Stanisław Maria Jankowski, Tam, w lesie… (1991)

Wszę­dzie peł­no łusek, zacho­wa­ły się rów­nież poci­ski. Dwa z nich tkwią w wydo­by­tych z dołu czasz­kach.

Ksiądz pra­łat Zdzi­sław Pesz­kow­ski bie­rze w ręce każ­dą ze zna­le­zio­nych cza­szek i szep­ce modli­twę. Do pod­char­kow­skie­go lasu przy­je­chał aż z Orchard Lake w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie obec­nie miesz­ka. Doty­ka szcząt­ków swo­ich kole­gów, być może z 20. puł­ku uła­nów, bo z tą jed­nost­ką poszedł na woj­nę we wrze­śniu 1939 roku. Modli się za tych, któ­rych mor­do­wa­no w lesie po przy­wie­zie­niu ze Sta­ro­biel­ska, a tak­że za innych, zna­nych mu z Koziel­ska. On, wów­czas jesz­cze nie duchow­ny, ale kapral pod­cho­rą­ży rezer­wy, oca­lał, gdy z obo­zów wyjeż­dża­ły trans­por­ty śmier­ci.

Dzi­siaj chce być z nimi, więc co jakiś czas przy­la­tu­je ze Sta­nów i z wła­dza­mi Smo­leń­ska pro­wa­dzi per­trak­ta­cje w spra­wie nie­wiel­kiej kapli­cy w Katy­niu. Chciał­by ją wybu­do­wać na wła­sny koszt, zamiesz­kać gdzieś obok, modlić się i do koń­ca swe­go życia nie opusz­czać kole­gów. Nego­cja­cje w Smo­leń­sku trwa­ją ponad rok, efek­tów nie widać. Ksiądz Pesz­kow­ski zasta­na­wia się, czy nie zmie­nić roz­mów­ców i na dal­sze lata życia nie osiąść tutaj, pod Char­ko­wem. Prze­cież tu powi­nien być pol­ski cmen­tarz, a on jako straż­nik naro­do­we­go sank­tu­arium mógł­by obiek­tu pil­no­wać… Przy­szłość poka­że, czy i kie­dy Ukra­iń­cy zgo­dzą się na budo­wę kapli­cy. Na razie pozo­sta­je modli­twa nad kolej­no odko­py­wa­ny­mi szcząt­ka­mi i w miej­scu, do któ­re­go przez ponad pół wie­ku nie było dostę­pu.

Roz­ma­wia­my z księ­dzem Pesz­kow­skim w podob­nej sce­ne­rii, jak w kwiet­niu 1990 roku, gdy spo­tka­li­śmy się w Katy­niu. Przy­je­chał nie­spo­dzie­wa­nie pod­czas nagry­wa­nia roz­mo­wy z pro­fe­sor Nata­lią Lebie­die­wą, a ja nie wie­dzia­łem, czy młod­szą od kapła­na kobie­tę jemu przed­sta­wić, czy postą­pić odwrot­nie. Obo­je – jak zdą­ży­łem się zorien­to­wać – byli wzru­sze­ni spo­tka­niem. Dla Nata­lii Lebie­die­wej, zna­ją­cej doku­men­ty NKWD, któ­re potwier­dza­ją gehen­nę i śmierć pol­skich ofi­ce­rów, pra­łat Pesz­kow­ski był wresz­cie czło­wie­kiem, któ­ry mógł jej opo­wie­dzieć o koziel­skim obo­zie, nato­miast dla księ­dza Pesz­kow­skie­go rewe­la­cje, po raz pierw­szy gło­szo­ne przez naukow­ca z Moskwy, potwier­dza­ły jego wie­lo­let­ni opty­mizm, że praw­da o zbrod­ni wyj­dzie kie­dyś na świa­tło dzien­ne…

Nie ma pod Char­ko­wem pro­fe­sor Lebie­die­wej. Jej miej­sce w pro­wa­dzo­nych tu roz­mo­wach zajął szczu­pły bru­net w mun­du­rze ofi­ce­ra Armii Radziec­kiej i ksiądz pra­łat chce, aby od nie­go dowie­dzieć się o eks­hu­ma­cji. Alek­san­dra Trie­tiec­kie­go pozna­łem kil­ka tygo­dni temu, gdy w sie­dzi­bie Naczel­nej Pro­ku­ra­tu­ry Woj­sko­wej ZSRR prze­glą­da­łem mate­ria­ły zgro­ma­dzo­ne pod­czas trwa­ją­ce­go ponad pół roku śledz­twa. Nie było wte­dy jesz­cze wia­do­mo, czy wkrót­ce doj­dzie do eks­hu­ma­cji pod Char­ko­wem i Twe­rem, a radziec­cy pro­ku­ra­to­rzy zasta­na­wia­li się, czy dosta­ną od zwierzch­ni­ków zgo­dę na prze­lot do Pol­ski i usta­le­nie w War­sza­wie, jak prze­bie­gać mają pra­ce.

I nikt nie znał jesz­cze odpo­wie­dzi na pyta­nie, co zro­bić, gdy­by poszu­ki­wa­nia nie dały rezul­ta­tu. Dodaj­my: poszu­ki­wa­nia w tere­nie, w któ­rym enka­wu­dy­ści mor­do­wa­li tysią­ce ludzi jesz­cze przed wybu­chem woj­ny.

Jest lipiec 1991 roku. Już w pierw­szych dniach eks­hu­ma­cji oka­za­ło się, że natra­fio­no na doły śmier­ci, na szcząt­ki zwłok Pola­ków – jeń­ców sta­ro­biel­skie­go obo­zu. Potwier­dza­ją się infor­ma­cje zebra­ne w cza­sie śledz­twa. Kie­dyś w gór­nych war­stwach dołów śmier­ci buszo­wa­ły dzie­ci poszu­ku­ją­ce orde­rów, orzeł­ków, a może też ludz­kie hie­ny, dla któ­rych cmen­tarz bywa miej­scem znaj­do­wa­nia zło­ta. Trie­tiec­ki i jego kole­dzy na pod­sta­wie rela­cji sprzed lat wie­dzie­li, w któ­rym miej­scu trze­ba zacząć kopać. Zna­leź­li też świad­ka zbrod­ni w roku 1940, funk­cjo­na­riu­sza char­kow­skie­go NKWD. Mitro­fan Syro­miat­ni­kow nie przy­zna­je się do udzia­łu w zbrod­niach.

– Ja tyl­ko ich dopro­wa­dza­łem, a kto inny strze­lał – wyja­śnia, wie­rząc, że nikt mu dzi­siaj nie udo­wod­ni strze­la­nia do ofiar w wię­zie­niu NKWD, w piw­ni­cy budyn­ku przy ul. Dzier­żyń­skie­go, obec­nie zaj­mo­wa­nym przez char­kow­skie KGB. Syro­miat­ni­kow wie, dokąd wywo­żo­no owi­nię­te w płasz­cze zwło­ki ofi­ce­rów. Poda­je nie­któ­re nazwi­ska opraw­ców i mnó­stwo szcze­gó­łów, ale dołów śmier­ci nie wska­że, gdyż od lat musi się poru­szać za pomo­cą bia­łej laski.

O zezna­niach zło­żo­nych przez nie­wi­do­me­go enka­wu­dzi­stę roz­ma­wiam na miej­scu zbrod­ni z Jędrze­jem Tuchol­skim, naj­lep­szym spo­śród pol­skich histo­ry­ków znaw­cą tema­tu „Katyń”.

– Są świad­ko­wie, o któ­rych nawet nam się nie śni­ło, że zechcą mówić i tak wie­le wyja­śnią. Zna­le­zio­no doku­men­ty potwier­dza­ją­ce ruch trans­por­tów z obo­zów do Char­ko­wa i Twe­ru, infor­ma­cje o ofi­ce­rach, dotąd uzna­nych za zagi­nio­nych, a – jak się oka­zu­je – zmar­łych w obo­zach lub zastrze­lo­nych w cza­sie pró­by uciecz­ki. Pozna­je­my nazwi­ska opraw­ców i miej­sca, gdzie mor­do­wa­li; w piw­ni­cy na Dzier­żyń­skie­go, ale i tutaj, może nad doła­mi, albo po wpę­dze­niu zwią­za­nych ofiar na dno dołu. Jak to wyglą­da­ło, Syro­miat­ni­kow nie wie albo nie chce powie­dzieć…

Eks­hu­ma­cja potwier­dza, że więk­szość ofi­ce­rów zgi­nę­ła od strza­łów w tył czasz­ki. Może odda­nych w piw­ni­cy, może tutaj, w lesie, dzi­siaj prze­ko­py­wa­nym przez żoł­nie­rzy radziec­kich z Don­ba­su, w więk­szo­ści oby­wa­te­li azja­tyc­kiej czę­ści ZSRR. Mają dobrą odpor­ność na trud­ne warun­ki, cięż­ką pra­cę w upa­le, w wodzie na dnie nie­któ­rych wyko­pów, wśród wyła­nia­ją­cych się szcząt­ków. Zna­le­zio­ne kości i czasz­ki wyj­mu­ją deli­kat­nie, a dosko­na­ły wzrok pozwa­la wśród kości dostrzec przed­mio­ty, oka­zu­ją­ce się po wyję­ciu na wierzch pol­ski­mi odzna­cze­nia­mi, odzna­ka­mi puł­ko­wy­mi, orzeł­ka­mi. Płót­no nie dotrwa­ło, ale orzeł­ki potwier­dza­ją, że zamor­do­wa­ny­mi i pocho­wa­ny­mi byli tutaj Pola­cy w ofi­cer­skich mun­du­rach.

Przy­po­mi­nam sobie roz­mo­wę z Tuchol­skim sprzed kil­ku tygo­dni, gdy obaj wąt­pi­li­śmy w zna­le­zie­nie doku­men­tów, a tym­cza­sem już w pią­tym dniu pra­cy poja­wia się kwit depo­zy­to­wy na nazwi­sko Sta­ni­sła­wa Ple­wy, pod­po­rucz­ni­ka rezer­wy. Zabie­ra­jąc mu w nie­wo­li pie­nią­dze, wysta­wio­no ofi­ce­ro­wi kwit, bo prze­cież nikt we wrze­śniu 1939 roku nie przy­pusz­czał, że w kil­ka mie­się­cy póź­niej pol­ski jeniec wojen­ny, w cywi­lu leśni­czy z oko­lic Suwałk zgi­nie od strza­łu z ręki enka­wu­dzi­sty…

Każ­dy dzień poszu­ki­wań przy­no­si nowe dowo­dy. Poja­wia­ją się lot­ni­cze „gapy”, port­fe­le, guzi­ki z orła­mi, frag­men­ty obu­wia, rapor­tó­wek mniej lub bar­dziej znisz­czo­nych, póź­niej pude­łecz­ko z odcy­fro­wa­nym wkrót­ce napi­sem „Sta­ro­bielsk 1939”, zło­ty zega­rek, sygnet z dedy­ka­cją od mat­ki, kalen­da­rzyk rekla­mo­wy ame­ry­kań­skiej fir­my, nie­gdyś pro­wa­dzą­cej poszu­ki­wa­nia naf­to­we w pobli­żu Bory­sła­wia i Dro­ho­by­cza, pió­ra wiecz­ne, obrącz­ki. Zacho­wa­ły się reszt­ki gazet, moż­na roz­po­znać tytuł „Kom­so­mol­ska­ja Praw­da” i inne. Dokład­ne spraw­dza­nie na razie za pomo­cą szkła powięk­sza­ją­ce­go i doku­men­ta­cji, któ­rą dys­po­nu­je­my, pozwa­la usta­lić nazwi­ska 7 ofi­ce­rów. Naj­bar­dziej przy­dat­ne oka­zu­ją się znacz­ki woj­sko­we, zwa­ne „nie­śmier­tel­ni­ka­mi”.

Wie­le ze zna­le­zio­nych cza­szek nie ma śla­dów ran postrza­ło­wych, z cze­go pro­fe­sor Jan Mło­dzie­jow­ski i inni eks­per­ci wysu­wa­ją tyl­ko jeden moż­li­wy wnio­sek: ofi­ce­rów mor­do­wa­no strza­ła­mi (seria­mi strza­łów?) w ple­cy lub pier­si. Może bagne­tem? Wszę­dzie peł­no łusek, zacho­wa­ły się rów­nież poci­ski. Dwa z nich tkwią w wydo­by­tych z dołu czasz­kach…

Przy­jeż­dża­ją na miej­sce eks­hu­ma­cji miesz­kań­cy Char­ko­wa, a nawet innych miast i wio­sek. Nie mogą roz­ma­wiać z eks­per­ta­mi na miej­scu, bo cywi­lom bez prze­pu­stek wstęp wzbro­nio­ny, ale naga­bu­ją Pola­ków przy każ­dej oka­zji, czy przy­pad­kiem nie odna­leź­li doku­men­tów ukra­iń­skich lub śla­dów potwier­dza­ją­cych, że tu wła­śnie zamor­do­wa­no ich krew­nych w 1935, 1937 czy 1940 roku?

Na przy­go­to­wa­nym kie­dyś w Sta­ro­biel­sku spi­sie prze­szło 4000 wywie­zio­nych z obo­zu ofi­ce­rów nie było nazwisk kobiet. Kolej­ny dzień eks­hu­ma­cji ujaw­nia szcząt­ki naj­pierw jed­nej, a następ­nie dru­giej nie­wia­sty. Kim były – nie wia­do­mo, poza tym, że w obo­zie wraz z męż­czy­zna­mi prze­by­wa­ło kil­ka (kil­ka­na­ście?) kobiet, może żon lub córek jeń­ców.

Znam nazwi­sko jed­nej z nich: nie dalej jak w czerw­cu pro­fe­sor Zurab Alek­san­dro­wicz Kazbek-Kazi­jew opo­wie­dział mi o swej dale­kiej krew­nej Oldze Afa­na­sjew­nej Priad­ki­nej, przez pewien czas żonie boga­te­go zie­mia­ni­na na Kuba­niu. Zako­cha­na w leka­rzu Olga umknę­ła z nim aż do… War­sza­wy, gdzie z cza­sem dr Benia­min Kryń­ski stał się zna­nym rent­ge­no­lo­giem. W momen­cie wybu­chu woj­ny kapi­ta­na Kryń­skie­go powo­ła­no do 1. Szpi­ta­la Okrę­go­we­go, a Olga wyru­szy­ła na front jako sani­ta­riusz­ka. Obo­je dosta­li się do nie­wo­li sowiec­kiej i do Sta­ro­biel­ska. Olga pisy­wa­ła stąd do bra­ta w Moskwie, pro­sząc, aby u same­go Sta­li­na wyjed­nał zwol­nie­nie męża – leka­rza.

Pew­ne­go dnia prze­sta­ły przy­cho­dzić do rodzi­ny listy ze Sta­ro­biel­ska i naj­bliż­szym zosta­ło tyl­ko zdję­cie Olgi. Czy szcząt­ki kobie­ty w wie­ku oko­ło 40 lat, o nie­sło­wiań­skiej raczej budo­wie pozwo­lą wyja­śnić los Olgi Kryń­skiej, któ­rej mąż – jak wyni­ka z doku­men­tów – z całą pew­no­ścią tra­fił do Char­ko­wa, dokąd zdą­żał trans­port podob­nie jak on ska­za­nych na śmierć jeń­ców w pol­skich mun­du­rach?

10 sierp­nia jest już po eks­hu­ma­cji i eki­pa ma teraz poje­chać do Mied­no­je. Wła­dze Char­ko­wa zezwo­li­ły na uro­czy­sty pogrzeb szcząt­ków zna­le­zio­nych w dołach śmier­ci pod mia­stem, na tere­nie nale­żą­cym obec­nie do KGB. Za lądo­wa­nie i pobyt na lot­ni­sku czte­rech samo­lo­tów z uczest­ni­ka­mi pogrze­bu trze­ba jed­nak zapła­cić, więc oprócz dele­ga­cji rzą­do­wej, orkie­stry woj­sko­wej i gru­py żoł­nie­rzy z kom­pa­nii hono­ro­wej oraz kil­ku­na­stu krew­nych ofi­ce­rów – jeń­ców Sta­ro­biel­ska, w jed­nej z maszyn leci 15 tysię­cy dola­rów. Nie wia­do­mo, czy wystar­czy ta kwo­ta na wszyst­kie opła­ty. „Ener­go­pol” pła­ci za śnia­da­nie i obiad, pod­sta­wia auto­bu­sy, a jego pra­cow­ni­cy poma­ga­ją nieść kwia­ty i wień­ce.

W ulew­nym desz­czu trwa nabo­żeń­stwo żałob­ne, trza­ska sal­wa hono­ro­wa, chy­li się sztan­dar Sto­wa­rzy­sze­nia Rodzin Ofiar Katy­nia Pol­ski Połu­dnio­wej, trzy­ma­ny przez Zbi­gnie­wa Sie­kań­skie­go. Obok nie­go sto­ją Jani­na Pod­gór­czyk i Adam Mace­doń­ski. Wszy­scy stra­ci­li naj­bliż­szych pod Char­ko­wem, a dzi­siaj przy­je­cha­li po to, aby na miej­scu zbrod­ni zło­żyć wień­ce, zapa­lić zni­cze.

Trum­ny ze szcząt­ka­mi zsu­wa­ją się do otwar­tej mogi­ły odtąd będą­cej zaląż­kiem cmen­ta­rza. Pod dębo­wym krzy­żem wyprę­że­ni na bacz­ność dwaj żoł­nie­rze w roga­tyw­kach. Spo­ro osób sta­je obok nich, aby zro­bić sobie zdję­cie, o co nie­ła­two w sie­ką­cym nas desz­czu. Zabie­ra­my zie­mię, aby zawieźć ją do Kra­ko­wa. Deszcz zwięk­sza się, wiatr zgi­na drze­wa. Na gło­wę sto­ją­ce­go nie­opo­dal ofi­ce­ra w mun­du­rze KGB spa­da gałąź, co natych­miast kwi­tu­je śmie­chem gru­pa miesz­kań­ców Char­ko­wa, któ­rzy uczest­ni­czą w nabo­żeń­stwie, sto­ją pod pro­por­ca­mi o bar­wach ukra­iń­skich. Adam Mace­doń­ski daje im kil­ka biu­le­ty­nów Insty­tu­tu Katyń­skie­go w Pol­sce. Cho­wa­ją, spło­sze­ni wzro­kiem ukry­te­go za drze­wem mili­cjan­ta…

W kil­ka godzin póź­niej samo­lo­ty star­tu­ją w dro­gę powrot­ną. Lecę w maszy­nie wio­zą­cej orkie­strę i żoł­nie­rzy z kom­pa­nii repre­zen­ta­cyj­nej. Czap­ki i instru­men­ty leżą na skrzy­niach opa­trzo­nych kart­ka­mi: „Wykop V. Char­ków 7.8.1991 r. Mate­riał do badań odbie­ra dr med. Erazm Baran z Kra­ko­wa”.

Skrzy­nie z mate­ria­ła­mi z eks­hu­ma­cji lecia­ły już kie­dyś do kra­kow­skie­go insty­tu­tu: było to w czerw­cu 1943 roku, a nie­miec­ki samo­lot star­to­wał ze Smo­leń­ska. W nie­speł­na 50 lat póź­niej samo­lot pro­duk­cji radziec­kiej zabie­ra z char­kow­skie­go lot­ni­ska skrzy­nie z dowo­da­mi tej samej zbrod­ni. Nie­ja­ko przy oka­zji chłop­cy w woj­sko­wych mun­du­rach zabra­li małe­go kota, któ­ry do orkie­stry przy­plą­tał się tam, w lesie…

Pier­wo­druk: „Dzien­nik Pol­ski” [Kra­ków], 16 sierp­nia 1991, prze­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2014