Miednoje, Polski Cmentarz Wojenny. Janina Rypeść przy tablicy epitafijnej aspiranta Policji Państwowej Edwarda Rypeścia.
Wyruszyliśmy z lotniska wojskowego bardzo wcześnie, bo o szóstej rano. Być może to kwestia przyzwyczajenia, ale dla nas – w większości osób starszych – pobudka o czwartej nad ranem to niemal środek nocy. Lot trwał półtorej godziny, więc jeszcze dobrze nie zjedliśmy śniadania, a już byliśmy na lotnisku Szeremietiewo. Potem od razu do autokarów i w drogę. Sama trasa przebiegała bardzo sprawnie, ponieważ jechaliśmy w konwoju na sygnale. Nie było czasu, aby się zatrzymywać, jechaliśmy szybko przed siebie. Trudno powiedzieć, co mijaliśmy – drogi obsadzone były drzewami i niewiele mogliśmy zobaczyć przez szyby autokaru. Było zupełnie inaczej niż u nas, kiedy po drodze mija się wsie i miasteczka. Tam krajobraz nie był zróżnicowany, więc tylko czekaliśmy, aż dotrzemy do Tweru.
Twer jest bardzo ładnym miastem. Wrażenie robią figury lwów, z których pysków tryska woda. Od razu po przyjeździe udaliśmy się przed budynek, gdzie mieściła się kiedyś główna komenda NKWD. Tam spotkaliśmy się z pozostałymi pielgrzymami, tymi z autokarów. Miejsce spotkania było szczególne, bo właśnie w byłej siedzibie NKWD odbywały się przesłuchiwania i zarazem tracenia jeńców. Wszystko to odbywało się w piwnicach. Tam nas jednak nie dopuścili. Słyszałam, że kiedyś pozwolono Polakom do tych piwnic wejść. Ponoć sale były czyste, wybielone. Sam fakt, że im w ogóle pozwolili tam wejść, był zaskakujący. My nie mieliśmy tej możliwości.
Staliśmy jedynie przed wejściem, gdzie – po prawej stronie – wmurowano tablicę z napisami po polsku i po rosyjsku, poświęconą zamordowanym Polakom. Złożyliśmy pod nią wieńce, zaświeciliśmy lampiony, w ten sposób oddając cześć poległym.
W Twerze byliśmy także zaproszeni na mszę do kościoła katolickiego. Ku naszej radości proboszczem był Polak. Bardzo miło nas przyjął, skromnie, ale bardzo miło. Mieliśmy też czas wolny, ale w międzyczasie lunęło deszczem, więc daleko nie odeszliśmy. Później odbyło się nabożeństwo w intencji pomordowanych funkcjonariuszy, któremu przewodniczył kapelan Wojska Polskiego. Piękny, choć niepozorny jest ten kościółek. Msza była poruszająca i z polskimi śpiewami. Wszyscy byli wzruszeni bardzo, bardzo, bardzo. Po mszy dalej padało, nigdzie dalej nie można było pójść, więc od razu wsiedliśmy do autokarów i znów przed nami była długa droga do kolejnego celu, czyli do Ostaszkowa.
Za oknami wciąż widać było głównie drzewa, ale przed samym Ostaszkowem zaczęły pojawiać się prześwity. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć osiedla. Były to drewniane niewielkie chatynki, obok nich małe gospodarstwa. I tak zastanawialiśmy się, bo nikt nie mógł się dopatrzeć, gdzie te chatki mają kominy? Osoby, które już tam były parę razy, wyjaśniły, że tam nie ma kominów, tylko takie rurki odprowadzające dym. Do celu dojechaliśmy w niemal zimowej pogodzie: chmury, zimno i siedem stopni. Byliśmy ubrani trochę cieplej, ale na aż taką niemiłą pogodę nie byliśmy przygotowani. Szybko jednak o tym zapomnieliśmy, bo nadszedł czas, kiedy zebraliśmy się wszyscy przed groblą, która łączy ląd z wyspą. Groblę tę budowali sami więźniowie. Mówi się, że jest to most policjantów polskich.
Wszyscy czekali, aż zbierzemy się u pierwszych wrót Niło-Stołbieńskiego Monastyru, gdzie rozpoczynał się dalszy ciąg uroczystości. Tam również, razem z przybyłymi oficjelami, złożyliśmy kwiaty i wieńce pod pamiątkową tablicą. Następnie idąc kolumną, weszliśmy w drugie wrota. Gdzie tylko się spojrzało w całym monastyrze, wszędzie były wrota. Wrota muszą być dla nich święte: do wszystkich wchodziło się z wielkim namaszczeniem. Pogoda zaczęła się poprawiać, kiedy weszliśmy na dziedziniec monastyru. Przepięknie położony wśród rozświetlonej nagle słońcem zieleni, wprowadził nas w zupełnie inny świat, nie taki ponury.
Byłam pod ogromnym wrażeniem. Szczególnie to przejście grobli było poruszające. Jak tylko zobaczyłam te zabudowania, te mury, to podejście takie powybijane, wtedy zdawało mi się, że stąpam po miejscach, gdzie ci nasi… biedacy…
Po niedługim czasie zaczęliśmy przygotowywać się do uroczystości, która miała nastąpić przy jednej z cerkwi monastyru. Kiedyś cerkwi było tam prawdopodobnie trzydzieści. Jeszcze niektóre zostały. Uformowani w pochód podążyliśmy do głównej z nich. W uroczystym orszaku szła nasza polska policja w historycznych przedwojennych strojach, orkiestra i pielgrzymi. Zaciekawieni byliśmy, co się będzie dalej działo. Przed głównym wejściem do świątyni czekali na nas duchowni katoliccy (dwóch księży z Częstochowy) i prawosławni (wysłannicy patriarchy Cyryla). Pochód otwierał obraz z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, który do orszaku przeniesiony został – ze specjalnego podium przed ikonostasem w cerkwi – przez policjantów. W końcu wszyscy w komplecie wyruszyliśmy. Była cisza. Jedynie orkiestra grała kościelne pieśni. Dotarliśmy przed niewielką cerkiewkę. Tam były powitania i długie przemowy. Szczególnie piękny był moment powitania się dostojników Kościoła prawosławnego i katolickiego. Każdy przemawiał w swoim języku, ale tłumaczone było wszystko. Serce rosło, kiedy się to słyszało. Uroczystości trwały dwie lub nawet trzy godziny. Staliśmy wszyscy blisko siebie, żeby nie marznąć, bo choć pogoda była piękna, to wiał mroźny wiatr od jeziora. Było zimno, jednak te wyjątkowe chwile nie pozwalały na tym się skupiać. Zresztą w ogóle nie myśleliśmy o niedogodnościach, bo byliśmy przejęci wydarzeniami tego dnia.
Po przemowach, po odśpiewaniu pieśni, skierowaliśmy się do miejsca, gdzie nasi duchowni i przedstawiciele państwowi rozpoczęli uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Kaplicy pod wezwaniem Cudownego Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Po krótkich przemowach i modlitwach, przeszliśmy do ciepłego pomieszczenia. Zaproszono nas na posiłek do pięknej sali w jednym z budynków Monastyru. Tam mogliśmy się ogrzać. Duchowni prawosławni przyjęli nas wspaniale, czym chata bogata: pieczywo własnego wyrobu, pyszności własnej produkcji, nawet dostaliśmy po lampce czerwonego wina na rozgrzanie. Oczywiście wszystko było poprzedzone modlitwami. To było pocieszające, że oprócz klasztornych dostojników, starych i brodatych, było dużo młodych kandydatów na mnichów. I nawet – co zauważyłam – było małżeństwo. On w tradycyjnym stroju, ona, bardzo piękna kobieta, w długich szatach, i taki dzieciaczek, który miał półtora roczku, co się koło nich plątał – bardzo miły obrazek, zwłaszcza wśród tych dostojności, tego tłumu poważnego.
Po kolacji udaliśmy się prosto do pokoi gościnnych. Mieszkaliśmy w jednym z dwóch wykończonych budynków, specjalnie przystosowanych dla pielgrzymów. Pokoje schludne, czyste, bardzo, bardzo przyzwoite. Do woli można było pić źródlaną wodę, o której wydobycie dbali mnisi. Oni wszystko mają swoje: wodę, chleb – ciemny i biały, wino. Ale zmęczenie po podróży dało się nam szybko we znaki i razem z innymi kobietami poszłyśmy spać, nie zważając nawet na zapalone światła czy rozmowy. A pobudka była oczywiście wcześnie rano, żeby jak najwięcej zobaczyć. Przed śniadaniem był wolny czas, więc kto miał ochotę, mógł zwiedzać teren monastyru. Wcześniej nie mogliśmy z moim wnuczkiem dokładnie oglądnąć głównej cerkwi, dlatego zaraz po przebudzeniu zrobiliśmy sobie taki koncert duchowy. Wszystko dokładnie obejrzeliśmy, z każdej strony. Oświetlona porannym słońcem cerkiew wygląda majestatycznie, robiąc ogromne wrażenie. Co nas bardzo wzruszyło – jest tam polska kaplica. Spacerowaliśmy oczarowani w zaciekawieniu. Było to niezwykle duchowe przeżycie, wręcz nie do opowiedzenia…
Kiedy minęła dziewiąta, poszliśmy jeszcze raz na groblę, jeszcze raz dookoła. Wszystko nas interesowało: te kamienie, te schody, te bramy i drzewa, dosłownie wszystko. Nie chcieliśmy, żeby cokolwiek umknęło naszej uwadze. Nie wiem, jak inni, ale ja bardzo przeżywałam te chwile. Jednak właśnie po to był ten czas: żeby każdy mógł sobie po swojemu to odebrać.
Stąpałam po tych schodach, po tych nierównościach i myślałam: a może tutaj był nasz Edward, a może tutaj… Zupełnie inne uczucie niż podczas pochodu w orszaku czy podczas wspólnych uroczystości. Chodziliśmy z wnukiem długo, wszędzie zaglądaliśmy z ciekawości. Może oni też tędy spacerowali, jak mieli wolny czas. Może nie było krat i mogli wychodzić do tego pięknego miejsca…
Bo miejsce rzeczywiście było wspaniałe. Te widoki, natura. Ścieżki były drewniane, nie – tak jak u nas – betonowe. Zastanawiałam się, z czego żyją tamtejsi mieszkańcy. Nigdzie nie było widać typowych zabudowań gospodarczych. Natrafiła się okazja, żeby o to zapytać, ponieważ nad brzegiem jeziora pojawili się autochtoni. Wiedząc pewnie, że będą mogli coś sprzedać pielgrzymom, przypłynęli łodziami i ustawili kramy z wędzonymi rybami. Zapytałam więc pewnej kobiety, jak oni tutaj żyją. Odpowiedziała mi: lasem i jeziorem. I to wystarczyło.
O godzinie wpół do dziesiątej było śniadanie. Duchowny zwoływał nas dzwonkiem. Później byliśmy zaproszeni, aby zobaczyć salę pamięci poświęconą więzionym w monastyrze Polakom. Było to jedno pomieszczenie, więc niewiele można było zobaczyć wśród sporej ilości pielgrzymów i dostojników. Jednak najważniejsze jest to, że jest takie miejsce, gdzie zachowuje się pamięć o polskich ofiarach. Biskup Wojska Polskiego przewodniczył modlitwom i uroczystemu poświęceniu tego miejsca – było to bardzo wzruszające. Dalej znajdują się sale wystawowe z ich, Rosjan, świętościami. Wiele ikon jest bardzo zniszczonych przez czas i warunki, w jakich przebywały, ale wszystko odnowione, opracowane i zadbane. Całość robi niesamowite wrażenie. Chwała Bogu, że jest takie miejsce.
Na pamiątkę pobytu otrzymaliśmy od mnichów po dwa litry ich wody źródlanej, na etykiecie której jest rysunek klasztoru. Wyprawili nas wspaniale, robiąc nam tym oczywiście wielką przyjemność. Dziękowaliśmy im serdecznie. W ogóle bardzo dbali o nas ci monasterscy mnisi. Zastanawiałam się, jak to będzie z noclegiem i wyżywieniem, ale wszystko okazało się zorganizowane doskonale, tak że jestem zauroczona. Opiekę mieliśmy zresztą już od samego początku – i w samolocie, i na miejscu.
I jak w tej cerkwi cudownie biją dzwony. Kiedy rozbrzmiewają, cała okolica słucha koncertu. Harmonia głębokich dźwięków dzwonów dodaje temu miejscu dostojności i piękna.
Po uroczystościach wsiedliśmy do autokarów i wyruszyliśmy w drogę do Miednoje. Znów przed nami długa podróż tymi uroczyskami, już trochę odsłoniętymi. Być może to burza sprawiła, bo drzewa były powalone, ale też spomiędzy młodej świerczyny prześwitywały zabudowania, właściwie same dachy. Czasami można było zobaczyć coś więcej; wtedy okazywało się, że to wszystko drewniane: parterowa zabudowa i okiennice prześlicznie pomalowane na różne kolory. Widoki te wytwarzały swojską, miłą atmosferę. Można było poczuć, że są tam ludzie, że dbają o piękno swoich domów.
Wreszcie dotarliśmy do Miednoje. To nie jest miasteczko, a wieś, chociaż już na obrzeżach widać było, że te domy trochę lepsze, nie tylko parterowe, ale też piętrowe. Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, tym wszystko było bardziej zadbane.
Aż w końcu ten etap podróży dobiegł końca i stanęliśmy przed wejściem do Polskiego Cmentarza Wojennego. Przekroczyliśmy kolejną bramę, ale to zupełnie inne przeżycie, inna brama. Tam byłyśmy wśród swoich.
Najpierw Rosjanie zaprosili nas na swój memoriał, czyli drugą część cmentarza. Zgromadziliśmy się z tamtejszymi duchownymi i garstką ludzi również stamtąd. Były przemowy i modlitwy; krótko to trwało. Zaledwie ogrodzenie oddzielało nas od naszych, od cmentarza.
Na polskiej stronie wszystko już było przygotowane na nasze przybycie. Obok mnie siedziały dwie kobiety – Rosjanki. Miały sztuczne kwiaty, które, tak jak my, składały w miejscach pamięci. Przygotowały dla nas ziemię, zapakowaną w małe torebeczki, na których widniał napis, iż jest to ziemia z cmentarza. Świadomość, że ktoś dba o to miejsce, że myśli o Polakach, sprawiła wielką radość i napełniła nadzieją.
Nabożeństwo było przepiękne. Rozbrzmiewały nasze polskie pieśni. Na końcu uroczyście zaśpiewaliśmy Boże, coś Polskę. Było tak cudownie, że do tej pory jestem pod wrażeniem. Stale przeglądam zdjęcia, długo się w nie wpatruję w zamyśleniu.
Po mszy złożyliśmy kwiaty i wieńce, aż wreszcie nadszedł moment, kiedy każdy mógł pójść odnaleźć tablicę rodzinną. Porozchodziliśmy się w swoje strony, zgodnie z alfabetem, bo tak ułożone są tablice. Z wnuczkiem poszliśmy najpierw do tych, o których przyozdobienie poprosili nas znajomi. W imieniu osób, które nie mogły być w Miednoje, zapaliliśmy znicze, a tablice udekorowaliśmy polskimi flagami. Później pod literę „R”, na nasz grób. Naszą tablicę przystroiliśmy najbardziej, bo jakże inaczej… Tak się wymodliliśmy, wypłakaliśmy… Ale też cieszyliśmy się. Cieszyliśmy się, że jesteśmy tu, gdzie spoczywa aspirant PP Edward Rypeść – nasz Ojciec, Dziadek, Pradziadek. Było to tak wzruszające, że aż trudno o tym opowiadać. Chciałam zostać tam jak najdłużej.
Później udaliśmy się w miejsca dołów śmierci, między którymi wyznaczone są specjalne ścieżki, po których można chodzić. Tam również się pomodliliśmy. Był to czas, aby po prostu pobyć, podumać. Dość długo tak trwaliśmy w zamyśleniu.
W końcu pogoda już się pogorszyła, słońce zaszło, trzeba było się szykować do powrotu. Podjechały autokary i niestety trzeba było się już żegnać z tym wzruszającym, świętym dla nas miejscem. Już siedzieliśmy w autokarach, ale nie ruszyliśmy jeszcze, kiedy przez otwarte drzwi usłyszeliśmy dzwon. Bił dla nich i dla nas – na pożegnanie. Przepiękne to było. Wtedy każdy już w uduchowieniu, zadumaniu milczał. To taki moment, kiedy spływają łzy po policzkach. Już nie było opowieści, rozmów – wszystko było natchnione. Jechaliśmy z powrotem długo, więc się siedziało i siedziało, i w ciszy rozmyślało…
Do Tweru dotarliśmy oczywiście spóźnieni, ale przecież nie dało się tak po prostu wyjść z cmentarza, bo każdy chciał jeszcze ostatni raz nań spojrzeć, pomodlić się, zapamiętać. Kiedy dojechaliśmy do Tweru, już na nas czekali ze wspaniałą kolacją. Byliśmy opóźnieni jakieś trzy kwadranse, zanim dojechaliśmy z powrotem do Moskwy. Widzieliśmy Moskwę nocą, niezwykle oświetloną. Piękną, olbrzymią, ach! Coś wspaniałego! Czekały nas jeszcze formalności związane z odprawą. Byliśmy zmęczeni, ale nie myśleliśmy już o tym, byliśmy w innym świecie.
Jestem przeszczęśliwa, że tam byłam. Wciąż jeszcze żyję momentami, które przeżyłam podczas pielgrzymki. Otrzymałam ją tak, jak gdyby mi spadła z nieba. Nawet nie wiem, komu dziękować. Daję słowo! Ogromnie się cieszę, że mogłam tam pojechać i na własne oczy zobaczyć i przeżyć to, co znałam jedynie ze zdjęć i opowiadań.
Wiem, jaką świętością, jakim szacunkiem i miłością mój mąż darzył swojego ojca – Edwarda Rypeścia. Po śmierci męża postanowiłam to kontynuować i nadal będę dopóki mi sił wystarczy. Tym bardziej jestem szczęśliwa, że mogłam być w tym ważnym i świętym miejscu w towarzystwie mojego wnuka Radosława – jedynego prawnuka Edwarda.
Rozmawiamy, aż w ustach zasycha, ale jest o czym opowiadać. Bo to są momenty nie do zapomnienia. Dokąd pamięć mi będzie służyła, będę wspominać i myśleć o tej pielgrzymce.
Janina Rypeść – synowa Aspiranta Policji Państwowej Edwarda Rypeścia i Radosław Nowak – prawnuk Edwarda Rypeścia pielgrzymowali na grób Aspiranta Policji Państwowej Edwarda Rypeścia, który dostał się do niewoli sowieckiej, będąc Dowódcą 11 Kompanii Rezerwy Policji Państwowej w Mikulińcach (woj. tarnopolskie). Edward Rypeść wtedy miał 41 lat, pozostawił żonę Czesławę i 12-letniego syna Aleksandra. Pani Janina należała do Stowarzyszenia Rodzin Ofiar Katynia Polski Południowej. Opowiadanie pani Janiny Rypeść wysłuchały i opracowały Dorota Bentke i Katarzyna Czachor. Zdjęcia wykonał Radosław Nowak.
Pierwodruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2011–2012, numer tematyczny: Bykownia 2012
Twer – budynek byłego więzienia Obwodowego Zarządu NKWD. Warta honorowa polskich policjantów pod tablicą upamiętniającą straconych tam Polaków (obecnie w budynku mieści się Instytut Medyczny). Tablica została zdjęta w 2020 roku, na polecenie rosyjskiego sądu w Twerze, który uznał to upamiętnienie za „nielegalne” i orzekł, że nie ma dowodów, jakoby w tym miejscu mordowano Polaków.
Ostaszków. Cerkiew Objawienia Pańskiego. W 2009 roku polscy paulini podarowali mnichom z Nilowej Pustyni kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.
Ostaszków. W latach 1939–1940 NKWD urządziło w klasztorze obóz dla polskich jeńców wojennych. Jeńcy pracowali przymusowo m.in. przy budowie nasypu łączącego wyspę z brzegiem jeziora (grobla widoczna na zdjęciu).
Ostaszków. Kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, niesiona na ołtarz polowy przez policjantów-uczestników pielgrzymki. Ołtarz na błoniach przed Cerkwią Podwyższenia Krzyża Pańskiego.
Ostaszków. Minister Jacek Cichocki na uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Kaplicy pod wezwaniem Cudownego Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.





