Wszędzie pełno łusek, zachowały się również pociski. Dwa z nich tkwią w wydobytych z dołu czaszkach.
Ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski bierze w ręce każdą ze znalezionych czaszek i szepce modlitwę. Do podcharkowskiego lasu przyjechał aż z Orchard Lake w Stanach Zjednoczonych, gdzie obecnie mieszka. Dotyka szczątków swoich kolegów, być może z 20. pułku ułanów, bo z tą jednostką poszedł na wojnę we wrześniu 1939 roku. Modli się za tych, których mordowano w lesie po przywiezieniu ze Starobielska, a także za innych, znanych mu z Kozielska. On, wówczas jeszcze nie duchowny, ale kapral podchorąży rezerwy, ocalał, gdy z obozów wyjeżdżały transporty śmierci.
Dzisiaj chce być z nimi, więc co jakiś czas przylatuje ze Stanów i z władzami Smoleńska prowadzi pertraktacje w sprawie niewielkiej kaplicy w Katyniu. Chciałby ją wybudować na własny koszt, zamieszkać gdzieś obok, modlić się i do końca swego życia nie opuszczać kolegów. Negocjacje w Smoleńsku trwają ponad rok, efektów nie widać. Ksiądz Peszkowski zastanawia się, czy nie zmienić rozmówców i na dalsze lata życia nie osiąść tutaj, pod Charkowem. Przecież tu powinien być polski cmentarz, a on jako strażnik narodowego sanktuarium mógłby obiektu pilnować… Przyszłość pokaże, czy i kiedy Ukraińcy zgodzą się na budowę kaplicy. Na razie pozostaje modlitwa nad kolejno odkopywanymi szczątkami i w miejscu, do którego przez ponad pół wieku nie było dostępu.
Rozmawiamy z księdzem Peszkowskim w podobnej scenerii, jak w kwietniu 1990 roku, gdy spotkaliśmy się w Katyniu. Przyjechał niespodziewanie podczas nagrywania rozmowy z profesor Natalią Lebiediewą, a ja nie wiedziałem, czy młodszą od kapłana kobietę jemu przedstawić, czy postąpić odwrotnie. Oboje – jak zdążyłem się zorientować – byli wzruszeni spotkaniem. Dla Natalii Lebiediewej, znającej dokumenty NKWD, które potwierdzają gehennę i śmierć polskich oficerów, prałat Peszkowski był wreszcie człowiekiem, który mógł jej opowiedzieć o kozielskim obozie, natomiast dla księdza Peszkowskiego rewelacje, po raz pierwszy głoszone przez naukowca z Moskwy, potwierdzały jego wieloletni optymizm, że prawda o zbrodni wyjdzie kiedyś na światło dzienne…
Nie ma pod Charkowem profesor Lebiediewej. Jej miejsce w prowadzonych tu rozmowach zajął szczupły brunet w mundurze oficera Armii Radzieckiej i ksiądz prałat chce, aby od niego dowiedzieć się o ekshumacji. Aleksandra Trietieckiego poznałem kilka tygodni temu, gdy w siedzibie Naczelnej Prokuratury Wojskowej ZSRR przeglądałem materiały zgromadzone podczas trwającego ponad pół roku śledztwa. Nie było wtedy jeszcze wiadomo, czy wkrótce dojdzie do ekshumacji pod Charkowem i Twerem, a radzieccy prokuratorzy zastanawiali się, czy dostaną od zwierzchników zgodę na przelot do Polski i ustalenie w Warszawie, jak przebiegać mają prace.
I nikt nie znał jeszcze odpowiedzi na pytanie, co zrobić, gdyby poszukiwania nie dały rezultatu. Dodajmy: poszukiwania w terenie, w którym enkawudyści mordowali tysiące ludzi jeszcze przed wybuchem wojny.
Jest lipiec 1991 roku. Już w pierwszych dniach ekshumacji okazało się, że natrafiono na doły śmierci, na szczątki zwłok Polaków – jeńców starobielskiego obozu. Potwierdzają się informacje zebrane w czasie śledztwa. Kiedyś w górnych warstwach dołów śmierci buszowały dzieci poszukujące orderów, orzełków, a może też ludzkie hieny, dla których cmentarz bywa miejscem znajdowania złota. Trietiecki i jego koledzy na podstawie relacji sprzed lat wiedzieli, w którym miejscu trzeba zacząć kopać. Znaleźli też świadka zbrodni w roku 1940, funkcjonariusza charkowskiego NKWD. Mitrofan Syromiatnikow nie przyznaje się do udziału w zbrodniach.
– Ja tylko ich doprowadzałem, a kto inny strzelał – wyjaśnia, wierząc, że nikt mu dzisiaj nie udowodni strzelania do ofiar w więzieniu NKWD, w piwnicy budynku przy ul. Dzierżyńskiego, obecnie zajmowanym przez charkowskie KGB. Syromiatnikow wie, dokąd wywożono owinięte w płaszcze zwłoki oficerów. Podaje niektóre nazwiska oprawców i mnóstwo szczegółów, ale dołów śmierci nie wskaże, gdyż od lat musi się poruszać za pomocą białej laski.
O zeznaniach złożonych przez niewidomego enkawudzistę rozmawiam na miejscu zbrodni z Jędrzejem Tucholskim, najlepszym spośród polskich historyków znawcą tematu „Katyń”.
– Są świadkowie, o których nawet nam się nie śniło, że zechcą mówić i tak wiele wyjaśnią. Znaleziono dokumenty potwierdzające ruch transportów z obozów do Charkowa i Tweru, informacje o oficerach, dotąd uznanych za zaginionych, a – jak się okazuje – zmarłych w obozach lub zastrzelonych w czasie próby ucieczki. Poznajemy nazwiska oprawców i miejsca, gdzie mordowali; w piwnicy na Dzierżyńskiego, ale i tutaj, może nad dołami, albo po wpędzeniu związanych ofiar na dno dołu. Jak to wyglądało, Syromiatnikow nie wie albo nie chce powiedzieć…
Ekshumacja potwierdza, że większość oficerów zginęła od strzałów w tył czaszki. Może oddanych w piwnicy, może tutaj, w lesie, dzisiaj przekopywanym przez żołnierzy radzieckich z Donbasu, w większości obywateli azjatyckiej części ZSRR. Mają dobrą odporność na trudne warunki, ciężką pracę w upale, w wodzie na dnie niektórych wykopów, wśród wyłaniających się szczątków. Znalezione kości i czaszki wyjmują delikatnie, a doskonały wzrok pozwala wśród kości dostrzec przedmioty, okazujące się po wyjęciu na wierzch polskimi odznaczeniami, odznakami pułkowymi, orzełkami. Płótno nie dotrwało, ale orzełki potwierdzają, że zamordowanymi i pochowanymi byli tutaj Polacy w oficerskich mundurach.
Przypominam sobie rozmowę z Tucholskim sprzed kilku tygodni, gdy obaj wątpiliśmy w znalezienie dokumentów, a tymczasem już w piątym dniu pracy pojawia się kwit depozytowy na nazwisko Stanisława Plewy, podporucznika rezerwy. Zabierając mu w niewoli pieniądze, wystawiono oficerowi kwit, bo przecież nikt we wrześniu 1939 roku nie przypuszczał, że w kilka miesięcy później polski jeniec wojenny, w cywilu leśniczy z okolic Suwałk zginie od strzału z ręki enkawudzisty…
Każdy dzień poszukiwań przynosi nowe dowody. Pojawiają się lotnicze „gapy”, portfele, guziki z orłami, fragmenty obuwia, raportówek mniej lub bardziej zniszczonych, później pudełeczko z odcyfrowanym wkrótce napisem „Starobielsk 1939”, złoty zegarek, sygnet z dedykacją od matki, kalendarzyk reklamowy amerykańskiej firmy, niegdyś prowadzącej poszukiwania naftowe w pobliżu Borysławia i Drohobycza, pióra wieczne, obrączki. Zachowały się resztki gazet, można rozpoznać tytuł „Komsomolskaja Prawda” i inne. Dokładne sprawdzanie na razie za pomocą szkła powiększającego i dokumentacji, którą dysponujemy, pozwala ustalić nazwiska 7 oficerów. Najbardziej przydatne okazują się znaczki wojskowe, zwane „nieśmiertelnikami”.
Wiele ze znalezionych czaszek nie ma śladów ran postrzałowych, z czego profesor Jan Młodziejowski i inni eksperci wysuwają tylko jeden możliwy wniosek: oficerów mordowano strzałami (seriami strzałów?) w plecy lub piersi. Może bagnetem? Wszędzie pełno łusek, zachowały się również pociski. Dwa z nich tkwią w wydobytych z dołu czaszkach…
Przyjeżdżają na miejsce ekshumacji mieszkańcy Charkowa, a nawet innych miast i wiosek. Nie mogą rozmawiać z ekspertami na miejscu, bo cywilom bez przepustek wstęp wzbroniony, ale nagabują Polaków przy każdej okazji, czy przypadkiem nie odnaleźli dokumentów ukraińskich lub śladów potwierdzających, że tu właśnie zamordowano ich krewnych w 1935, 1937 czy 1940 roku?
Na przygotowanym kiedyś w Starobielsku spisie przeszło 4000 wywiezionych z obozu oficerów nie było nazwisk kobiet. Kolejny dzień ekshumacji ujawnia szczątki najpierw jednej, a następnie drugiej niewiasty. Kim były – nie wiadomo, poza tym, że w obozie wraz z mężczyznami przebywało kilka (kilkanaście?) kobiet, może żon lub córek jeńców.
Znam nazwisko jednej z nich: nie dalej jak w czerwcu profesor Zurab Aleksandrowicz Kazbek-Kazijew opowiedział mi o swej dalekiej krewnej Oldze Afanasjewnej Priadkinej, przez pewien czas żonie bogatego ziemianina na Kubaniu. Zakochana w lekarzu Olga umknęła z nim aż do… Warszawy, gdzie z czasem dr Beniamin Kryński stał się znanym rentgenologiem. W momencie wybuchu wojny kapitana Kryńskiego powołano do 1. Szpitala Okręgowego, a Olga wyruszyła na front jako sanitariuszka. Oboje dostali się do niewoli sowieckiej i do Starobielska. Olga pisywała stąd do brata w Moskwie, prosząc, aby u samego Stalina wyjednał zwolnienie męża – lekarza.
Pewnego dnia przestały przychodzić do rodziny listy ze Starobielska i najbliższym zostało tylko zdjęcie Olgi. Czy szczątki kobiety w wieku około 40 lat, o niesłowiańskiej raczej budowie pozwolą wyjaśnić los Olgi Kryńskiej, której mąż – jak wynika z dokumentów – z całą pewnością trafił do Charkowa, dokąd zdążał transport podobnie jak on skazanych na śmierć jeńców w polskich mundurach?
10 sierpnia jest już po ekshumacji i ekipa ma teraz pojechać do Miednoje. Władze Charkowa zezwoliły na uroczysty pogrzeb szczątków znalezionych w dołach śmierci pod miastem, na terenie należącym obecnie do KGB. Za lądowanie i pobyt na lotnisku czterech samolotów z uczestnikami pogrzebu trzeba jednak zapłacić, więc oprócz delegacji rządowej, orkiestry wojskowej i grupy żołnierzy z kompanii honorowej oraz kilkunastu krewnych oficerów – jeńców Starobielska, w jednej z maszyn leci 15 tysięcy dolarów. Nie wiadomo, czy wystarczy ta kwota na wszystkie opłaty. „Energopol” płaci za śniadanie i obiad, podstawia autobusy, a jego pracownicy pomagają nieść kwiaty i wieńce.
W ulewnym deszczu trwa nabożeństwo żałobne, trzaska salwa honorowa, chyli się sztandar Stowarzyszenia Rodzin Ofiar Katynia Polski Południowej, trzymany przez Zbigniewa Siekańskiego. Obok niego stoją Janina Podgórczyk i Adam Macedoński. Wszyscy stracili najbliższych pod Charkowem, a dzisiaj przyjechali po to, aby na miejscu zbrodni złożyć wieńce, zapalić znicze.
Trumny ze szczątkami zsuwają się do otwartej mogiły odtąd będącej zalążkiem cmentarza. Pod dębowym krzyżem wyprężeni na baczność dwaj żołnierze w rogatywkach. Sporo osób staje obok nich, aby zrobić sobie zdjęcie, o co niełatwo w siekącym nas deszczu. Zabieramy ziemię, aby zawieźć ją do Krakowa. Deszcz zwiększa się, wiatr zgina drzewa. Na głowę stojącego nieopodal oficera w mundurze KGB spada gałąź, co natychmiast kwituje śmiechem grupa mieszkańców Charkowa, którzy uczestniczą w nabożeństwie, stoją pod proporcami o barwach ukraińskich. Adam Macedoński daje im kilka biuletynów Instytutu Katyńskiego w Polsce. Chowają, spłoszeni wzrokiem ukrytego za drzewem milicjanta…
W kilka godzin później samoloty startują w drogę powrotną. Lecę w maszynie wiozącej orkiestrę i żołnierzy z kompanii reprezentacyjnej. Czapki i instrumenty leżą na skrzyniach opatrzonych kartkami: „Wykop V. Charków 7.8.1991 r. Materiał do badań odbiera dr med. Erazm Baran z Krakowa”.
Skrzynie z materiałami z ekshumacji leciały już kiedyś do krakowskiego instytutu: było to w czerwcu 1943 roku, a niemiecki samolot startował ze Smoleńska. W niespełna 50 lat później samolot produkcji radzieckiej zabiera z charkowskiego lotniska skrzynie z dowodami tej samej zbrodni. Niejako przy okazji chłopcy w wojskowych mundurach zabrali małego kota, który do orkiestry przyplątał się tam, w lesie…
Pierwodruk: „Dziennik Polski” [Kraków], 16 sierpnia 1991, przedruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2014