5 czerwca 1995. Jadę do Miednoje. Już wiem, już jestem prawie pewny, że na własne oczy zobaczę miejsce, gdzie leży nasz Tata, zamordowany w kwietniu 1940 roku przez oprawców z NKWD. Dziś otrzymałem list z Katowic ze Stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939”, zawiadamiający mnie o wyjeździe do Miednoje w dniu 11 czerwca 1995 roku. Do listu dołączono szczegółowy program uroczystości wmurowania kamienia węgielnego i aktu erekcyjnego pod budowę Polskiego Cmentarza Wojennego w Miednoje. Uroczystości odbędą się 11 czerwca 1995 roku w 55. rocznicę mordu.
Spełnią się moje marzenia, aby pojechać do Taty, z którym rozstaliśmy się w nocy z 11 na 12 września 1939 roku. Nie zobaczę Go, ale będę blisko Niego. Zobaczę na własne oczy to miejsce. Zobaczę, gdzie to jest i jak tam jest. Do tej pory mogłem popatrzeć tylko na mapę, odszukać miejscowość Ostaszków, Kalinin (Twer), Miednoje, Jamok. Teraz już jestem prawie pewny, że będę tam. Będę mógł zobaczyć to miejsce.
6 czerwca 1995. Żyję wyjazdem do Miednoje. Komu to mogę zawdzięczać? Rozważam, zastanawiam się, rozmyślam. Jeszcze nie wierzę, jeszcze nie jestem pewny. Mam już w ręku list Stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939” z programem wyjazdu i przebiegiem uroczystości. To musi dojść do skutku, to jest już pewne. Komu za to dziękować? Po pierwsze temu, kto doprowadził do zmiany ustroju w Polsce, co pozwoliło na odtajnienie sprawy Katynia. Była to na pewno „Solidarność”. Największe dzięki należą się księdzu prałatowi Zdzisławowi Peszkowskiemu, kapelanowi Rodzin Katyńskich. To z Jego inicjatywy rok 1995 został ogłoszony Rokiem Katyńskim. To On do końca zaangażowany jest w sprawę budowy Polskich Cmentarzy Wojennych w Katyniu, Charkowie i Miednoje. Ksiądz Peszkowski był więźniem obozu w Kozielsku. Ocalał chyba z woli Bożej, aby teraz działać na rzecz pamięci pomordowanych polskich oficerów i policjantów przez NKWD w kwietniu i maju 1940 roku. Wielkie dzięki Mu za to.
Za kilka dni nastąpi wyjazd do Miednoje. Czynię przygotowania. Zamówiłem tabliczkę epitafijną z imieniem i nazwiskiem Taty. Kupiłem kwiaty biało-czerwone. Chryzantemy i goździki. Są to kwiaty sztuczne, ale ładne. Robią wrażenie, że są żywe. Dużą świecę, na której umieszczony jest biały orzeł na czerwonej tarczy, kupiłem dużo wcześniej, jeszcze wtedy, kiedy mój wyjazd do Miednoje nie doszedł do skutku. Było to w 1991 roku. Przygotowuję sobie biało-czerwoną opaskę na rękaw z napisem: „Rodzina Policyjna 1939 Kielce”.
7 czerwca 1995. Jest już wykonana tabliczka epitafijna Taty. Przygotowuję biało-czerwoną szarfę z napisem: „Miednoje 1940–1995 Rodzina Policyjna 1939 Kielce”. Razem ze mną jedzie pani Irena Bąkowska i pan Włodzimierz Przeradowski. Trzyosobowa nasza grupka będzie reprezentować Kielce na uroczystościach w Miednoje 11 czerwca 1995.
8 czerwca 1995. Czynię ostatnie przygotowania do wyjazdu. Uczestniczę w mszy świętej w moim kościele parafialnym, przystępuję do komunii świętej. Po 55 latach będę blisko Taty. Muszę być godnie przygotowany na to spotkanie. Spotkanie milczące, spotkanie z Jego szczątkami.
9 czerwca 1995. Już jestem spokojny i przygotowany do wyjazdu. Telefonicznie kontaktuję się z kuzynką Wisią, mieszkającą w Warszawie. Ojciec Wisi to rodzony brat mojego Taty. Był jeńcem Kozielska, został zamordowany przez NKWD i leży w zbiorowej mogile w Katyniu.
10 czerwca 1995. Pogoda zmieniła się nieco. W nocy padał deszcz. Jest pochmurno i ochłodziło się. Ale taka pogoda na drogę jest lepsza od pogody upalnej, jaką mieliśmy od kilku dni. Zdecydowałem się jechać do Warszawy własnym samochodem. Zabrała się ze mną pan Przeradowski. Na trasę wyruszyliśmy o godzinie 11.00. Na drodze nie było dużego ruchu, bo to wolna sobota. Do Warszawy dotarliśmy szczęśliwie około godziny 14. Samochód zostawiłem na parkingu na Okęciu i autobusem miejskim dotarliśmy na Dworzec Centralny, gdzie zarządzono zbiórkę Rodzin Katyńskich i Rodzin Policyjnych 1939, biorących udział w pielgrzymce do Miednoje.
Miałem jeszcze trochę czasu i odwiedziłem Wisię. która mieszka przy ulicy Chmielnej, niedaleko Dworca Centralnego w Warszawie. Przy herbatce wspominaliśmy czasy przedwojenne, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi. Pożegnałem Wisię i udałem się na Dworzec Centralny, gdzie czekały już na nas autokary, które zawiozły nas do Legionowa. Zostaliśmy zakwaterowani w Centrum Szkolenia Policji. Tu dostaliśmy kolację. Po kolacji omówiono szczegóły programu naszego wyjazdu i przebieg uroczystości w Miednoje.
Parę godzin snu, a potem pobudka. Następnie odjazd autokarami na lotnisko. Do Miednoje lecimy specjalnym, czarterowym samolotem. Po krótkiej odprawie paszportowej (celnej nie było) wsiadamy do samolotu i zgodnie z planem o godzinie 5.45, już 11 czerwca, startujemy.
11 czerwca 1995. Jedenasty czerwca 1995 roku złotymi zgłoskami zapisze się w historii mojego życia. Po 55 latach, okrutnych latach okupacji, kłamstwa i milczenia, a także upokorzenia, będę w miejscu, gdzie w zbiorowej mogile spoczywa mój Ojciec, wzięty do niewoli sowieckiej po 17 września 1939 roku, więziony w obozie w Ostaszkowie i z rozkazu Stalina zamordowany w kwietniu 1940 roku w więzieniu NKWD w Twerze. Ojciec był jednym z ponad 21 tysięcy Polaków, oficerów Wojska Polskiego i policjantów, których spotkał ten sam los już na początku II wojny światowej. Nie dano Im walczyć na froncie. Zamordowano Ich skrycie.
W samolocie mam miejsce oznaczone numerem 20c. Lecimy na wysokości 11 tysięcy metrów z prędkością 960 km na godzinę. Kierunek lotu: Białystok – Moskwa – Twer. Lot trwa niecałe dwie godziny. Lądujemy w Twerze na wojskowym lotnisku. Tu zorganizowano specjalnie dla nas połową (w namiotach) odprawę paszportową i celną. Odprawa przebiega sprawnie, bez zakłóceń. Wszyscy uczestnicy pielgrzymki poważni, skupieni.
Na lotnisku czekają już na nas trzy autokary, które zawiozą nas do Miednoje, do miejsca, gdzie spoczywają szczątki naszych najbliższych. Autokary wiozą nas drogą, którą 55 lat temu transportowano ciała naszych Ojców po okropnym mordzie strzałem w tył głowy. Jesteśmy skupieni, wyciszeni. Słychać tylko warkot silnika i gdzieniegdzie szept modlitwy.
Miednoje położone jest od Tweru w odległości 30 kilometrów. Naszą kolumnę pilotuje samochód milicyjny. Skręcamy z głównej drogi w lewo i oczom naszym ukazuje się tablica informacyjna z nazwą miejscowości: MIEDNOJE. Narasta wzruszenie. W autokarze wzmogła się cisza. Każdy z nas czuje przyspieszone bicie serca. Jedziemy dalej, droga staje się coraz węższa, najpierw wśród pól, później wjeżdżamy w las. Mijamy tablicę z nazwą miejscowości Jamok. Autokar jedzie wolno, bo droga jest bardzo wąska. Z jednej strony las. Gałęzie drzew ocierają się o szyby i dach autokaru. Dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie stoją milicjanci rosyjscy, są też nasi policjanci. Kierują nas w lewą stronę. Jeszcze parę metrów i wyjeżdżamy na skraj lasu. Autokary zatrzymują się. Wysiadamy, rozglądając się uważnie. Od organizatorów otrzymujemy papierowe chusteczki nasączone środkiem przeciw komarom. Należy przetrzeć nimi wszystkie niezakryte miejsca ciała, bo teren ten nawiedziła okropna plaga komarów.
Oczom naszym ukazuje się ogrodzenie z siatki drucianej i słupków betonowych. Jest to ogrodzenie wykonane już teraz, po ujawnieniu tego miejsca w 1991 roku. Stare ogrodzenie byłego ośrodka wypoczynkowego NKWD zostało rozebrane.
Idziemy w kierunku bramy wejściowej, na której ukazuje się nam napis w języku rosyjskim: „Polskoje kładbiszcze” i w języku polskim: „Polski Cmentarz”. Powoli, krokiem dostojnym przekraczamy bramę i jesteśmy na terenie, gdzie znajdują się doły śmierci naszych najbliższych – Ojców, Synów, Braci. Nie było już z nami ani jednej wdowy po zamordowanych. Przeważali synowie i córki tych, którzy tu leżą, oraz Ich wnuki.
Obowiązuje nas program określony przez organizatorów. Przyjechaliśmy trochę wcześniej i do rozpoczęcia oficjalnych uroczystości mamy około godziny wolnego czasu. Zapoznajemy się z terenem, z położeniem tego drogiego dla nas miejsca, z jego usytuowaniem. Teren nie jest stosunkowo duży. Jak się później dowiaduję, nie ma całego hektara. Przeważa las sosnowy. Rosną na tym terenie drzewa stare, które musiały być świadkami tej straszliwej zbrodni, ale przeważają te, które były sadzone już na dołach śmierci. W wyniku przeprowadzonych w 1991 roku i późniejszych ekshumacji oraz prac sondażowych ustalono i oznaczono biało-czerwonymi taśmami doły śmierci. Jest ich 26, w tym jeden nie ze zwłokami, lecz z rzeczami osobistymi pomordowanych (pasy, czapki, menażki, kubki, szczoteczki do zębów itp.).
Dobrze, że jestem tutaj teraz, kiedy teren ten nie jest jeszcze uporządkowany, cmentarz nie jest zbudowany. Mam wyobrażenie, jak to było 55 lat temu. Uświadamiam sobie, że po zamordowaniu Ich strzałem w tył głowy w celi więziennej NKWD w Twerze samochodami przywieziono Ich tutaj. A tu nie chowano Ich, nie grzebano, lecz po prostu zakopywano. Wnioskuję to z tego, że doły śmierci nie są kopane w jakimś porządku. Nie są jednakowej wielkości i formatu. Są to dosłownie jamy o kształtach nieregularnych, małe, średnie i duże, ale za to głębokie, dochodzące do pięciu metrów. Kopanie tych dołów było na pewno uzależnione od tego, jak koparka mogła się poruszać wśród rosnących wtedy drzew.
Oni tu są. Są na pewno, ale nie możemy się z Nimi spotkać. Leży tutaj zakopany w kwietniu 1940 roku w którymś z tych dołów mój Tata. Gdzie jest to miejsce, gdzie postawić tabliczkę nagrobną, którą przywiozłem z sobą, kwiaty, świecę? Szukam miejsca, czekam na jakieś natchnienie. Może tu, a może tam? Uświadamiam sobie, że to ja w tej chwili muszę ustalić miejsce na grób Ojca. Obserwuję, co robią inni. Szukają miejsca, podobnie jak ja. Są tacy, którzy już klęczą i modlą się na wybranym miejscu. Już i ja wkopałem w ziemię swoją tablicę w miejscu ogrodzonym taśmą. Jest to dół śmierci. Zmieniam jednak decyzję. To miejsce będzie rozkopane, bo przewidziane są ekshumacje. Tabliczka moja może być zniszczona i wyrzucona. Podchodzę pod krzyż postawiony tu po ujawnieniu światu tego miejsca kaźni. Obok krzyża rosną blisko siebie dwie sosny. To będzie to miejsce. Tak, tu obok krzyża i sosen oznaczony jest duży dół śmierci. To miejsce, to obrzeże tego dołu. A może trafiłem? Może właśnie w tym dole leżą szczątki mojego Taty?
Drżącymi rękami wkopuję w ziemię przywiezioną tabliczkę epitafijną z napisem: „Św. pamięci st. post. PP Jan Mazurski, ur. 21 X 1898 r., zamordowany przez NKWD – Miednoje, 1940 r.” Obok składam wiązankę biało-czerwonych kwiatów i zapalam świecę, na której umieszczony jest orzeł w koronie – taki, jaki zdobił czapki policjantów polskich w 1939 roku. Klęcząc, modlę się w intencji swojego Taty. Na myśl przychodzą mi w tej chwili ostatnie dni spędzone z Nim we wrześniu 1939 roku.
Po wybuchu II wojny światowej, w nocy z 11 na 12 września Ojciec otrzymał rozkaz opuszczenia posterunku i udania się w rejon koncentracji pod Tarnopol. Tej nocy rozstaliśmy się. Dopiero na początku stycznia 1940 roku otrzymaliśmy od Ojca kartkę pocztową z obozu w Ostaszkowie. Do wiosny 1943 roku mieliśmy jeszcze iskrę nadziei, że Ojciec wróci. Ale kiedy w kwietniu tego roku Niemcy odkryli Katyń, ta iskra zgasła.
Nastał długi okres oczekiwania na ujawnienie okoliczności mordu jeńców Ostaszkowa i miejsca Ich spoczynku. Nastąpiło to dopiero po 50 latach. A po 55 latach jestem tu, w lesie pod miejscowością Miednoje. Jestem ogromnie wzruszony. Do oczu cisną się łzy. Nie mogę ich powstrzymać. Uświadamiam sobie, że Ojciec nie leży tu sam. Leżą też zakopani razem z Nim Jego współpracownicy – podwładni z posterunku PP w Hrebennem koło Rawy Ruskiej, posterunkowi: Lucjan Komorowski, Jan Jurysta i Kazimierz Krawczyński. Oni też podzielili los Ojca. Przeszli obóz w Ostaszkowie, miejsce kaźni w Twerze i leżą tu, w lesie w Miednoje. Posterunkowy Krawczyński na pewno w tym samym dole śmierci, co i Ojciec, bo Jego nazwisko figuruje na tej samej liście wywozowej z Ostaszkowa do Tweru z datą 22 kwietnia 1940 roku, na której jest nazwisko Ojca. Odmawiam modlitwę w Ich intencji.
Mam ze sobą aparat fotograficzny. Robię kilka zdjęć tego miejsca. Będą to zdjęcia do pamiątek rodzinnych.
O godzinie 11.35 następuje początek uroczystości w Miednoje, na którą składa się:
- przemarsz konduktu żałobnego na miejsce uroczystości,
- hymn państwowy na rozpoczęcie uroczystości,
- modlitwy ekumeniczne,
- uroczysta msza święta,
- odczytanie aktu erekcyjnego.
- wmurowanie aktu erekcyjnego i kamienia węgielnego pod budowę Polskiego Cmentarza Wojennego,
- przemówienia zaproszonych gości.
- Apel Poległych,
- minuta ciszy dla uczczenia Ofiar Katynia,
- salwa honorowa,
- złożenie wieńców i kwiatów na mogile pochowanych jeńców Ostaszkowa, wydobytych z dołów śmierci w czasie przeprowadzonej w 1991 roku ekshumacji,
- zakończenie oficjalnych uroczystości i czas wolny, przeznaczony na zwiedzanie terenu, na którym ma być zbudowany Polski Cmentarz Wojenny.
Jeszcze raz mam okazję być przy miejscu, które wybrałem na „grób” Ojca. Klęcząc, modlę się w Jego intencji. Fotografuję to miejsce.
Teren przyszłego cmentarza zwiedzają obecni na uroczystościach przedstawiciele polskich i rosyjskich władz. Interesują się wszystkimi szczegółami tego bestialskiego mordu. Przewodnikiem jest prokurator Śnieżko, który rozpoczął i prowadzi śledztwo w sprawie katyńskiej z ramienia władz polskich. Dołączyłem do tej grupy i z zaciekawieniem słucham relacji prokuratora Śnieżki. Są to wiadomości z pierwszej ręki, bo on brał udział w przeprowadzonej tu ekshumacji w 1991 roku.
Czas nieubłaganie płynie. Nadeszła chwila odjazdu. Organizatorzy nawołują do zajęcia miejsc w autokarach. Ze łzami w oczach żegnamy się z najbliższymi. Przyrzekamy, że będziemy Ich odwiedzać. Nie zapomnimy o Nich. Jesteśmy już pewni, że w niedalekiej przyszłości zostanie zbudowany tu Polski Cmentarz Wojenny, miejsce Ich wiecznego spoczynku.
Autokary zawiozły nas do Tweru i zatrzymały się przed budynkiem byłego NKWD, w którym mordowano naszych Ojców. Pod murem budynku składamy kwiaty i zapalamy znicze. Domagamy się, aby nas wpuszczono do środka budynku, do celi, w której odbywały się egzekucje na naszych najbliższych. Dzisiejsi administratorzy tego budynku nie chcą nas wpuścić, tłumacząc się przeprowadzanymi remontami. Jednak na nasze usilne prośby drzwi wejściowe zostały otwarte. Wchodzimy do wnętrza. Potem pokonujemy kilkanaście schodów w dół, do piwnic, gdzie w 1940 roku znajdowały się cele więzienne i ta najważniejsza dla nas, w której mordowano naszych najbliższych strzałem w tył głowy. Jesteśmy w miejscu, w którym ponad sześć tysięcy Polaków, w przeważającej liczbie funkcjonariuszy Policji Państwowej, rozstało się z życiem wbrew swojej woli.
Przeraża panujący w tej celi ogólny nieporządek. Na podłodze gruz z opadających tynków, zdemontowane kaloryfery, porozrzucane deski. Cela bez okien. Panującą ciemność oświetla lampa filmującego kamerzysty. Z wielkim przygnębieniem oglądam to miejsce, dotykam ścian – jedynych niemych świadków mordu. Na pamiątkę, jako relikwie, biorę kilka kawałeczków tynku i z oczami pełnymi łez opuszczam to miejsce – miejsce kaźni.
Autokary wiozą nas na lotnisko. Wsiadamy do samolotu i późnym popołudniem lądujemy w Warszawie na Okęciu. Był to tylko jeden dzień, ale jak bogaty ze wzruszenia i wspomnienia.
* * *
Drugi raz byłem w Miednoje w dniu 2 września 2000 roku na otwarciu i poświęceniu Polskiego Cmentarza Wojennego. Był to dla mnie faktyczny, oficjalny pogrzeb naszego Ojca, a także dobrze nam znanych Jego podwładnych, posterunkowych z posterunku Policji Państwowej w Hrebennem i wszystkich policjantów pomordowanych w Twerze.
Złożenie wiązanek kwiatów z biało-czerwonymi chorągiewkami oraz zapalenie znicza przy tabliczce epitafijnej Taty wiązało się z wielkim żalem i bólem. Wydobywający się z podziemi głos dzwonu, a także dźwięki hymnu narodowego, odbijające się echem w tym lesie grozy, ściskały krtań. Trudno było powstrzymać się od łez, które mimo woli napływały do oczu. Pierwszy i drugi pobyt w Miednoje pozostanie na zawsze w mej pamięci.
* * *
Byłbym niesprawiedliwy, gdybym w tym moim wspomnieniu o spotkaniu z Tatą w Miednoje nie poświęcił paru słów naszej drogiej i kochanej Mamie. Po 12 września 1939 roku została z nami, czworgiem małych dzieci. Najstarszy Tadzik miał 13 lat, a najmłodszy Henio zaledwie jeden roczek. W czasie trudnych i koszmarnych lat wojny i okupacji wychowywała nas sama. Była dzielna i zapobiegliwa. Potrafiła zadbać o nasze wychowanie. Godnie i po bohatersku zastąpiła nam Ojca. Dziękujemy Ci za to, Mamo!
Ze łzami w oczach pożegnaliśmy Ją 16 lutego 1993 roku, kiedy odeszła od nas na zawsze. Jej grób znajduje się na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.
Ojciec: Jan Mazurski,
post. PP, komendant posterunku PP w Hrebennem koło Rawy Ruskiej, woj. lwowskie.
Bronisław Mazurski, Rodzina Katyńska w Kielcach
Pierwodruk: „Rodowód” 2002, nr 11