Każdy ma swoje własne powody, dla których wybiera się w podróż do Katynia. Zwłaszcza obecnie. Znalazłem się w grupie zaproszonych przez Kancelarię Prezydenta RP osób, z grona Federacji Rodzin Katyńskich. Po zeszłorocznej tragedii Las Katyński przyciąga ze zdwojoną siłą. Zdecydowałem się po raz pierwszy odwiedzić grób mojego dziadka, porucznika rezerwy, lekarza weterynarii Kazimierza Ściślewskiego.
Start samolotu zaplanowano z wojskowego lotniska na Okęciu o 4.30. W sali głównej zebrało się wiele znajomych twarzy, które codziennie ogląda się na ekranie lub poprzez szpaler ochroniarzy, oraz grupa niepewnie rozglądających się wokół zwykłych obywateli. Normalne życie biegło obok tego wydarzenia swoim własnym torem – pół godziny przed naszym odlotem wyrusza silna delegacja rządowo-biznesowa do Ankary.
Sylwetki generałów, dostojników kościelnych i dygnitarzy przewijają się obok zmęczonych życiem ubranych w żałobne stroje starszych ludzi. Łączy nas wszystkich posiadanie identyfikatora zawieszonego na szyi, a dodatkowo wyposażono nas we wstążki żałobne do wbicia w klapę.
Rozpacz nie zna słów – czego nie napisałoby się lub powiedziało o Katyniu – i tak zawsze pozostanie niedomówienie i pustka. Postanowiłem spisać tylko swoje wrażenia na gorąco i potem nie uzupełniać treści dodatkowymi informacjami.
Wejście do samolotu z napisem „Rzeczpospolita Polska” z kartą pokładową bez wyznaczonego miejsca jest szczególnym przeżyciem. Bezpieczeństwo i procedury są jak w przypadku normalnego lotu, ale czuje się wyjątkowość sytuacji. Ludzie są bardziej uprzejmi, skupieni i wyciszeni.
Lecimy na spotkanie słońca – na wschód. Już po chwili nie ma potrzeby korzystania ze światła – bo promienie słoneczne wpadają do kokpitu. Nie ma salonki. Prezydent przebywa na pokładzie ze wszystkimi i z każdym przywitał się serdecznie.
W trakcie lotu rozmowy są luźne, obok wspomnień omawiane są sprawy bieżące, normalne, wręcz przyziemne. Wszyscy wiemy, dokąd i dlaczego lecimy. Czeka na nas autobus i 5‑godzinna jazda z Moskwy do Smoleńska. Dbają o nas i otaczające zewsząd ze strony organizatorów wyjazdu szacunek i troska są namacalne. Dystans między dostojnikami i zwykłymi pielgrzymami zmniejsza się do minimum.
Bez odprawy i bez kontroli wyszliśmy po czerwonym dywanie na płytę lotniska Wnukowo. W padającym deszczu, obok salutujących żołnierzy i witających się ważnych osób przeszliśmy do autobusów.
Zatłoczone i zakorkowane ulice Moskwy przecinamy z eskortą milicyjną na sygnale. Widzę zresztą, że tak porusza się kilka innych kolumn i to w obie strony. Słychać rozmowy osób z otoczenia Prezydenta, których tematem jest sprawa tablicy pamiątkowej na lotnisku „Siewiernoje” i warty honorowej przy niej.
Odwiedzamy miejsce zeszłorocznej katastrofy. Miejsce zupełnie nie zdradza żadnej symboliki. Pewnie tak po prostu wygląda okolica wojskowego lotniska. Wokół wozy transmisyjne różnych telewizji i liczni gapie. W jedną stronę od miejsca uderzenia o ziemię jest kilkaset metrów do ruchliwej autostrady, w drugą – bloki mieszkalne. Samolot musiał lecieć nad ulicą i obok budynków.
Wreszcie ruszamy w stronę Katynia. To jeszcze kilkanaście kilometrów. Mijamy stację kolejową, na której opróżniano więzienne wagony.
Za oknem przebiegają smutne widoki – las bez śladu wiosny z połaciami śniegu i pełen zimowego błota. Jeśli więzieni do Katynia żołnierze widzieli cokolwiek przez ściany więźniarek – mogli zobaczyć pewnie podobną kwietniową rzeczywistość. Wzdłuż trasy łatwo zauważyć bardzo dużo umundurowanych żołnierzy lub innych funkcjonariuszy formacji ochronnych.
Dojeżdżamy i wchodzimy obok kompanii honorowej wojska polskiego przez bramę na teren cmentarza. Smutny las, śnieg, cisza i tworzące kompleks pomnika ściany pokryte epitafijnymi tabliczkami. W środku plac z rozrzuconymi i oznaczonymi dołami śmierci. Nie potrzeba tu żadnych przewodników. Jestem tu pierwszy raz, ale mam wrażenie, że znam dobrze to miejsce. Zimno, choć przez chmury co chwila przebija się słońce.
W samotności odbywam spacer po cmentarzu. Największe wrażenie robi na mnie ilość tabliczek, nazwisk, pojedynczych ludzkich historii. Powoli wzrok przebiega po imionach, nazwiskach, stopniach i wykonywanych zawodach. Przeraża ogrom straty intelektualnej i planowy charakter zbrodni. Z rozmowy z rabinem Schudrichem wynika, że on ma podobne przemyślenia. Spotykam delegację Rodzin Katyńskich. Przyjechali pociągiem. W delegacji są moi Rodzice i wiele zaprzyjaźnionych osób z całej Polski.
Nad cmentarzem zawieszone są obok siebie flaga Polski i Rosji. Wydaje mi się, że obie łopoczą w zgodnym rytmie i z podobną dostojnością. Bez przerwy przychodzą do głowy pytania i narzucają się odpowiedzi. „Dlaczego tak się stało?” Nie można nieludzkiego systemu poddawać ocenie kryteriami ludzkimi. „Jaki jest związek Katynia z polską codziennością?” Wciąż płacimy za Katyń jakością „elit” i poziomem dysputy publicznej. Co dalej, Rodzino Katyńska? Rehabilitacja i identyfikacja wszystkich ofiar aż do ostatniej tabliczki. „Jaki jest rozmiar kłamstwa katyńskiego?” Do dzisiaj mam wrażenie, że żyje ono własnym życiem i odrasta… „Czy obecność dzisiaj prezydenta Rosji coś zmieni?” Taką mam nadzieję, że to będzie kolejny mały krok w stronę tego, na czym rodzinom najbardziej zależy: na rehabilitacji ofiar.
Ludzie odwiedzają swoich bliskich. Szukają znajomych nazwisk. Podpalają znicze, układają fotografie, wciskają kwiaty w szpary pomiędzy epitafiami. Z pozoru jak podczas święta zmarłych. To jednak nie jest zwykły cmentarz. Na zwykłym cmentarzu jest mniej sprzeciwu wobec śmierci i jej przebiegu. Na zwykłym cmentarzu łatwiej odnieść utratę bliskich do pewnych spraw ostatecznych, które po prostu dzieją się w biologii i życiu, bo taka jest kolej rzeczy. Na zwykłym cmentarzu są pomieszane bardzo różne losy i dramaty spoczywających ludzi. W Katyniu wszystko jest połączone nieludzkim mechanizmem zaplanowanej zagłady.
Po spacerze można było usiąść i czekać. Bardzo długo trwało, zanim rozpoczęły się uroczystości. Ekumeniczne nabożeństwo, hołd oddany zamordowanym przez obu prezydentów, apel poległych, odczytany mocnym i dramatycznie pewnym głosem oficera kompanii reprezentacyjnej. Salwa honorowa według standardów ochrony prezydenta Federacji Rosyjskiej była podobno znaczącym kompromisem wobec strony polskiej, gdyż w najbliższym otoczeniu głowy państwa rosyjskiego nie wolno używać broni.
Z dużym opóźnieniem rozpoczęły się: Msza katolicka, przemówienia prezydenta Bronisława Komorowskiego i pani prezes Federacji Rodzin Katyńskich Izabelli Sariusz-Skąpskiej.
71 lat wstecz w tym miejscu nie było cicho. Czy niebo i sosny nad głowami zabijanych oficerów mogły wyglądać tak samo, jak 11 kwietnia 2011?
Ziemia zmarznięta, ale coraz więcej miejsc pozbawionych już śniegu. Polska chorągiewka łatwo wchodzi w rozmiękający powoli grunt.
Zapadają w pamięć słowa prezydenta Komorowskiego o tożsamości narodu i wadze cmentarza katyńskiego dla niej. Prezes Sariusz-Skąpska daje ważną przestrogę przed grzechem zapomnienia. Wspominam naukę w kazaniu biskupa Guzdka o koniecznej do zauważenia różnicy między pamięcią i pamiętliwością.
Pięciogodzinny powrót autobusem, lot i jazda samochodem do Krakowa to czas na refleksje. Jak echo w każdej myśli powraca przytoczony w czasie mszy cytat biblijny aby „kamienie wołać nie musiały”. Dlatego napisałem i oddałem do publicznej wiadomości ten tekst.
Jerzy Gawor, Rodzina Katyńska w Opolu
Pierwodruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2011–2012, numer tematyczny: Bykownia 2012