Jadwiga Siemaszkiewicz, Ogólnokrajowa pielgrzymka Rodzin Katyńskich do Kuropat, Katynia, Tweru, Miednoje, Ostaszkowa i Wilna (czerwiec 1997)

Wyjeż­dża­my rano z Łodzi, w War­sza­wie zabie­ra­my oso­by z Rodzin Katyń­skich z róż­nych stron Pol­ski. Gra­ni­cę w Brze­ściu prze­kra­cza­my bez kom­pli­ka­cji, podob­nie było przy prze­kra­cza­niu następ­nych gra­nic. Wie­czo­rem jeste­śmy w Bara­no­wi­czach, nocu­je­my w Domu Pol­skim oraz u księ­ży wer­bi­stów, gdzie przy­ję­to nas ser­decz­nie i gościn­nie. Dom Pol­ski zbu­do­wa­no kil­ka lat temu, kie­ru­ją nim panie Elż­bie­ta Dołga-Wrzo­sek i Tere­sa Staw­ro­pol­cew. Wiel­kie pasjo­nat­ki i krze­wi­ciel­ki pol­sko­ści na tych tere­nach. Pro­wa­dzą szko­łę pol­ską, klub, biblio­te­kę, har­cer­stwo i wszel­ką moż­li­wą dzia­łal­ność przy­bli­ża­ją­cą tam­tej­szej Polo­nii pol­ską histo­rię, kul­tu­rę i zwy­cza­je.

Następ­ne­go dnia zwie­dza­my Nie­śwież – sie­dzi­bę jed­ne­go z naj­więk­szych rodów magnac­kich w Pol­sce – Radzi­wił­łów. Przed tere­nem zam­ku stoi ład­ny pol­ski kato­lic­ki kościół pw. Św. Ducha. Zdo­bią go fre­ski i pla­fo­ny. W głów­nym ołta­rzu zamiesz­czo­ny jest pięk­ny i ory­gi­nal­ny obraz przed­sta­wia­ją­cy Ostat­nią Wie­cze­rzę. Chry­stus, nie tak jak na wie­lu zna­nych obra­zach, w tym przy­pad­ku sie­dzi w szczy­cie sto­łu, a Apo­sto­ło­wie po Jego bokach.

Zamek Radzi­wił­łów jest bar­dzo duży, trzy­skrzy­dło­wy, oto­czo­ny wodą i czte­re­ma kwar­ta­ła­mi sta­re­go par­ku, w któ­rym egzy­stu­ją rzad­kie oka­zy zwie­rząt, pta­ków i roślin. Widać, że od lat nie­kon­ser­wo­wa­ny, obec­nie użyt­ko­wa­ny na sana­torium. Zasko­cze­ni jeste­śmy zacho­wa­niem w bar­dzo dobrym sta­nie pięk­nej sta­rej żeliw­nej bra­my wej­ścio­wej, w któ­rej umiesz­czo­ne są dwa pol­skie orły z koro­ną. Wnę­trze zam­ku nie­do­stęp­ne dla zwie­dza­nia.

Z Nie­świe­ża jedzie­my do Miń­ska. Zatrzy­mu­je­my się w cen­trum czte­ro­mi­lio­no­we­go mia­sta obok pol­skie­go kościo­ła, tzw. czer­wo­ne­go, zbu­do­wa­ne­go w 1910 roku. W cza­sach socja­li­zmu prze­ro­bio­no go na lokal gastro­no­micz­ny, ale sprze­ciw spo­łe­czeń­stwa Miń­ska dopro­wa­dził do przy­wró­ce­nia mu pier­wot­ne­go wyglą­du i cha­rak­te­ru.

Po dro­dze mija­my odbu­do­wa­ną przez pol­skie­go kon­ser­wa­to­ra z Zamo­ścia kate­drę. W minio­nych latach cały jej fron­ton zabu­do­wa­no blo­ka­mi, a wie­żę usu­nię­to. Obec­nie zasła­nia­ją­cy kate­drę blok roze­bra­no, odsło­nię­to ją i jest nadzie­ja, że odzy­ska daw­ną świet­ność.

Dłu­żej zatrzy­mu­je­my się w Kuro­pa­tach. To miej­sce cią­gle okry­te jest tajem­ni­cą, wia­do­mo, że pięk­ny las jest wiel­kim cmen­ta­rzy­skiem, kry­ją­cym tysią­ce szcząt­ków ludz­kich róż­nych naro­do­wo­ści, tak­że Pola­ków. Natra­fia­my na kil­ka krzy­ży, przy któ­rych pali­my zni­cze, i kamień z tabli­cą infor­mu­ją­cą, że w tym miej­scu zosta­nie przez wła­dze bia­ło­ru­skie wznie­sio­ny pomnik dla uczcze­nia pamię­ci pomor­do­wa­nych.

Wie­czo­rem jeste­śmy w Orszy. Po kola­cji odwie­dza­my kościół pw. św. Józe­fa, któ­re­go pro­bosz­czem jest pol­ski ksiądz Jaro­sław z zako­nu Maria­nów. Jest on wraz z dia­ko­nem i dwie­ma sio­stra­mi pio­nie­rem krze­wie­nia wia­ry kato­lic­kiej wśród tam­tej­szej Polo­nii, sta­no­wią­cej oko­ło 5% lud­no­ści. Otrzy­ma­li kościół zupeł­nie zde­wa­sto­wa­ny, w któ­rym poprzed­nio mie­ścił się lokal roz­ryw­ko­wy. Wewnątrz, w czę­ści użyt­ko­wa­nej na kościół, ścia­ny czy­ste, bia­łe, nowy ołtarz, ław­ki i klęcz­ni­ki zro­bio­ne z drze­wa. W głę­bi trwa nadal remont.

Uczest­ni­czy­my w pięk­nej mszy świę­tej, w cza­sie któ­rej otrzy­ma­li­śmy komu­nię w obrząd­ku pra­wo­sław­nym, tj. hostię macza­ną w winie i poda­wa­ną ze sło­wa­mi: „Cia­ło i Krew Chry­stu­sa”.

Następ­ne­go dnia zwie­dza­my Orszę, któ­ra ma 930 lat, w towa­rzy­stwie ks. Jaro­sła­wa oraz star­szych Polek, potom­kiń pol­skich zesłań­ców. W koście­le pw. Św. Ducha znaj­du­je się obraz Mat­ki Bożej ze Stocz­ka War­miń­skie­go (gdzie wię­zio­no ks. pry­ma­sa Wyszyń­skie­go). Obraz ten koro­no­wa­ny był przez papie­ża Jana Paw­ła II. Poka­za­no nam pole bitwy pod Orszą nad rze­ką Kro­piw­ną, gdzie Pola­cy i Bia­ło­ru­si­ni pobi­li Moska­li.

Po ser­decz­nym poże­gna­niu, szo­są smo­leń­ską dojeż­dża­my do Katy­nia. Dla nas „katyń­czy­ków” to sło­wo na zawsze pozo­sta­je sym­bo­lem bólu, cier­pie­nia i męczeń­stwa naszych naj­bliż­szych. Wcho­dząc na teren „Memo­ria­łu”, odczu­wa­my ten szcze­gól­ny ucisk w ser­cu, mamy łzy w oczach, a w wyobraź­ni wizję ich strasz­nej i męczeń­skiej śmier­ci.

Przy krzy­żu pry­ma­sow­skim i gro­bach gene­ral­skich skła­da­my bia­ło-czer­wo­ne kwia­ty, pali­my zni­cze. Mszę świę­tą odpra­wia ojciec Pto­lo­me­usz – fran­cisz­ka­nin (praw­dzi­we imię ks. Jacek), któ­ry wygła­sza wzru­sza­ją­cą homi­lię. Roz­mo­dle­ni, zadu­ma­ni, nie zwra­ca­my uwa­gi na doku­cza­ją­cy upał i koma­ry.

Po mszy obcho­dzi­my ten tak bli­ski nam Las Katyń­ski. Trud­no nam zro­zu­mieć, iż na jego tere­nie budu­je się nowe wil­le, a ich użyt­kow­ni­kom spo­koj­nie wypo­czy­wa­ją­cym nie prze­szka­dza to, że las ten jest jed­nym wiel­kim cmen­ta­rzy­skiem.

Pod wie­czór docie­ra­my do Twe­ru (daw­niej Kali­nin), mia­sta czte­ry­sta­ty­sięcz­ne­go, pięk­nie poło­żo­ne­go nad Woł­gą i Twer­cą, w któ­rym nocu­je­my trzy noce.

Następ­ne­go dnia odwie­dza­my daw­ny budy­nek NKWD, w któ­rym obec­nie mie­ści się Insty­tut Medy­cy­ny. Przed wej­ściem do budyn­ku, przy tabli­cach poświę­co­nych pamię­ci zamor­do­wa­nych, skła­da­my kwia­ty i pali­my zni­cze. Wcho­dzi­my do piw­nic, tam gdzie roze­gra­ła się tra­ge­dia, gdzie w nie­spo­ty­ka­ny w cywi­li­zo­wa­nym świe­cie, w bestial­ski spo­sób pozba­wio­no życia oko­ło 6,5 tysią­ca jeń­ców, poli­cjan­tów, żoł­nie­rzy KOP, pra­cow­ni­ków służb wymia­ru spra­wie­dli­wo­ści (sędziów, pro­ku­ra­to­rów, albo adwo­ka­tów) i innych. Wszy­scy wie­my, jak to się odby­wa­ło – taśmo­wo, po oko­ło 250 osób każ­dej nocy. Usta­le­nie toż­sa­mo­ści, zabór war­to­ścio­wych rze­czy, krę­po­wa­nie rąk z tyłu, zarzu­ca­nie na gło­wę mun­du­ru lub płasz­cza i strzał. Podob­nie jak w pozo­sta­łych miej­scach kaź­ni.

Boże! Ta świa­do­mość i wie­dza tkwi w nas cią­gle jak kosz­mar. Cią­gle nie może­my pojąć, że mogli to zro­bić ludzie, że byli do tego zdol­ni! W tym miej­scu, w tej piw­ni­cy nasz ból jest wyjąt­ko­wo przej­mu­ją­cy. To nic, że upły­nę­ło tyle lat. Ból jest cią­gle ogrom­ny. I tak już zosta­nie.

Do tej naj­waż­niej­szej czę­ści piw­ni­cy, tj. do celi, w któ­rej doko­ny­wa­no „ope­ra­cji”, nie mogli­śmy wejść. Zosta­ła odgro­dzo­na ścian­ką i od sufi­tu szta­chet­ka­mi – urzą­dzo­no tam jakieś labo­ra­to­rium. Po wyj­ściu na zewnątrz budyn­ku zatrzy­mu­je­my się jesz­cze przed daw­nym oknem (obec­nie zabu­do­wa­nym deska­mi), przez któ­re wyrzu­ca­no do cię­ża­ró­wek zwło­ki pomor­do­wa­nych i przed świ­tem wywo­żo­no do mied­noj­skie­go lasu. Głę­bo­ko wzru­sze­ni, prze­ży­wa­ją­cy każ­dy na swój spo­sób przy­wo­ła­ną wyobraź­nią tra­ge­dię jedzie­my do Mied­no­je – miej­sca wiecz­ne­go spo­czyn­ku naszych bli­skich.

Przed cmen­ta­rzem ocze­ku­je nas i wita oraz wpro­wa­dza na teren cmen­ta­rza gospo­darz i przed­sta­wi­ciel miej­sco­wych władz w Mied­no­je. I tu, jak w Katy­niu, miej­scem pogrze­ba­nia zamor­do­wa­nych jest las, na tere­nie któ­re­go były i nadal są tere­ny wypo­czyn­ko­we funk­cjo­na­riu­szy służb daw­nej NKWD. W Mied­no­je (w porów­na­niu do Katy­nia) widok cmen­ta­rza jest żało­sny. Po wej­ściu, na wprost bra­my widać z dale­ka Krzyż Pry­ma­sow­ski, a przed nim dwie mogi­ły – kop­ce. Obie zanie­dba­ne, poro­śnię­te tra­wą, ale ze śla­da­mi pamię­ci i byt­no­ści tu bli­skich, z leżą­cy­mi na nich zwię­dły­mi i znisz­czo­ny­mi przez czas kwia­ta­mi i wypa­lo­ny­mi zni­cza­mi, tablicz­ka­mi z nazwi­ska­mi i cho­rą­giew­ka­mi. Teren cmen­ta­rza pod­mo­kły i bagni­sty, trud­no przejść suchą nogą zwłasz­cza w miej­scach, gdzie są wyzna­czo­ne doły śmier­ci, o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach.

Po zakoń­czo­nych w 1995 roku pra­cach eks­hu­ma­cyj­nych doły ozna­ko­wa­ne zosta­ły kol­ka­mi i folio­wą taśmą. Gdy­by nie te ozna­ko­wa­nia, trud­no było­by je zna­leźć, tym bar­dziej, że zapa­dły się i zrów­na­ły z pozo­sta­łym tere­nem. Tam, na miej­scu, tak dobit­nie i wyraź­nie widać, że trze­ba nam wal­czyć ze wszyst­kich sil i wszel­ki­mi moż­li­wy­mi spo­so­ba­mi o jak naj­ry­chlej­sze upo­rząd­ko­wa­nie tego miej­sca i urzą­dze­nie trwa­łe­go i god­ne­go ich pamię­ci cmen­ta­rza wojen­ne­go. Oni wprost krzy­czą i żąda­ją tego od nas. To musi być zro­bio­ne i to nasz świę­ty wobec Nich obo­wią­zek

Cho­dzi­my po tym lesie z wiel­kim pie­ty­zmem, bo każ­da piędź tej zie­mi prze­siąk­nię­ta jest Ich krwią i Nimi cały­mi. Dla nas to miej­sce jest świę­te. Nor­mal­ny czło­wiek nie może zro­zu­mieć tej zbrod­ni, nie może się z tym pogo­dzić, cho­ciaż po chrze­ści­jań­sku powi­nien prze­ba­czyć.

Na mogi­łach skła­da­my kwia­ty, pali­my zni­cze i modli­my się.

Mszę świę­tą odpra­wił ksiądz Richard (z pocho­dze­nia Czech, oby­wa­tel ame­ry­kań­ski, przez wie­le lat pra­cu­ją­cy w Austra­lii), pro­boszcz kościo­ła kato­lic­kie­go w Twe­rze.

I ta msza była pięk­na ale ory­gi­nal­nie odpra­wio­na. Ksiądz odpra­wiał w języ­ku angiel­skim, piel­grzy­mi odpo­wia­da­li po pol­sku, a Ewan­ge­lię i homi­lię tłu­ma­czy­ła pani Zosia Dąbrow­ska w War­sza­wy.

W Twe­rze budu­je się pięk­ny duży kościół kato­lic­ki i ład­ną ple­ba­nię; aktu­al­nie msze świę­te odby­wa­ją się w kapli­cy.

Zachwy­cił nas posia­da­ny przez księ­dza nie­daw­no nama­lo­wa­ny i nigdzie nie wysta­wia­ny obraz przed­sta­wia­ją­cy Chry­stu­sa według widze­nia sio­stry Fau­sty­ny. Postać przy­po­mi­na ten powszech­nie zna­ny wize­ru­nek, ale twarz Pana Jezu­sa jest znacz­nie bar­dziej wyra­zi­sta, auten­tycz­na i żywa, a oczy wyra­ża­ją głę­bo­ką miłość i dobroć.

Zło­żo­no też wizy­tę w ład­nym nie­du­żym odbu­do­wu­ją­cym się mecze­cie. Imam przy­jął nas ser­decz­nie i opo­wie­dział o histo­rii tej świą­ty­ni, któ­ra tak­że w minio­nych cza­sach słu­ży­ła roz­ryw­ce.

W kolej­nym pią­tym dniu piel­grzym­ki zwie­dza­no obóz w Ostasz­ko­wie. Do obo­zu jedzie z nami, z cór­ką Sonią, Pani Hele­na Żuraw­le­wa, dzien­ni­kar­ka w Twe­rze i od daw­na dzia­łacz­ka Memo­ria­łu. Od wie­lu lat jest zaprzy­jaź­nio­na z Łódz­ką Rodzi­ną Katyń­ską i inny­mi Rodzi­na­mi w kra­ju, wie­le zdzia­ła­ła dla spra­wy katyń­skiej i ujaw­nie­nia mor­du w Twe­rze.

Mija­my miej­sco­wość Kuw­szy­no­wa, w któ­rej ocze­ki­wa­li w wago­nach jeń­cy z obo­zu w Ostasz­ko­wie z pierw­sze­go trans­por­tu, któ­rych zabra­no zbyt wie­lu i nie zdą­żo­no jed­ne­go dnia roz­strze­lać.

Zwie­dza­my sta­ry cmen­tarz, na któ­rym znaj­du­je się wspól­na mogi­ła 42 jeń­ców Ostasz­ko­wa, zna­nych z nazwisk, a zmar­łych przed likwi­da­cją obo­zu i tam pocho­wa­nych. Mogi­ła jest widocz­na, ma trwa­łe cemen­to­we obra­mo­wa­nie, ale jest zanie­dba­na. Umiesz­czo­ne kie­dyś na pro­wi­zo­rycz­nej tablicz­ce nazwi­ska nie­ste­ty zupeł­nie się zatar­ły. W pla­nach budo­wy cmen­ta­rzy koniecz­nie powin­no się uwzględ­nić tak­że tę mogi­łę, bowiem spo­czy­wa­ją­cy w niej dzie­li­li ten sam los, co pozo­sta­li. Po zło­że­niu na tej mogi­le kwia­tów i zapa­le­niu zni­czy pie­szo uda­je­my się w kie­run­ku jezio­ra Seli­ger i wyspy Stołb­nyj. Wyspę z lądem sta­łym łączy gro­bla usy­pa­na przez jeń­ców Ostasz­ko­wa. Gro­blą docho­dzi­my do wyspy, na któ­rej znaj­du­je się z dale­ka widocz­ny, bar­dzo malow­ni­czo poło­żo­ny zespół cer­kiew­no-klasz­tor­ny o nazwie Niło­wa Pustel­nia (od imie­nia zało­ży­cie­la św. Niła). Przy bra­mie wej­ścio­wej, na umiesz­czo­nych tabli­cach pamiąt­ko­wych (w języ­ku pol­skim i rosyj­skim) kła­dzie­my kwia­ty i zapa­la­my zni­cze. Wzru­szy­li­śmy się tym, że przy tabli­cach przed naszym przy­by­ciem były poło­żone świe­że kwia­ty.

Zwie­dza­my zespół klasz­to­ru obej­mu­ją­cy trzy dzie­dziń­ce połą­czo­ne pięk­ny­mi ozdob­ny­mi bra­ma­mi – pierw­szy z dużą cer­kwią, na zewnątrz dobrze zacho­wa­ną, w któ­rej w czę­ści urzą­dzo­no już nie­du­żą kapli­cę oraz znaj­du­ją­cy­mi się na nim trze­ma dłu­gi­mi jed­no i dwu­pię­tro­wy­mi bar­dzo znisz­czo­ny­mi budyn­ka­mi typu kosza­ro­we­go, dru­gi z usy­tu­owa­ny­mi rów­nież budyn­ka­mi kosza­ro­wy­mi oraz trze­ci ze znaj­du­ją­cy­mi się w nim zabu­do­wa­nia­mi gospo­dar­czy­mi. Dzię­ki uprzej­mo­ści mni­chów wcho­dzi­my do odre­stau­ro­wa­nej czę­ści cer­kwi oraz na wyso­ką wie­żę – dzwon­ni­cę, z któ­rej roz­ta­cza się pięk­ny widok na jezio­ro z roz­sia­ny­mi na nim wyspa­mi. Po wyj­ściu z tere­nu klasz­to­ru skła­da­my kwia­ty i pali­my zni­cze pod pięk­nym sta­rym dębem, któ­ry był nie­mym świad­kiem poby­tu naszych bli­skich w tym miej­scu.

Pod wie­czór wra­ca­my do Twe­ru, a następ­ne­go dnia jedzie­my do Smo­leń­ska i dalej do Orszy. W Smo­leń­sku, zgod­nie z umo­wą cze­ka na nas ojciec Pto­lo­me­usz, któ­ry zapo­zna­je nas z boga­tą histo­rią i opro­wa­dza po mie­ście. Zwie­dza­my góru­ją­cą nad mia­stem cer­kiew z cudow­nym obra­zem Mat­ki Boskiej Uspien­skiej (Zasy­pia­ją­cej) i ogrom­nym wspa­nia­łym iko­no­sta­nem. Następ­nie ojciec Pto­lo­me­usz opro­wa­dza nas po swo­jej „pla­ców­ce”, za kościo­łem kato­lic­kim (w dal­szym cią­gu nie­prze­ka­za­nym wła­dzom duchow­nym) w usy­tu­owa­nej na pla­cu kościel­nym kapli­cy z umiesz­czo­nym w niej wize­run­kiem Mat­ki Boskiej Katyń­skiej, pomiesz­cze­nia­mi urzą­dzo­ny­mi w budyn­kach gospo­dar­czych oraz swo­im miesz­ka­niu znaj­du­ją­cym się w gro­bow­cu.

Ojciec Pto­lo­me­usz zyskał sobie naszą ogól­ną i szcze­rą sym­pa­tię i podob­nie jak wcze­śniej wspo­mnia­ny ksiądz Jaro­sław z Orszy, zasłu­gu­ją na wiel­kie uzna­nie, pra­cu­jąc w bar­dzo cięż­kich warun­kach, a w spra­wach reli­gij­nych będąc auten­tycz­ny­mi pio­nie­ra­mi.

W siód­mym dniu piel­grzym­ki jedzie­my do Wil­na przez Bory­sów i Oszmi­nę. Bory­sów zna­ny z bitwy napo­leń­skiej leży nad Bere­zy­ną, posia­da pięk­ną nie­ty­po­wą czer­wo­ną cer­kiew z bia­łą orna­men­ta­cją i sza­fi­ro­wy­mi kopu­ła­mi. W pobli­żu jest rezer­wat przy­ro­dy z rzad­ki­mi oka­za­mi roślin­no­ści i ptac­twa, zali­cza­ny do zabyt­ków w ska­li świa­to­wej.

Oszmia­na, daw­ne pol­skie mia­sto, ma pręż­ną Polo­nię, w któ­rej odwie­dza­my Klub Pol­ski i spo­ty­ka­my się z Pre­ze­sem Związ­ku Pola­ków panem Jerzym Janusz­ko. Oglą­da­my pol­ski kościół pw. św. Micha­ła Archa­nio­ła, czę­ścio­wo odbu­do­wa­ny z zamie­nio­ne­go w minio­nym cza­sie na obiekt gospo­dar­czy.

W Wil­nie nocu­je­my przez dwie noce i sto­łu­je­my się w Sana­to­rium Aka­de­mic­kim. Pani Helen­ka Norej­ko, prze­sym­pa­tycz­na prze­wod­nicz­ka, goni nie­mi­ło­sier­nie, dzię­ki cze­mu oglą­da­my wszyst­ko, co tyl­ko moż­li­we.

Pokło­ni­li­śmy się ser­cu Mar­szał­ka Pił­sud­skie­go i jego legio­ni­stom, odwie­dzi­li­śmy wszyst­kich sław­nych Pola­ków spo­czy­wa­ją­cych na Ros­sie. Cmen­tarz dzię­ki nauczy­cie­lom szkół pol­skich (jed­nym z nich jest nasza prze­wod­nicz­ka) jest dobrze i czy­sto utrzy­ma­ny.

W Ostrej Bra­mie uczest­ni­czy­my w mszy świę­tej, zwie­dza­my też inne pięk­ne wileń­skie kościo­ły. Odno­wio­ną kate­drę wileń­ską z kapli­ca­mi św. Kazi­mie­rza i kró­lew­ską, kościół Pio­tra i Paw­ła, kośció­łek św. Anny, remon­to­wa­ny kościół Ber­nar­dy­nów i pomnik Mic­kie­wi­cza.

Zwie­dza­my tak­że Uni­wer­sy­tet Ste­fa­na Bato­re­go i leżą­cy na jego tere­nie kościół św. Jana oraz Górę Trzech Krzy­ży, sta­no­wią­cą dla Wil­nian sym­bol wol­no­ści, i oglą­da­my z niej pano­ra­mę mia­sta.

Następ­ne­go dnia wyjeż­dża­my z Wil­na, kie­ru­jąc się ku gra­ni­cy w Ogrod­ni­kach. Wra­ca­my do kra­ju peł­ni wra­żeń i rado­ści z tego, że mogli­śmy odbyć piel­grzym­kę i odwie­dzić miej­sca cier­pie­nia, śmier­ci i pogrze­ba­nia tych, któ­rych kocha­my, a któ­rych tak okrop­nie zgła­dzo­no.

Piel­grzym­ka zosta­ła zor­ga­ni­zo­wa­na przez Sto­wa­rzy­sze­nie Rodzi­na Katyń­ska w Łodzi i Biu­ro Tury­sty­ki Zagra­nicz­nej „WILIA” w Łodzi, przy współ­pra­cy Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich. Piel­grzym­kę pro­wa­dzi­li i z wiel­ką ser­decz­no­ścią opie­ko­wa­li się jej uczest­ni­ka­mi – pani Kasia Lan­ge z ramie­nia Sto­wa­rzy­sze­nia i pan Woj­tek Leszek z BTZ „Wilia”.

Łódź, czer­wiec 1997
Jadwi­ga Sie­masz­kie­wicz, Rodzi­na Katyń­ska w Łodzi
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 1997, nr 9