy oczy, idzie jak uskrzydlona, lekko i pewnie. Widzę panią, tę, która od samolotu niosła ciężką foliową torbę i nie wypuszczała jej z rąk, a teraz przestępuje biało-czerwone taśmy, którymi są ogrodzone Doły Śmierci, i czerpiąc garścią ze swojej torby rozsypuje polską ziemię na tę, przecież obcą, która Ich przykryła…
Msza. Stoję w poczcie sztandarowym i w oczach mi się mieni, huczy w uszach. Znicze, sztandary, chorągiewki, kwiaty, przemówienia, słowa przejmujące, modlitwa, śpiew, apel. Salwa. Gardło się ściska, oczy pieką, serce raz wali jak oszalałe, raz staje. Ciemno w oczach. Edward szepcze: „Walidol w kieszeni”, potem jakieś krzesełko składane, ktoś w bieli, woda. Znowu stoję, znowu walidol i cały czas komary – ogromne, bezlitosne, przywołujące rzeczywistość. Czuję dotyk czegoś lekkiego na plecach, szyi, oglądam się i widzę rosyjską dziewczynkę, jeszcze inne dzieci, nauczycielki. Stoją za nami z zielonymi gałązkami i odganiają od nas komary. A potem jedna z nich powie: „Będziemy tu pilnować, dbać o te groby” i szepcze ze łzami: „My nie winowaty…”
*
Chcę jeszcze opowiedzieć o tym, co zdarzyło się w Twerze. Całą tamtą część pielgrzymki do Miednoje, tę jej część prowadzącą do miejsca kaźni w Twerze, widzę znowu jak przez mgłę. Fronton pałacu-instytutu, pomnik Kalinina na skwerze, tablica, kwiaty, schody… Myśl: „Tędy szli po raz ostatni”. Starsza kobieta: „Tuda nielzia, tam zakryto”, a potem widzę, wszyscy jednak wchodzą, schodzą w dół i już słyszę płacz, szloch, krzyk – pierwsi weszli do tych cel w piwnicy, gdzie jeszcze słychać echo strzałów, gdzie jeszcze w ścianach ślady kul, krew. Słyszę, że pierwsi są już w piwnicy i… zawracam. Uciekam z tego budynku i idę jak ćma przed siebie w lewo, w prawo, kucam przed piwnicznym okienkiem, przez które przecież wyrzucano ciała naszych Ojców, uciekam, w dłoniach trzymam zapalone znicze – kto mi je zapalił? Gorąca stearyna kapie na palce, ktoś mi wyjmuje znicze z rąk: „Tu postawimy, tu, pod tym okienkiem”. I zdaje mi się, że widzę stojące rzędem ciężarówki, słyszę warkot silników, czuję spaliny… Boże!
Kiedy wsiadłam do autokaru i zajęłam jakieś wolne miejsce, nie wiedziałam, że to nie mój autokar, że to ten drugi. Nikt nie siedział obok, nikogo znajomego nie było, ale długo o tym nie wiedziałam. Głowę rozsadzała jedna myśl: „Nie weszłam. Wszyscy weszli, a ja nie weszłam. Uciekłam. Jak mogłam?!” Było mi lodowato zimno, dzwoniłam zębami i w głowie jak gwóźdź, myśl: „Dlaczego nie weszłam?!” Wtedy ktoś z tyłu autokaru podszedł do mnie. Ktoś usiadł obok, nie podniosłam głowy, nie widziałam twarzy. Widziałam tylko czarną skórzaną spódnicę, roztrzęsione ręce, splecione palce. Usłyszałam: „Po co ja tam weszłam. Boże. Po co ja tam wchodziłam? Nie trzeba było! Boże. Po co weszłam?” Po chwili pani, której twarzy nie widziałam, odeszła z powrotem na jakieś miejsce w tyle… Zostałam rozgrzeszona z mojego tchórzostwa. Czyż to nie sam Bóg mnie wziął w opiekę?
Po chwili uspokojenia, wyciszenia, ulgi, poraziła mnie świadomość kosmicznej samotności. To poczucie osamotnienia, oderwania, było tak przemożne, tak dotkliwe, że aż fizycznie bolało. Znowu zatykało dech, znowu czarna rozpacz – byłam sama na całej ziemi, wirujący pyłek. Myślałam, że serce mi pęknie. Wtedy lekka dłoń dotknęła mego ramienia. Ktoś siedzący za mną. Nie mogłam odwrócić głowy, byłam zesztywniała zupełnie, nie było mnie. Ktoś powiedział: „W innych okolicznościach na pewno byśmy się zaprzyjaźniły. Na pewno. Jest pani bardzo podobna do mojej siostry”. I podano mi karteczkę – mam ją do dziś – z adresem napisanym własnoręcznie przez panią Celinę Riedl… Byłam uratowana. Nie byłam sama. Pani Celino! Czy Pani wie, ile wtedy tamten gest dla mnie znaczył? Dziękuję! Dziś już wiem, że w Gdańsku mam Przyjaciółkę. Tarnów – Gdańsk to jednak daleko, ale bardzo byłam dumna z tego, że to moja Przyjaciółka wygrała konkurs na wspomnienia o swoim Ojcu.
Z tamtej pielgrzymki został mi jeden wyrzut sumienia. Dręczy mnie niedotrzymana obietnica – miałam opiekować się Celinką, była taka bezradna, przecież źle widzi. Upadła chyba dwa razy, a mnie nie było obok. Przepraszam, Celinko, Siostro moja ze wspólnej Rodziny Katyńskiej, ze wspólnej pielgrzymki do wspólnego grobu Ojców naszych. Wybacz mi, bo nigdy nie było mi tak ciężko, jak tam, choć przecież jestem sybiraczką…
Rodzicom
… a Ona wciąż młoda
z srebrnymi nitkami na skroniach
a On wciąż chłopięcy
z oczami jak listki zielone
a ja z nas najstarsza
z czaszą goryczy w dłoniach
i spełniam ją za Nich
za siebie, za sny niespełnione
… a Ona co noc
po stepie się błąka i woła
a On gdzieś pod drzewem
i milczy, i czeka, i czeka
a ja nanizuję wciąż
myśli, obrazy i słow
i patrzę na Nich z samotni z mojego daleka
… bo On został w lesie
a las to katyński, bez ptaków
i dzwony nie biły
i było milczenie pół wieku
a ja wciąż szukam
na ziemi, na niebie znaków
a Ona po stepie się błąka
i czeka, i czeka
Nocna ballada z gitarą w tle
W kręgu lampy na stole – modlitewnik stary
Głębsza zmarszczka na czole, strzępy wspomnień… mary…
O tej późnej godzinie miasto śpi
A ja kartki przekładam… i…
Trzy kwiatuszki suche biorę w palce z ostrożna
Takie martwe i kruche, że już bardziej nie można
Losy trzy, trzy symbole – zjawy czasu przeszłego…
Serce boli. ..jak boli… I nie pytaj – dlaczego.
* * *
Oto pierwszy, czerwony, zerwany o świcie
Jako symbol miłości na całe życie
Zerwany w ogrodzie w nowogródzkiej krainie
Jako symbol miłości, która nigdy nie minie…
Oto drugi, niebieski, dzisiaj blady i szary
Ma kształt jednej łezki i jest smutny bez miary
Zerwany o zmierzchu pośród łez
Był symbolem wierności aż po kres…
Oto trzeci, biały, ulotny jak chwila
Taki kruchy i mały, jak skrzydło motyla
Zerwany na stepie ręką dziecka małego
I nie pytaj lepiej – skąd aż tam… dlaczego?…
Trzy kwiatuszki kruche biorę lekko do ręki
To nie koniec, posłuchaj, to nie koniec udręki:
Leżą sobie osobno, która to już jesień,
Wypędzona z Nieświeża, zastrzelony w lesie…
Już na zawsze osobno!… Która to już jesień?…
Wypędzona z Nieświeża, zastrzelony w lesie.
Ot i cała ballada — może nawet za długa…
O chłopaku z Tarnowa, o dziewczynie zza Buga…
Noc też długa. Cyt… cicho… tylko trudno uwierzyć:
Ona leży w Tarnowie, on za Bugiem leży.
Noc dziś długa. Cyt. Cicho. Ale trudno uwierzyć:
Ona leży w Tarnowie – on w Katyniu leży!
Ot i cała ballada, ot i cała piosenka
Na melodię niemodną, na gitarę z udręką
Już za oknem świt blady, nikt nie słucha piosenki
To już koniec ballady, lecz nie koniec udręki.
Jeszcze kilka akordów – dośpiewam do kreski
Schowam kwiatek czerwony i kwiatek niebieski
A swój biały położę pod ręką, na wierzchu –
Może kiedyś ktoś westchnie o zmierzchu…
Stanisława Wiatr-Partryka, Rodzina Katyńska w Tarnowie
Pierwodruk: „Rodowód” 2002, nr 6