Roman Skąpski, Czy może być straszniejsze miejsce od Katynia?

Nie­ste­ty, na pew­no może być. Na szczę­ście omi­nę­ło mnie wie­le miejsc, gdzie tra­ge­dia ludz­ka prze­kra­cza wszel­ką, zna­ną mi mia­rę. Teraz jed­nak wiem, że na pew­no od Katy­nia gor­sza jest Bykow­nia.

Już od wej­ścia na teren ogrom­ne­go cmen­ta­rzy­ska zosta­jesz zaata­ko­wa­ny pyta­nia­mi, na któ­re nie masz dobrej odpo­wie­dzi – чому, чаму, dla­cze­go, pre­čo, what for, warum, proč, pourqu­oi, почему – w ponad 40 języ­kach. Gło­sy wewnątrz cie­bie doma­ga­ją się odpo­wie­dzi. Pyta­ją też, cze­mu nie odwie­dza­ją Ich bli­scy, dla­cze­go jak na innych cmen­ta­rzach nie ma tu tablic, nagrob­ków i zwy­czaj­nych gro­bów, przy któ­rych spo­ty­ka się rodzi­na, zapa­la zni­cze i kła­dzie kwia­ty. Dla­cze­go star­sze panie nie krzą­ta­ją się z mio­tła­mi i wia­dra­mi, czysz­cząc na połysk nagrob­ne pły­ty? Z jakie­go powo­du dziad­ko­wie nie przy­pro­wa­dza­ją na ich gro­by wnu­ków i nie opo­wia­da­ją fascy­nu­ją­cych histo­rii rodzin­nych. Nie rozu­mie­ją, prze­cież leżą tu już ponad 70 lat.

Oni nie wycho­dzą z lasu. Naj­wy­żej pod­cho­dzą do smut­ne­go czło­wie­ka sto­ją­ce­go przed wej­ściem. Zasty­gła, spi­żo­wa poza szczu­płej, wyso­kiej posta­ci. Zgar­bio­ne pod cię­ża­rem dra­ma­tu ple­cy. Kufaj­ka zapię­ta pod szy­ją. W opusz­czo­nych rękach ści­śnię­ta uszan­ka i pra­wie pusty worek – ska­zań­co­wi nie­wie­le potrze­ba. Sku­pio­na mina, chy­ba wie­dział, co go cze­ka­ło — nie wie­dział i nadal nie wie, dla­cze­go. I te prze­raź­li­wie smut­ne oczy. On tak­że nie rozu­mie, dla­cze­go, a może już wie, ale dla­cze­go tak­że do Nie­go nikt nie przy­cho­dzi.

Za ple­ca­mi ma sze­re­gi i gru­py czar­nych, meta­lo­wych krzy­ży. Ich wycią­gnię­te w górę ramio­na krzy­czą, pro­szą, bła­ga­ją, szep­czą – dla­cze­go.

Widzisz Ich, jak prze­my­ka­ją mię­dzy krzy­ża­mi i drze­wa­mi obwią­za­ny­mi ukra­iń­ski­mi ręcz­ni­ka­mi – wschod­nio­sło­wiań­skim, zwy­cza­jo­wym darem na dobrą dro­gę, z bło­go­sła­wień­stwem, z życze­nia­mi powo­dze­nia. Cza­sa­mi jest Ich wię­cej i wte­dy, za krze­wa­mi, szyb­ko prze­su­wa się ciem­niej­sza, drżą­ca pla­ma. Jak­by sta­do wpół prze­źro­czy­stych szpa­ków lecia­ło nakar­mić się jago­da­mi czar­ne­go bzu. Wyglą­da­ją zza drzew, przy­sła­nia­ją na moment słoń­ce. Nikt nie wie, ilu Ich jest. Sza­cun­ki, bo doku­men­ty gdzieś się zapo­dzia­ły, są bar­dzo nie­pre­cy­zyj­ne, od 30 do 130 tysię­cy. Nie­wy­obra­żal­ne. Tra­gicz­ne. Kosz­mar­ne. Jakie sło­wa mogą to nazwać?

Drzew obwią­za­nych dla upa­mięt­nie­nia zamor­do­wa­nych jest bar­dzo dużo, ale to kro­pla wobec wie­lo­ści ofiar. Nie­któ­re ręcz­ni­ki są nowe, te z nie­bie­skim nadru­kiem, star­sze z czer­wo­nym i czer­wo­no-zie­lo­nym wiszą tu dłu­żej. Widać, jak z upły­wem cza­su zmie­nia się wzór i kolor. Nie­któ­re z nich, już cał­kiem wybla­kłe, wiszą tu pew­nie od momen­tu, gdy moż­na je było powie­sić. Zapew­ne od poma­rań­czo­wej rewo­lu­cji. Mię­dzy masą dru­ko­wa­nych, wiszą dwa ręcz­ni­ki inne od pozo­sta­łych. Są hafto­wa­ne i dużo bar­dziej oso­bi­ste od tam­tych, po pro­stu ktoś powie­sił domo­wą pamiąt­kę, wła­sny ręcz­nik – z całe­go swo­je­go ser­ca, bło­go­sła­wił ofia­rom na dro­gę.

Kie­dy idzie­my przez las szu­tro­wą dro­gą, zazna­czo­ne drze­wa towa­rzy­szą nam przez cały czas. Nie­któ­rzy weszli głę­bo­ko w las, zazna­czyć, że Oni są tu wszę­dzie. Na sta­rych sosnach są jesz­cze inne śla­dy. Głę­bo­kie bli­zny powsta­ły być może od ude­rzeń plat­form i samo­cho­dów, na któ­rych wie­zio­no cia­ła ofiar. Przy wej­ściu na cmen­tarz, na szy­nach, stoi plat­for­ma tram­wa­ju nr 23, któ­rym noca­mi z cen­trum Kijo­wa wożo­no Ich do Bykow­ni.

Po oko­ło 1.5 kilo­me­tra drze­wa lek­ko ustę­pu­ją na boki i poja­wia­ją się na nich dodat­ko­we ele­men­ty. Tablicz­ki i zdję­cia pomor­do­wa­nych. Z zasa­dy zdję­ciu towa­rzy­szy krót­ki tekst: kim był, kie­dy uro­dzo­ny, aresz­to­wa­ny, zamor­do­wa­ny, zre­ha­bi­li­to­wa­ny. Pomię­dzy datą aresz­to­wa­nia i zamor­do­wa­nia cza­su było bar­dzo nie­wie­le, a pierw­sze reha­bi­li­ta­cje poja­wia­ją się dopie­ro w latach pięć­dzie­sią­tych. Zdję­cia są róż­ne i przed­sta­wia­ją z zasa­dy chłop­ców i mło­dych męż­czyzn. Zdjęć kobiet jest nie­wie­le. Nie­któ­re tablicz­ki są z meta­lu lub pla­sti­ku. Nie­któ­re to napi­sy na desce, cza­sa­mi cał­kiem już wybla­kłe. Nie­któ­re to kart­ki papie­ru, z któ­rych już nicze­go nie moż­na prze­czy­tać. Widać, że jak już było moż­na, ktoś star­szy powie­sił ku pamię­ci i zapew­ne sam nie­dłu­go zmarł. Na jed­nym drze­wie wisi ofo­lio­wa­ne urzę­do­we świa­dec­two śmier­ci, na innym Mat­ka Boska Katyń­ska. Obok zdjęć wiszą krzy­ży­ki, małe iko­no­sta­sy, różań­ce, sztucz­ne kwia­ty i wszech­obec­ne ręcz­ni­ki. Jed­na z naj­star­szych tabli­czek to kart­ka za szkłem, przy­mo­co­wa­na do sta­rej, spróch­nia­łej już deski, ze śla­da­mi dzię­cio­ła szu­ka­ją­ce­go kor­ni­ków. Cała jest spę­ta­na sta­rym dru­tem kol­cza­stym. Na tej kart­ce wiersz bez tytu­łu (tłu­ma­cze­nie słów Witold Wilk):

Od katow­ni do Bykow­ni krwią zro­szo­na zie­mia
Od kie­dy dosię­gła Ukra­inę ręka Krem­la.

Szlak ten ubi­li ludzie bici, ska­za­ni na zagła­dę
Przez roz­be­stwio­nych ban­dy­tów – „wier­ne par­tii zastę­py …”
Inży­nie­rów, agro­no­mów, nauczy­cie­li czy cho­ciaż­by maszy­ni­stów,
Byle lep­szych – wte­dy prę­dzej, hen na sza­fot, hen pod nóż!…
Bez pro­ce­sów mor­do­wa­li, nie szu­ka­li nawet powo­du …

Krew nie­win­nych prze­że­ra­ła paki cyn­ko­wa­nych wozów.
Gdy­by wymor­do­wa­ni z tego lasu rap­tem się pod­nie­śli – wszy­scy razem!…

Nie star­czy­ło­by dla nich ni drzew, ni źdźbeł…
Prze­stęp­stwa tego strasz­ne­go, krwa­we­go nie da się zapo­mnieć i prze­ba­czyć.

Gło­sy stra­co­nych woła­ją!  …Ser­ce tru­chle­je!

W cen­tral­nej czę­ści stoi wyso­ki, czar­ny, meta­lo­wy krzyż, a za nim wyso­ki na metr, kwa­dra­to­wy kopiec, do któ­re­go zło­żo­no szcząt­ki wydo­by­te pod­czas eks­hu­ma­cji pro­wa­dzo­nych przez Ukra­iń­ców i Pola­ków. Kopiec obło­żo­ny mar­mu­rem, na któ­rym wisi kil­ka­na­ście tablic. Eks­hu­ma­cji na prze­strze­ni lat było wie­le. Te pierw­sze robi­ło jesz­cze w latach sie­dem­dzie­sią­tych KGB, tyl­ko po to, aby zatrzeć śla­dy. Usu­nąć przed­mio­ty pozwa­la­ją­ce na iden­ty­fi­ka­cje kon­kret­nych osób, jak i całych naro­do­wo­ści. Było ich podob­no ponad czter­dzie­ści. Tu wszyst­ko jest podob­no. Akcja zacie­ra­nia śla­dów było sku­tecz­na, lecz nie cał­kiem – tak we wschod­nim sty­lu. Tak bała­ga­niar­sko, żeby szyb­ciej, żeby namie­szać w kościach, żeby nikt nie wie­dział, gdzie i kto leży. Nie mie­li spo­ko­ju nawet po okrut­nej śmier­ci. Chy­ba nie­ste­ty nie mają jej nadal.

Kie­dy się czy­ta tablicz­ki na drze­wach czy tabli­ce nagrob­ne, któ­re w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści napi­sa­ne są graż­dan­ką, dużo z nich brzmi zna­jo­mo. To nazwi­ska i imio­na Pola­ków.

Zespół pol­skich arche­olo­gów prof. Andrze­ja Koli pro­wa­dził tu eks­hu­ma­cje w latach 2001, 2006, 2007 i 2011. Poma­ga­ła mu spe­cja­li­stycz­na fir­ma z Kry­mu. W 2007 w głów­nej mogi­le pod krzy­żem (po lewej stro­nie) pocho­wa­no szcząt­ki 1 488 oby­wa­te­li Rze­czy­po­spo­li­tej. Przy tym sym­bo­licz­nym pochów­ku był Andrzej jako pre­zes Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich.

Na bocz­nej polan­ce będzie czwar­ty Cmen­tarz Katyń­ski. W kwa­dra­to­wej mogi­le od czerw­ca leżą już szcząt­ki 492 osób, któ­re uda­ło się wydo­być i ziden­ty­fi­ko­wać jako pol­skie w 2011 roku. Pra­ce będą pro­wa­dzo­ne nadal, tak aby z naj­wyż­szą sta­ran­no­ścią zadbać o zgro­ma­dze­nie w jed­nym miej­scu wszyst­kich ofiar mor­du katyń­skie­go z 1940 roku. Być może pra­ce zakoń­czą się w przy­szłym roku. Goto­wy jest już pro­jekt cmen­ta­rza i tablic, na któ­rych poja­wią się nazwi­ska wszyst­kich ofiar zapi­sa­nych na tak zwa­nej „liście ukra­iń­skiej”. To nie­do­bra nazwa, ale wiecz­ny pośpiech pro­wa­dzi do nie­do­brych skró­tów i uprosz­czeń. Nie Ukra­ina jest bowiem spraw­cą. Być może trze­ba foro­wać nazwę „lista ofiar mor­du katyń­skie­go, zamor­do­wa­nych przez reżym sta­li­now­ski, spo­czy­wa­ją­cych na Ukra­inie”. Pola­cy zwal­cza­ją nazwę „pol­skie obo­zy śmier­ci”. Nie gódź­my się na takie uprosz­cze­nia w odnie­sie­niu do Bykow­ni. Wie­my tak­że, że tu zagrze­ba­no tyl­ko część zamor­do­wa­nych ofiar z tej listy. Gdzie jest resz­ta, szu­kaj­my, znajdź­my, upa­mięt­nij­my. Niech nasi Bli­scy nie leżą w bez­i­mien­nych gro­bach.

Po tym lesie – gro­bie, cho­dzi się po kościach. Zie­mia odda­je je cały czas. Wspo­ma­ga Ich w proś­bie. „Pocho­waj­cie nas zgod­nie z tra­dy­cją, w jakiej żyli­śmy. Postaw­cie nam nagrob­ki, krzy­że, mace­wy. Wypisz­cie nasze nazwi­ska. Niech zosta­ną na wie­ki”.

Ten las jest strasz­ny, a jed­nak przy­ro­da jest nor­mal­na – moty­le, siko­ry, sój­ki, dzię­cio­ły, kru­ki. Nawet jesie­nią kwit­ną jesz­cze kwia­ty, czer­nią się, żół­cą i czer­wie­nią owo­ce. Cho­ciaż nie wyda­je się to sto­sow­ne, miej­sco­wi szu­ka­ją grzy­bów. Zgo­ła nor­mal­ny las, w któ­rym wie­le drzew pamię­ta wstrzą­sa­ją­ce chwi­le sprzed 70 lat.

Trze­ba jed­nak tam przy­jeż­dżać, wysłu­chać Ich, uspo­ko­ić, powie­dzieć, że w tej czę­ści świa­ta jest już ina­czej. I robić, co się da, żeby wszy­scy o Nich i o takich miej­scach pamię­ta­li.

Mar­chew­ki, paź­dzier­nik 2011

Pier­wo­druk: Iza­bel­la Sariusz-Skąp­ska, Tymon Kret­sch­mer, Cień Katy­nia. Bykow­nia, War­sza­wa 2015