Arkadiusz Piszcz
Po ekshumacjach w Charkowie
Bardzo trudno jest wspominać tamten okres. Dla nas, dla młodych ludzi, znających czas wojny tylko z książek, filmów lub opowieści krewnych – świadków tamtych dni, były to dzieje minione. Niektóre sprawy trudno było zrozumieć. Oczywiście, nie można na tej podstawie twierdzić, że dla młodych ludzi pojęcie Ojczyzny i patriotyzmu zdezaktualizowało się. Po prostu my nie przeżyliśmy tego, co bohaterowie tamtych dni.
Pobyt w Charkowie diametralnie zmienił mój pogląd na te sprawy. Byliśmy świadkami ujawnienia jednej z najtragiczniejszych kart w dziejach naszej historii. Ogrom zbrodni, jaki ujrzeliśmy, zrobił na nas wstrząsające wrażenie. Dopiero po upływie kilu miesięcy można było próbować o tym myśleć, rozmawiać, opowiadać. Przed naszymi oczami ukazało się najgorsze oblicze wojny. Śmierć, która przyszła nagle, zdradziecko. W wyobraźni przewijały się postacie żołnierzy broniących swej Ojczyzny, podstępnie uwięzionych i zamordowanych. Starałem się tłumaczyć sobie, że byli to przecież żołnierze. Śmierć jest od zawsze wpisana w ich dolę. Ale nie taka śmierć. Bez możliwości obrony, bez walki, skrytobójczo. Żołnierz nie powinien tak umierać. Przecież ci żołnierze byli częścią większej całości, rodzin, kraju, ludzkości. Właśnie rodziny poległych pozwoliły mi dokładniej zrozumieć tę straszliwą tragedię. Reakcje najbliższych odwiedzających cmentarz: ich łzy, rozmowy albo po prostu milczenie; to przejmujące, bezsilne milczenie. Poczucie straty osób, które w normalnych czasach mogłyby być szczęśliwymi głowami rodzin, mogłyby tworzyć nowy rodzący się kraj. I nie ma tu znaczenia, czy był to zwykły żołnierz, czy też oficer. W obliczu śmierci wszyscy są równi.
Jestem dumny z tego, że mogliśmy „dać świadectwo prawdzie”.
Arkadiusz Piszcz
uczestnik ekshumacji w Charkowie
Ewa Gruner-Żarnoch
Dziękuję ci, Arku
Mnie wspominać jeszcze trudniej. To przecież mój Ojciec był jednym z Nich, był ofiarą tego mordu. Poznane tam okoliczności zbrodni ciągle stoją mi przed oczyma. Wiele mechanizmów tej zbrodni znałam już wcześniej z publikacji. Starałam się jednak nie być natrętna, nie mówić Wam za wiele – wiem, że odnosi to odwrotny skutek. Wiedziałam równie, że TO przemówi do Was samo. Nie mogło być inaczej. Musiałam zresztą skupić siły na czymś innym – panowaniu nad swoimi emocjami. Nie chciałam się „rozkleić” – przytrafiło się to wielu członkom rodzin w ekipach ekshumacyjnych. Mimo że jestem bardzo silna, bardzo twarda i, jak mówią znajomi, „patologicznie opanowana” – przypłaciłam ten pobyt trwającą do dziś chorobą. Muszę się też przyznać, że początkowo bolał każdy przejaw Waszej wesołości, ale byliście przecież na wakacjach. To tylko dla mnie był pogrzeb Ojca. Stopniowo zresztą zauważałam w Was zmianę.
Dziękuję ci, Arku. Twój list jest dla mnie czymś bardzo ważnym – dowodem, że Ich okrutna śmierć nie była daremna, nie spełniła oczekiwań morderców. Ojcom naszym nie było co prawda dane, by mogli wychować swoje dzieci, a swoim przykładem również całe pokolenie Polaków – patriotów. Ich śmierć miała się właśnie przyczynić do unicestwienia wszelkich wzniosłych uczuć patriotyzmu, dumy narodowej. Na szczęście stało się dokładnie odwrotnie. „Katyń” stał się symbolem, przez prawie 50 lat pobudzał do myślenia i działania, nie pozwalał zapomnieć.
W Charkowie nasi Ojcowie przekazali Wam swoje przesłanie i to do Was dotarło. To jest Ich tragiczne zwycięstwo.
Dziękuję Wam wszystkim, byliście naprawdę wspaniali. Każdy z Was stał mi się bliski.
Ewa Gruner-Żarnoch
członek ekipy ekshumacyjnej w Charkowie
Pierwodruk: „Rodowód” 1997, nr 11