Elżbieta Smułkowa, Kijów – Bykownia, czwarty cmentarz katyński

21 wrze­śnia 2012 roku odby­ło się uro­czy­ste otwar­cie i poświę­ce­nie Pol­skie­go Cmen­ta­rza Wojen­ne­go w Bykow­ni pod Kijo­wem. Na uczcze­nie tego miej­sca cze­ka­li­śmy ponad 70 lat.

Obie z Sio­strą, Marią Tara­siuk, uczest­ni­czy­ły­śmy w tej pod­nio­słej, per­fek­cyj­nie zor­ga­ni­zo­wa­nej uro­czy­sto­ści. Prze­ży­wa­łam ją w ogól­nym aspek­cie moral­nym i mię­dzy­na­ro­do­wym. Praw­dy o zbrod­ni nie dało się zafał­szo­wać. Eks­hu­ma­cji gro­bów zbio­ro­wych i pochów­ku, mimo poważ­nych prze­szkód, doko­na­li pol­scy i ukra­iń­scy spe­cja­li­ści. Jest to obok sie­bie poło­żo­ne miej­sce pamię­ci wie­lu naro­dów, otwar­te w obec­no­ści pre­zy­den­tów Pol­ski i Ukra­iny. Na powyż­sze myśli nakła­dał się sil­nie odczu­wal­ny, sta­le żywy aspekt oso­bi­sty. To jest miej­sce pamię­ci tak­że o naszym Ojcu.

Ojciec

Kazi­mierz Baran, syn Hele­ny i Ada­ma, uro­dził się 8 czerw­ca 1902 roku w Prze­my­ślu. W trzy lata po nim przy­szedł na świat jego młod­szy brat Tade­usz, póź­niej­szy zna­ny teatro­log i pisarz emi­gra­cyj­ny, Tymon Ter­lec­ki (Prze­myśl 1905–2000 Oxford). Chłop­cy wcze­śnie stra­ci­li ojca (zmarł na ser­ce w 1911, nie­któ­re bio­gra­my poda­ją rok 1908). Wycho­wy­wa­ni byli głów­nie przez mat­kę, któ­ra w 1914 roku wyszła za mąż za Anto­nie­go Węgla. Dzie­ci nie zaak­cep­to­wa­ły ojczy­ma. Znaj­du­je to potwier­dze­nie w jed­nej z rela­cji stry­ja[1], choć nie wiem, w jakim stop­niu Ojciec podzie­lał tę opi­nię. W 1915 roku rodzi­na prze­nio­sła się do Lwo­wa i tam już Kazi­mierz pobie­rał naukę w szko­le śred­niej. Jako 16-let­ni chło­pak uczest­ni­czył w Obro­nie Lwo­wa, o czym też wie­my z pisar­stwa Tymo­na Ter­lec­kie­go[2]. Stu­dia wyż­sze odbył w Poli­tech­ni­ce Lwow­skiej na Oddzia­le Laso­wym Wydzia­łu Rol­ni­czo-Laso­we­go[3]. W latach 1927–1929 jako inży­nier leśnik pra­co­wał w Kate­drze Bota­ni­ki Laso­wej w cha­rak­te­rze star­sze­go asy­sten­ta. Rów­no­cze­śnie „Kalen­darz Leśny” z roku 1928 wyka­zu­je inż. Kazi­mie­rza Bara­na w skła­dzie pra­cow­ni­ków Wydzia­łu Gospo­dar­czo-Tech­ni­cze­go DLP we Lwo­wie, zaś w „Kalen­da­rzu Leśnym” z roku 1935, gdy dyrek­to­rem Lwow­skiej DLP jest Kon­rad Szu­bert, Ojciec wymie­nio­ny jest jako kie­row­nik Biu­ra Użyt­ko­wa­nia i Zby­tu Drew­na.

Nasi Rodzi­ce pobra­li się 20 sierp­nia 1929 roku. Być może porzu­ce­nie karie­ry nauko­wej i przej­ście do pra­cy w Lwow­skiej DLP było zwią­za­ne z potrze­bą zwięk­sze­nia zarob­ków na utrzy­ma­nie rodzi­ny. Nie wiem, w jakich oko­licz­no­ściach Rodzi­ce się pozna­li. Dla nas, odda­lo­nych teraz od Lwo­wa, zna­mien­ne jest, że wej­ście do Lwow­skiej Szko­ły Laso­wej (ul. św. Mar­ka 1), gdzie mie­ści­ły się eks­po­na­ty Kate­dry Bota­ni­ki, a w dużym ogro­dzie, zale­sio­nym ory­gi­nal­ny­mi drze­wa­mi, jej polet­ka doświad­czal­ne, znaj­do­wa­ło się dokład­nie naprze­ciw kamie­ni­cy przy św. Mar­ka 12, w któ­rej miesz­ka­ły ze swą bab­cią kształ­cą­ce się we Lwo­wie sio­stry Scho­fe­rów­ny z Zaszko­wa, powiat Zło­czów, w tym naj­star­sza z nich, póź­niej­sza moja Mat­ka, Jani­na Bara­no­wa. Było to też miesz­ka­nie nasze­go naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa. Trzy duże okna salo­nu na I pię­trze wycho­dzi­ły na ten ogród. Prze­kaz rodzin­ny gło­si, że w jakimś „kry­zy­so­wym” momen­cie zna­jo­mo­ści Rodzi­ców młod­sze sio­stry w jed­nym z tych okien wysta­wi­ły dużą lal­kę z wycią­gnię­ty­mi ramio­na­mi i to mia­ło się przy­czy­nić do zaże­gna­nia „kon­flik­tu”.

Ojciec był czło­wie­kiem towa­rzy­skim i ser­decz­nym. Pamię­tam jego rado­sne zaba­wy z nami, a nawet to, że zabrał mnie kie­dyś na mecz Lwow­skiej „Pogo­ni”, któ­rej był entu­zja­stycz­nym kibi­cem, cze­go już nie zdą­żył mi zaszcze­pić. Pamię­tam atmos­fe­rę szczę­śli­we­go dostat­nie­go domu, w któ­rym zawsze była z nami pogod­na Mama, cza­sem docho­dzą­ca nia­nia, a w kuch­ni krzą­ta­ła się, miesz­ka­ją­ca z nami, kuchar­ka Ewcia. Codzien­ne powro­ty Ojca z pra­cy były cele­bro­wa­ne. Czy­ściut­kie, na świe­żo ucze­sa­ne wybie­ga­ły­śmy do przed­po­ko­ju na powi­ta­nie, po czym zasia­da­li­śmy do wspól­ne­go obia­du. Mówię o tym dla pod­kre­śle­nia kon­tra­stu, w jakim zna­la­zła się Jani­na Bara­no­wa sama z dzieć­mi na Sybe­rii, i ile musia­ła mieć har­tu ducha, aby poko­ny­wać trud­no­ści i dopro­wa­dzić cór­ki do nie­ba­nal­nych osią­gnięć w doro­słym życiu[4].

Szcze­gól­nie utkwi­ły mi w pamię­ci rado­sne świę­ta i domo­we spo­tka­nia towa­rzy­skie doro­słych, pod­czas któ­rych dzie­ci po przy­wi­ta­niu się odcho­dzi­ły z nia­nią do inne­go poko­ju.

Z opo­wia­dań Mat­ki raczej niż z wła­snej pamię­ci znam nazwi­ska nie­któ­rych bliż­szych Ojcu osób, z jaki­mi współ­pra­co­wał, zwłasz­cza wśród leśni­ków. Przy­ja­cie­lem Ojca, zapew­ne już od cza­sów stu­dio­wa­nia leśnic­twa na tym samym Oddzia­le Laso­wym Poli­tech­ni­ki Lwow­skiej, był Fran­ci­szek Krzy­sik (1902–1980), w latach 1925–1927 star­szy asy­stent w Kate­drze Bota­ni­ki Laso­wej, następ­nie (1927–1937) star­szy asy­stent i wykła­dow­ca w Kate­drze Użyt­ko­wa­nia Lasu i mecha­nicz­nej tech­no­lo­gii drew­na, gdzie się dok­to­ry­zo­wał (1928) i habi­li­to­wał (1934), zdo­był tytuł pro­fe­so­ra i w latach 1939–1941 kie­ro­wał Kate­drą Użyt­ko­wa­nia Lasu. Pro­fe­sor Fran­ci­szek Krzy­sik był dla leśnic­twa oso­bą wszech­stron­nie zasłu­żo­ną jako autor prac nauko­wych i pod­ręcz­ni­ków, orga­ni­za­tor służ­by leśnej i nauki o lesie oraz wycho­waw­ca kil­ku poko­leń leśni­ków[5]. Na nowo, już jako doro­sła, pozna­łam pro­fe­so­ra po powro­cie do kra­ju. Nawią­zał z nami kon­takt, bywał w naszym domu. Po matu­rze radzi­łam się go co do wybo­ru kie­run­ku stu­diów. Jako pro­rek­tor od spraw nauki SGGW zachę­cał mnie do wybo­ru któ­re­goś z wydzia­łów tej uczel­ni, a zwłasz­cza tech­no­lo­gii drew­na. Ja jed­nak, przez lata pozba­wio­na sło­wa pol­skie­go, wybra­łam jako stu­dia pod­sta­wo­we polo­ni­sty­kę. Powtó­rzył się mię­dzy mną i Sio­strą podział zain­te­re­so­wań rodzin­nych: Ojca (nauki ści­słe) i jego bra­ta Tade­usza (sze­ro­ko rozu­mia­na huma­ni­sty­ka).

Z innych bli­skich Ojcu współ­pra­cow­ni­ków wymie­nić mogę inży­nie­rów leśni­ków Tade­usza Schwet­za i Jerze­go War­dza­łę, któ­rzy figu­ru­ją w „Kalen­da­rzu Leśnym” 1928 jako pra­cow­ni­cy Wydzia­łu Gospo­dar­czo-Tech­nicz­ne­go Lwow­skiej DLP, i nazwi­sko pań­stwa Wiśniow­skich, któ­rzy bywa­li w naszym domu. Nie pamię­ta­jąc imie­nia, nie mogę jed­nak powie­dzieć, o któ­re­go z kil­ku leśni­ków cho­dzi, czy o Alek­san­dra, któ­ry pra­co­wał z Ojcem w tym samym cza­sie w Kate­drze Bota­ni­ki Laso­wej PL, czy o Sta­ni­sła­wa, kie­row­ni­ka Biu­ra Oso­bo­we­go („Kalen­darz Leśny” 1935), czy jesz­cze o kogoś inne­go z gro­na absol­wen­tów Poli­tech­ni­ki Lwow­skiej, gdzie to nazwi­sko powta­rza się kil­ka­krot­nie. Żona Tade­usza Schwet­za, Tosia, była moją mat­ką chrzest­ną. Spo­tkał ją z dwoj­giem dzie­ci, Alą i Mar­kiem, podob­ny los do nasze­go. Wyszła jed­nak z ZSRR z armią Ander­sa. Przez jakiś czas miesz­ka­ła w Lon­dy­nie i wów­czas odwie­dzał ją mój mąż Wik­tor, prze­by­wa­ją­cy w Anglii na sta­żu nauko­wym. Z tego cza­su mamy wia­do­mość, że Tade­usz Schwetz zmarł w ZSRR w dro­dze do Ander­sa. Z Lon­dy­nu Tosia Schwet­zo­wa wyje­cha­ła do Austra­lii.

Kon­kret­ne wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa wią­że się też z dyrek­to­rem Janem Mar­kie­wi­czem i jego domem. Nie­dłu­go przed woj­ną z jakiejś leśnej inspek­cji pano­wie dyrek­to­rzy przy­wieź­li maleń­kie­go niedź­wiad­ka, któ­rym z jakichś wzglę­dów trze­ba się było zaopie­ko­wać. Przez jakiś czas niedź­wia­dek ten cho­wał się w ogro­dzie dyrek­to­ra, a Ojciec kil­ka­krot­nie bywał tam z nami, żeby­śmy się mogły pod jego okiem dokład­nie przyj­rzeć praw­dzi­we­mu niedź­wiad­ko­wi, a nawet go pogła­skać. Pod­czas nie­daw­ne­go poby­tu we Lwo­wie szu­ka­łam tego, nie­zbyt odle­głe­go od nasze­go miesz­ka­nia, domu i ogro­du. Nie zna­la­złam. Na jego miej­scu, przy pre­sti­żo­wej uli­cy Dra­ho­ma­no­wa (daw­niej Moch­nac­kie­go) budo­wa­na jest duża wil­la, typo­wo nowo­bo­gac­ka.

I jesz­cze jeden z zapa­mię­ta­nych obra­zów, zwią­za­nych z Ojcem. Jeste­śmy z nia­nią w prze­stron­nym poko­ju-sypial­ni z oknem wycho­dzą­cym na ogro­dy Cyta­de­li[6]. Pod­nio­sły nastrój ocze­ki­wa­nia. Spo­za dwu­skrzy­dło­wych prze­szklo­nych drzwi do jadal­ni docho­dzą przy­ci­szo­ne gło­sy Rodzi­ców, widać szyb­ko prze­miesz­cza­ją­ce się zary­sy syl­we­tek. Za chwi­lę wszyst­ko się uspo­ka­ja, sły­chać deli­kat­ny dzwo­ne­czek, drzwi się sze­ro­ko otwie­ra­ją. Sta­je­my w nich osłu­pia­łe z zachwy­tu – duże, od zie­mi do sufi­tu, kolo­ro­we drzew­ko skrzy się pło­ną­cy­mi świecz­ka­mi i sztucz­nym ogniem. Iskier­ki sztucz­nych ogni opa­da­ją, pozo­sta­je spo­koj­ny blask świe­czek i wte­dy zauwa­ża­my, że pod drzew­kiem leżą pięk­nie opa­ko­wa­ne pre­zen­ty. To od Anioł­ka! Gwar, radość, uści­ski, roz­pa­ko­wy­wa­nie – śpie­wa­nie kolęd, łako­cie (w pamię­ci utkwi­ły mi szcze­gól­nie poma­rań­cze i orze­chy) – uśmiech­nię­te, szczę­śli­we twa­rze Rodzi­ców!

A trzy mie­sią­ce póź­niej…

Poże­gna­nie

Mam 8 lat. Noc. Budzą mnie ostre obce gło­sy docho­dzą­ce z poza oświe­tlo­nych drzwi jadal­ni. Łóżecz­ko młod­szej Sio­stry puste. Wybie­gam do przed­po­ko­ju. Przy drzwiach wyj­ścio­wych stoi sowiec­ki żoł­nierz z kara­bi­nem. Zgro­za! Ucie­kam, wska­ku­ję do łóż­ka. Cze­kam. Po chwi­li wcho­dzi do sypial­ni Ojciec w wierzch­niej odzie­ży, tuż za nim obcy cywil. Ojciec dys­kret­nym ruchem wsu­wa mi do rącz­ki swo­ją obrącz­kę: „Pamię­taj, czy­ją jesteś córecz­ką!” Cału­je i odcho­dzi. Do bólu ści­skam w zaci­śnię­tej pią­st­ce ten nie­po­ję­ty wów­czas skarb.

Tyle w dzie­cię­cym wspo­mnie­niu. A co wyni­ka z póź­niej­szej wie­dzy i doświad­cze­nia? Aresz­to­wa­nie Ojca, wów­czas już wice­dy­rek­to­ra Dyrek­cji Lasów Pań­stwo­wych we Lwo­wie, przez NKWD nastą­pi­ło w nocy z 22/23 mar­ca 1940 roku[7] w naszym miesz­ka­niu przy ul. Moch­nac­kie­go 56. W żad­nym z lwow­skich wię­zień nie potwier­dzo­no Mat­ce jego obec­no­ści, nie przy­ję­to kore­spon­den­cji ani pacz­ki żyw­no­ścio­wej. Wkrót­ce po aresz­to­wa­niu zmu­szo­no nas do opusz­cze­nia miesz­ka­nia do warun­ków znacz­nie skrom­niej­szych w sta­rej kamie­ni­cy przy Pla­cu Aka­de­mic­kim 1. Stam­tąd zosta­ły­śmy wywie­zio­ne na Sybe­rię wraz z Mat­ką, 22 maja 1941 roku[8], w jed­nym z ostat­nich trans­por­tów wycho­dzą­cych ze Lwo­wa tej pamięt­nej wio­sny. Wieść o wybu­chu woj­ny sowiec­ko-nie­miec­kiej w czerw­cu 1941 zasta­ła nas już w taj­dze nad Wasiu­ga­nem, dopły­wem Obi. Tak pod datą 22 czerw­ca 1941 pisze o tym w swo­im dzien­nicz­ku nasza Mat­ka: „Jestem odcię­ta od Lwo­wa. Te pro­ste sło­wa niech zilu­stru­ją moją bez­den­ną gro­zę, żal. A spo­dzie­wa­łam się na tym pust­ko­wiu tyle po kore­spon­den­cji od moich kocha­nych pozo­sta­łych we Lwo­wie”[9].

O losach Ojca nie wie­dzia­ły­śmy nic, aż do ogło­sze­nia ukra­iń­skiej listy katyń­skiej[10], gdzie figu­ru­je w spi­sie 71/2–57 pod nr 91. Wró­ci­ły­śmy do Pol­ski na wio­snę 1946 roku po kil­ku jesz­cze zmia­nach miej­sca poby­tu w ZSRR; z ini­cja­ty­wy Mat­ki, po umo­wie gene­ra­ła Sikor­skie­go ze Sta­li­nem, zno­szą­cej dwu­dzie­sto­let­ni nakaz prze­by­wa­nia zesłań­ców wyłącz­nie w miej­scu doce­lo­wym zsył­ki. W naszym przy­pad­ku była to wieś Ust’-Sielga (ujście rze­ki Siel­ga do Wasiu­ga­nu), rejon Kar­ga­sok, obwód Tomsk, Nowo­si­bir­skij Kraj; i w spo­sób zor­ga­ni­zo­wa­ny, kie­dy prze­wie­zio­no znacz­ną licz­bę Pola­ków, w tym i nas z Tom­ska, z Sybe­rii na pół­noc­ny Kau­kaz do pra­cy rol­nej (kuku­ry­dza, psze­ni­ca, arbu­zy) na sła­bo zalud­nio­nych ste­pach Kra­sno­dar­skie­go Kra­ju. Tra­fi­ły­śmy do Urup­skie­go Siem­sow­cho­zu (sow­cho­zu spe­cja­li­zu­ją­ce­go się w nasien­nic­twie), poło­żo­ne­go w rejo­nie Arma­wir.

Wie­le już napi­sa­no na temat warun­ków życio­wych wywie­zio­nych, o pra­cy ponad siły, chło­dzie, gło­dzie i znie­wo­le­niu. Nie będę się już na tym zatrzy­my­wać, choć god­ne jest całej książ­ki. Nakre­ślę tyl­ko kil­ka obraz­ków cha­rak­te­ry­zu­ją­cych naszą Mat­kę, żonę stra­co­ne­go Kazi­mie­rza Bara­na, dzię­ki któ­rej obie z Sio­strą żyje­my, i mogę niniej­sze wspo­mnie­nie prze­ka­zać Czy­tel­ni­kom i histo­rii.

Zima 1942 roku. Jedy­ny tam trans­port wod­ny nie­czyn­ny – rze­ka pokry­ta lodem. Mat­ka, chcąc uzy­skać pozwo­le­nie na prze­nie­sie­nie się do mia­stecz­ka rejo­no­we­go Kar­ga­sek, aby­śmy mogły cho­dzić do szko­ły, trzy­krot­nie poko­nu­je pie­szo, przy 30o-40o-stop­nio­wym mro­zie, 60-kilo­me­tro­wą odle­głość ‚wio­ząc za sobą na sanecz­kach jakiś pro­wiant i naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Na trzy­dzie­stym kilo­me­trze był tzw. posto­ja­łyj dwor, rodzaj noc­le­gow­ni, gdzie poko­tem na pry­czy odpo­czy­wa­li oku­ta­ni w cie­płe rze­czy podróż­ni­cy. Moż­na też było dostać do picia wrzą­cą wodę (kipiat’ok). Dwie z tych wędró­wek odby­ła sama, a z dala towa­rzy­szy­ły modlą­cej się Mat­ce nie­ata­ku­ją­ce jej wil­ki. Czę­sto mówi­ła o Bożej opie­ce nad nami.

Z Kar­ga­ska, gdzie prze­ży­ły­śmy oko­ło dwóch lat, do Tom­ska, naj­bliż­szej sta­cji kole­jo­wej, było 580 km. Mat­ka swo­ją deter­mi­na­cją dopro­wa­dzi­ła do tego, że ostat­nim przed zamar­z­nię­ciem rzek stat­kiem zna­la­zły­śmy się na przy­sta­ni w Tom­sku. Cały nasz doby­tek to kosz z poście­lą, drew­nia­ny kufer z odzie­żą i inny­mi naj­nie­zbęd­niej­szy­mi rze­cza­mi oraz maszy­na do szy­cia, pozo­sta­wio­ne przez tra­ga­rzy pod ulicz­nym pło­tem. Mat­ka odcho­dzi do mia­sta zna­leźć jakiś przy­tu­łek i pra­cę. My zosta­je­my z rze­cza­mi pod tym pło­tem. Gdy wró­ci­ła, zasta­ła nas śpią­ce, przy­sy­pa­ne śnie­giem. Ale świet nie biez dobrych liu­diej, jak gło­si rosyj­skie przy­sło­wie. Mat­ka zna­la­zła pra­cę w szwal­ni, gdzie pozwo­lo­no nam się na począ­tek zatrzy­mać. Do cza­su zna­le­zie­nia inne­go pomiesz­cze­nia spa­ły­śmy na dużym sto­le kroj­cze­go, któ­ry trze­ba było posprzą­tać przed jego poran­nym przyj­ściem do pra­cy.

Tomsk, cie­ka­we mia­sto z pięk­ną, zdo­bio­ną drew­nia­ną archi­tek­tu­rą, pozo­sta­je w pamię­ci jako czas naj­więk­sze­go gło­du, mojej cięż­kiej cho­ro­by, anty­se­mi­ty­zmu, pod któ­ry pod­cią­ga­ni byli wszy­scy Inni – nie­swoi, ale i życz­li­wo­ści ludz­kiej, zwłasz­cza ze stro­ny mojej nauczy­ciel­ki, repa­triant­ki z ówcze­sne­go Lenin­gra­du (Peters­burg) i pol­skie­go dom­ku potom­ków powstań­ca 1863 roku – mówią­ca po pol­sku bab­cia z dwie­ma mło­dy­mi wnucz­ka­mi, już tyl­ko rosyj­sko­ję­zycz­ny­mi, któ­rych rodzi­ce zgi­nę­li w zna­nych sowiec­kich prze­śla­do­wa­niach lat trzy­dzie­stych XX wie­ku.

Mówiąc o Tom­sku, trze­ba zwró­cić uwa­gę na jesz­cze jeden rys naszej Mat­ki. Był tam sklep, w któ­rym moż­na było wymie­nić zło­to na mąkę, jaj­ka w prosz­ku i mle­ko. Dała sobie na ten cel wyrwać z uzę­bie­nia zło­te koron­ki, a zacho­wa­ła Ojca obrącz­kę, daną mi pod­czas aresz­to­wa­nia. Noszę ją do dziś. Daty ślu­bu Rodzi­ców i nasza już się zatar­ły; pozo­sta­ła pamięć ojcow­skie­go poże­gna­nia i miło­ści Mat­ki.

Póki były­śmy małe, Mat­ka była dla nas peł­ną osło­ną. Opo­wia­da­ła o Ojcu i rodzi­nie. Uczy­ła Mary­lę czy­tać i pisać po pol­sku. Mówi­ła o histo­rii i pol­skich zwy­cza­jach. Wpro­wa­dza­ła je w codzien­ne życie. Dba­ła, aby­śmy nie zapo­mi­na­ły języ­ka. Z per­spek­ty­wy cza­su zro­zu­mia­łam, ile ją musia­ło kosz­to­wać np. przy­go­to­wa­nie cho­in­ki (na ste­pie był to suchy krzew dzie­wan­ny) i rado­sne śpie­wa­nie kolęd, żeby­śmy umia­ły, żeby­śmy pamię­ta­ły o Bożym Naro­dze­niu! Tak oisze w swo­im sybe­ryj­skim dzien­nicz­ku na Boże Naro­dze­nie w 1941 roku:

„Drzew­ko z taj­gi przy­niósł drwal, poczci­wy z kościa­mi pra­cow­nik przy klop­ce [wyrób kle­pek, ES], jodeł­kę o cud­nych dłu­gich igieł­kach, zgrab­ną i pro­por­cjo­nal­ną. Zro­bi­ły­śmy róż­ne cac­ka z tutaj dostęp­nych mate­ria­łów i było zupeł­nie ład­ne drzew­ko. Szop­kę zro­bi­łam z kory brzo­zo­wej z gwiaz­dą i napi­sem Glo­ria in excel­sis Deo! Do szop­ki wsta­wi­łam obra­zek z msza­łu o Bożym Naro­dze­niu. Wziąw­szy pod uwa­gę gorz­kie łzy, któ­re pada­ły pod­czas kle­je­nia – moż­na powie­dzieć, że szop­ka była droż­sza od wszyst­kich lwow­skich skle­po­wych. A zresz­tą napraw­dę była ład­na.

Na Wigi­lię zapro­si­łam naszych azja­tyc­kich gospo­da­rzy, u któ­rych miesz­ka­my – bo bałam się samej sie­bie. Nie wie­rzy­łam samej sobie, czy potra­fię zapa­no­wać nad sobą i nie postra­szyć dzie­ci pła­czem. Ugo­to­wa­łam zupę kar­to­fla­ną z grzy­ba­mi (Elżu­nia latem nazbie­ra­ła w taj­dze) i faso­lę, jesz­cze reszt­kę ze Lwo­wa. (…) Dzia­dek Kowa­low dał kil­ka solo­nych rybek, a bab­ka – orzesz­ków cedro­wych. Po kola­cji zaświe­ci­łam cho­in­kę (było pięć świe­czek z jed­nej pocię­tej) i kolę­do­wa­łam z Elżu­nią. Mary­la poma­ga­ła, jak mogła i umia­ła. Wów­czas pozna­łam, jak wiel­ki jest Bóg i jak cudow­ną skarb­ni­cą bogactw i łask jest reli­gia. Kocha­ni moi wszy­scy naj­bliż­si, choć tak dale­ko od Was – byłam z Wami przez tę rocz­ni­cę naro­dze­nia Jezu­ska Zba­wi­cie­la. Wiem, że myśle­li­ście wte­dy o nas, i nie tra­cę nadziei, że się zoba­czy­my”.

W ste­pie, na tak zwa­nej Bał­ce (ros. bał­ka – wąwóz, kotli­na) przy­szły nowe trud­ne doświad­cze­nia. Epi­de­mia tyfu­su pochło­nę­ła moją rówie­śni­cę, koło któ­rej spa­łam, nasze sien­ni­ki sty­ka­ły się na pod­ło­dze. Opie­ko­wa­łam się nią w cho­ro­bie, gdy jej mat­ka była w pra­cy. Zabra­kło koni, by cho­rą zawieść do szpi­ta­la – były potrzeb­ne przy żni­wach. Mło­dy ener­gicz­ny i przy­stoj­ny chło­pak, któ­ry zacho­ro­wał wcze­śniej, prze­trwał kry­zys, ale wró­cił ze szpi­ta­la głę­bo­ko upo­śle­dzo­ny umy­sło­wo. Nasza Mama cudem zosta­ła oca­lo­na z ostrych ata­ków mala­rii – chi­ni­ny nie było.

Mia­łam 13–14 lat. Zosta­łam wcią­gnię­ta do cało­dzien­nej pra­cy przy żni­wach; w ste­pie razem z doro­sły­mi prze­sy­py­wa­łam psze­ni­cę, aby lepiej wysy­cha­ła, a w spi­chrzu byłam wago­wą. Cięż­kie drew­nia­ne skrzy­nie ze zbo­żem prze­no­si­li i sta­wia­li na wadze obdar­ci i głod­ni jeń­cy nie­miec­cy; odwra­ca­łam gło­wę, gdy wsy­py­wa­li sobie psze­ni­cę do ust i świe­ci­li gołym cia­łem. Do pra­cy szli zwar­ty­mi czwór­ka­mi, śpie­wa­li. A miej­sco­wy bry­ga­dzi­sta, któ­ry robił wra­że­nie bar­dzo groź­ne­go, nachy­lał się nade mną i, widocz­nie dba­jąc o wła­sną skó­rę, mówił: „Na karm’any, na karm’any ostawli’aj!”[11]

Przy­no­si­łam do domu ziar­no w butach. Mia­łam żal, że Mat­ka tego nie robi! Wte­dy, w obli­czu bra­ku żyw­no­ści, nie rozu­mia­łam jej szla­chet­ne­go opo­ru. Nie rozu­mia­łam też, dla­cze­go nie wol­no mi wie­czo­rem wyjść do mło­dzie­ży, pośpie­wać, zatań­czyć. Tam było tak weso­ło! Zwłasz­cza, że mło­dy trak­to­rzy­sta z sow­cho­zo­wej cen­tra­li tak miło się uśmie­chał…

Powrót

Po przy­jeź­dzie do Toru­nia wio­sną 1946 roku zna­la­zły­śmy opar­cie w rodzi­nie sio­stry Mamy, cio­ci Jeli (Hele­ny) Kała­maj­skiej. Par­te­ro­wy drew­nia­ny domek z ogro­dem przy Szo­sie Cheł­miń­skiej 34 (obec­nie na tym miej­scu stoi wyso­ko­ścio­wy blok) wyda­wał się nam ślicz­nie urzą­dzo­nym pała­cem. Nie mogły­śmy tam jed­nak od razu zamiesz­kać ze wzglę­du na ogrom­ne zagęsz­cze­nie, w tym dwie dokwa­te­ro­wa­ne rodzi­ny obce. Z pomo­cą pośpie­szy­li leśni­cy z Toruń­skiej Dyrek­cji Lasów Pań­stwo­wych. Mama dosta­ła pra­cę inten­dent­ki w bur­sie dla dzie­ci leśni­ków, przy ul. Mic­kie­wi­cza 5 i zamiesz­ka­ły­śmy razem z nią w poko­ju na par­te­rze przy sto­łów­ce, choć mogły­śmy być peł­no­praw­ny­mi miesz­kan­ka­mi bur­sy, znaj­du­ją­cej się na wyż­szych pię­trach. Zadzia­łał, jak w Tom­sku, syn­drom stra­chu, żeby nas nic nie roz­dzie­li­ło z Mat­ką. W nowych warun­kach nawią­zy­wa­ły się przy­jaź­nie. Ze wzru­sze­niem czy­ta­łam Opo­wieść o losach Leonar­da Wen­dy, leśni­cze­go w Lisim­ką­cie, napi­sa­ną przez Mał­go­rza­tę Wen­dę („Biu­le­tyn RDLP w Toru­niu” 2012, nr 2). W bur­sie przy­jaź­ni­łam się z Ulą Wen­dów­ną, cór­ką Leonar­da. Byłam ich gościem w Lisim­ką­cie, w dostoj­nych Borach Tuchol­skich. Ula cho­dzi­ła do Szko­ły Han­dlo­wej, ja do gim­na­zjum im. Kró­lo­wej Jadwi­gi na Sien­kie­wi­cza. Znacz­ną część dro­gi poko­ny­wa­ły­śmy razem.

Z uwa­gą i ser­decz­no­ścią leśni­ków zetknę­ły­śmy się też wśród smu­kłych sosen cmen­ta­rza w Bykow­ni. Two­rzy­li odręb­ną, umun­du­ro­wa­ną dele­ga­cję z pocz­tem sztan­da­ro­wym, kie­ro­wa­ną przez dyrek­to­ra Ryszar­da Dzia­lu­ka. Pol­scy leśni­cy byli bowiem tą gru­pą zawo­do­wą, któ­ra obok jeń­ców wojen­nych, przede wszyst­kim ule­gła zagła­dzie katyń­skiej. Jako cór­ki jed­ne­go z roz­strze­la­nych w 1940 roku leśni­ków Dyrek­cji Lwow­skiej ser­decz­nie dzię­ku­je­my młod­szym Przed­sta­wi­cie­lom Leśnej Bra­ci za pamięć o Ojcu, sza­cu­nek i soli­dar­ność z nami!

Bykow­nia

Pierw­sze ofia­ry NKWD pol­skie i inne sowiec­kie: głów­nie ukra­iń­skie, bia­ło­ru­skie i żydow­skie, grze­ba­ne były w zbio­ro­wych mogi­łach Bykow­ni począw­szy od 1937 roku (roz­kaz nr 00485 ludo­we­go komi­sa­rza spraw wewnętrz­nych Jeżo­wa z dnia 11 sierp­nia 1937). Apo­geum tego pro­ce­de­ru śmier­ci nastą­pi­ło w 1940 w wyni­ku decy­zji naj­wyż­szych władz radziec­kich z 5 mar­ca 1940, o zagła­dzie 14.700 jeń­ców wojen­nych z obo­zów w Koziel­sku, Ostasz­ko­wie i Sta­ro­biel­sku oraz 11.000 więź­niów z sowiec­kich wię­zień zachod­nich obwo­dów Bia­ło­ru­skiej SRR i Ukra­iń­skiej SRR . Razem ponad 25.000 oby­wa­te­li pol­skich! Utrzy­my­wa­na w ści­słej tajem­ni­cy zbrod­nia katyń­ska, przy­pi­sy­wa­na przez Sowie­tów faszy­zmo­wi nie­miec­kie­mu, zosta­ła przez Niem­ców ujaw­nio­na już w jesie­ni 1941, a bar­dziej nagło­śnio­na w 1943, jed­nak pozo­sta­ła bez echa, a wła­dze sowiec­kie jesz­cze w 1971 roku w ofi­cjal­nym komu­ni­ka­cie o mogi­łach zbio­ro­wych w Bykow­ni (gaze­ta „Praw­da Ukra­iny” 24 czerw­ca i prze­dru­ki) infor­mo­wa­ły o odna­le­zie­niu „jesz­cze jed­ne­go miej­sca roz­pra­wy gra­bież­ców faszy­stow­skich [sic] nad ludź­mi sowiec­ki­mi”[12]. W publi­ka­cji, z któ­rej pocho­dzi powyż­szy cytat, poka­za­na jest histo­ria kolej­nych sowiec­kich eks­hu­ma­cji i zacie­ra­nia śla­dów w Bykow­ni oraz śledztw koń­czą­cych się umo­rze­niem, a tak­że bar­dziej szcze­gó­ło­we infor­ma­cje na temat pol­sko-ukra­iń­skich poro­zu­mień i kolej­nych eks­hu­ma­cji szcząt­ków, z udzia­łem eks­pe­dy­cji pol­skiej pod kie­run­kiem prof. Andrze­ja Koli z UMK w Toru­niu.

W spra­wie Zbrod­ni Katyń­skiej prze­ło­mo­wym dla stro­ny pol­skiej był rok 1992, kie­dy zosta­ła nam prze­ka­za­na kopia mor­der­cze­go doku­men­tu z 5 mar­ca 1940 roku i listy stra­co­nych, w opar­ciu o któ­re, sta­ra­niem Rady Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa, kie­ro­wa­nej przez śp. Andrze­ja Prze­woź­ni­ka, doszło do wybu­do­wa­nia i ofi­cjal­ne­go otwar­cia w roku 2000 cmen­ta­rzy w Katy­niu, Char­ko­wie i Mied­no­je.

Cią­gle jed­nak bra­ko­wa­ło infor­ma­cji o wywie­zio­nych z wię­zień Ukra­iń­skiej SRR i Bia­ło­ru­skiej SRR. Na Bia­ło­ru­si ist­nie­je świa­do­mość kil­ku miejsc sta­li­now­skich stra­ceń, z któ­rych naj­więk­sze to Kuro­pa­ty pod Miń­skiem, ale dotych­czas nie uda­ło się, mimo inten­syw­nych sta­rań stro­ny pol­skiej, uzy­skać danych per­so­nal­nych. Na Ukra­inie pol­ski pro­ku­ra­tor Ste­fan Śnież­ko, pro­wa­dzą­cy śledz­two katyń­skie, uzy­skał w maju 1994 roku kopię listy akt wię­zien­nych 3435 osób stra­co­nych, prze­sła­ną 25 listo­pa­da 1940 roku do Moskwy na ręce naczel­ni­ka I Wydzia­łu Spe­cjal­ne­go NKWD ZSRR, majo­ra bez­pie­czeń­stwa Basz­ta­ko­wa. Sam adre­sat, jak i spo­sób kodo­wa­nia akt, jed­no­li­ty z lista­mi wywo­zo­wy­mi z obo­zów, wska­zy­wał, że był to ciąg dal­szy listy katyń­skiej, stra­co­nych na Ukra­inie według 33 list dys­po­zy­cyj­nych zako­do­wa­nych od nume­ru 041/1 do 072/2, śred­nio po 104 nazwi­ska na liście.

Jak wspo­mi­na­łam, dane nasze­go Ojca znaj­du­ją się na liście 071/2. Mamy więc dowód, że został stra­co­ny przed 25 listo­pa­da 1940. A myśmy tyle jesz­cze lat pie­lę­gno­wa­ły nadzie­ję i sta­wia­ły dla Nie­go talerz przy wigi­lij­nym sto­le! Kon­kret­nych dat śmier­ci, jakie figu­ru­ją przy nazwi­skach osób wywie­zio­nych z obo­zów, na liście ukra­iń­skiej nie ma.

Pol­ski Cmen­tarz Wojen­ny w Bykow­ni, pięk­nie zapro­jek­to­wa­ny przez archi­tek­ta Rober­ta Gło­wac­kie­go i arty­stę rzeź­bia­rza Mar­ka Mode­rau, stał się miej­scem upa­mięt­nie­nia wszyst­kich oby­wa­te­li pol­skich, znaj­du­ją­cych się na omó­wio­nej wyżej ukra­iń­skiej liście katyń­skiej. Ich nazwi­ska wypi­sa­ne są wypu­kły­mi dru­ko­wa­ny­mi lite­ra­mi na cen­tral­nej ścia­nie cmen­ta­rza, skła­da­ją­cej się z czte­rech gra­ni­to­wych blo­ków, w gór­nej par­tii środ­ko­wej prze­dzie­lo­nych prze­świ­tem w kształ­cie wysmu­kłe­go sty­li­zo­wa­ne­go Krzy­ża. Przed tą ścia­ną pamię­ci stoi ołtarz, przy któ­rym była cele­bro­wa­na msza św. w obec­no­ści i modli­twie przed­sta­wi­cie­li innych wyznań. Poczy­na­jąc od wej­ścia, całość cmen­ta­rza pol­skie­go oto­czo­na jest gra­ni­to­wą wstę­gą, skła­da­ją­cą się z czte­rech rzę­dów indy­wi­du­al­nych tabli­czek upa­mięt­nia­ją­cych zamor­do­wa­nych, roz­cią­gnię­ta w las poza ścia­nę ołta­rzo­wą, aby wszyst­kich moż­na było pomie­ścić. W cen­trum po lewej stro­nie alei głów­nej znaj­du­je się rodzaj kur­ha­nu, w któ­rym pocho­wa­ne zosta­ły szcząt­ki wydo­by­te z zie­mi pod­czas kolej­nych eks­hu­ma­cji. Całość pokry­wa wiel­ki jasny gra­ni­to­wy krzyż, boki wyło­żo­ne są czar­ną drob­ną kost­ką. Nie­co dalej w głę­bi, sta­ły ele­ment nekro­po­lii katyń­skich – dzwon pamię­ci, usta­wio­ny mię­dzy nie­wy­so­ki­mi gra­ni­to­wy­mi słu­pa­mi ze zna­ka­mi wyznań reli­gij­nych oby­wa­te­li pol­skich: dwa chrze­ści­jań­skie krzy­że, gwiaz­da Dawi­da i pół­księ­życ.

Dro­dzy nasi, bli­scy i nie­zna­ni, śpij­cie spo­koj­nie! „Macie już swo­je miej­sce, z któ­re­go jeste­śmy dum­ni”, jak powie­dział w swo­im prze­mó­wie­niu Andrzej Krzysz­tof Kunert, Sekre­tarz Rady Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa, orga­ni­za­to­ra prac i uro­czy­sto­ści, w któ­rej mia­ły­śmy szczę­ście uczest­ni­czyć A wcze­śniej zazna­czył: „Win­ni­śmy ofia­rom modli­twę, win­ni­śmy tak­że żywą i cią­gle obec­ną pamięć. Bo prze­cież umar­łych wiecz­ność [w wymia­rze ludz­kim, uzu­peł­nie­nie moje ES] dotąd trwa, dokąd pamię­cią się im pła­ci”.

 

Elż­bie­ta Smuł­ko­wa, Rodzi­na Katyń­ska w War­sza­wie

Pier­wo­druk: „Biu­le­tyn Regio­nal­nej Dyrek­cji Lasów Pań­stwo­wych w Toru­niu” 2012, z. 4, red. Tade­usz Chrza­now­ski, prze­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2011–2012, numer tema­tycz­ny: Bykow­nia 2012

[1] „Nie pamię­tam słoń­ca w domu, gdzie cią­ży­ła obec­ność obce­go, nie­na­wist­ne­go czło­wie­ka”, T. Ter­lec­ki, Z inne­go brze­gu, w: Kraj lat dzie­cin­nych, wyd. II, Lon­dyn 1987, s. 234.

[2] W ese­ju poda­nym w przy­pi­sie 1 pisze o tym, że star­szy brat peł­nił war­tę w szko­le Konar­skie­go, dokąd pod obstrza­łem Tade­usz dono­sił mu jedze­nie i rze­czy przy­go­to­wy­wa­ne przez mat­kę. Wte­dy zetknął się ze śmier­cią, tak­że tą „zna­jo­mą”, doty­czy­ła kole­gi bra­ta, zmar­łe­go od postrza­łu.

[3] Nazwy poda­ję według: Poli­tech­ni­ka Lwow­ska 1844–1945, Wro­cław 1993.

[4] Maria – dr che­mii, docent UMK w Toru­niu, następ­nie pra­cow­nik nauko­wy Głów­ne­go Urzę­du Miar w War­sza­wie. Elż­bie­ta – prof. zw. w Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim w zakre­sie języ­ko­znaw­stwa sło­wiań­skie­go. W latach 1991–1995 począt­ko­wo Kon­sul Gene­ral­ny, a następ­nie Amba­sa­dor RP w Miń­sku na Bia­ło­ru­si. Autor­ka kil­ku ksią­żek oraz wie­lu roz­praw i arty­ku­łów nauko­wych.

[5] Bio­gram prof. Krzy­si­ka znaj­du­je się w: Poli­tech­ni­ka Lwow­ska 1844–1945, Wro­cław 1993, s. 483–484.

[6] Cho­dzi już o miesz­ka­nie przy ul. Moch­nac­kie­go 56, w któ­rym miesz­ka­li­śmy od 1935/6 roku.

[7] Poja­wia­ją­ca się w nie­któ­rych wyka­zach data aresz­to­wa­nia 11 stycz­nia 1940 jest nie­wąt­pli­wie błęd­na i nale­ży ją spro­sto­wać.

[8] Ten trans­port, w któ­rym znaj­do­wa­ło się też spo­ro Ukra­iń­ców, jest na tyle mało zna­ny, że przy wysta­wia­niu nam legi­ty­ma­cji Związ­ku Sybi­ra­ków uzna­no poda­ną przez nas w doku­men­tach datę za błęd­ną i wpi­sa­no wywóz naj­bar­dziej zna­ny 13 kwiet­nia 1941.

[9] Dwa eta­py w życiu mat­ki, Lwów – Sybir, w: E. Smuł­ko­wa, Bia­ło­ruś i pogra­ni­cza. Stu­dia o języ­ku i spo­łe­czeń­stwie, War­sza­wa 2002.

[10] Listy Katyń­skiej ciąg dal­szy. Stra­ce­ni na Ukra­inie, War­sza­wa 1994.

[11] Karm’an ‘kie­szeń’. Tajem­ni­cą poli­szy­ne­la było, że pla­cusz­ki domo­we i kasze pocho­dzi­ły z przy­nie­sio­nej z pra­cy psze­ni­cy, zmie­lo­nej w spe­cjal­nych żela­znych młyn­kach (rusz­kach). Nie pamię­tam, żeby były tam żar­na.

[12] A.K. Kunert, A. Siwek, Z. Wal­kow­ski, Czwar­ty cmen­tarz wojen­ny w Kijowie–Bykowni (czwar­ty cmen­tarz katyń­ski), Rada Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa, War­sza­wa 2012, s. 7.