Sylwia Jażdżewska, Kuropaty

Będąc w Kuro­pa­tach, nie mogłam obo­jęt­nie przejść obok krzy­ży – któ­re dosię­gnię­te zębem cza­su chy­li­ły się już ku zie­mi – obok tych ludzi, któ­rzy wie­le lat temu ponie­śli tu śmierć z rąk swo­ich bliź­nich. Świa­do­mość, że w tym wła­śnie miej­scu w latach 1937–41 doko­na­no bru­tal­ne­go, zma­sowanego mor­der­stwa, naka­zu­je przy­sta­nąć i oddać hołd wszyst­kim pole­głym tu oso­bom, któ­rych jedy­ną winą była zbyt roz­le­gła wie­dza, wykształ­ce­nie lub pozy­cja spo­łecz­na.

Czy musia­ło dojść do tej tra­ge­dii? Jak nie­czu­ły musi być czło­wiek, któ­ry potra­fi się zdo­być na popeł­nie­nie tak okrut­ne­go czy­nu? Kto dał komu­kol­wiek pra­wo do uśmier­ca­nia innych? Takie pyta­nia przy­cho­dzi­ły mi na myśl, gdy sta­li­śmy wśród drzew, poprzez któ­re prze­dzie­ra­ły się pro­mie­nie słoń­ca.

Oprócz naszej piel­grzym­ki w Kuro­pa­tach nie było niko­go. Tam­tej­si ludzie nie odwie­dza­ją tego miej­sca, trak­tu­jąc je tak, jak­by nic szcze­gól­ne­go tam się nie zda­rzy­ło. Nie chcą o nim pisać, mówić, a nawet usi­łu­ją zapo­mnieć o jego ist­nie­niu. Z ust prze­wod­nicz­ki mogli­śmy dowie­dzieć się, że czę­ściej moż­na spo­tkać tu grzy­bia­rzy pochło­nię­tych wypa­try­wa­niem sma­ko­wi­tych rary­ta­sów niż ludzi zain­te­re­so­wa­nych spra­wą pole­głych. Jest to tym bar­dziej smut­ne, że zie­mia kuro­pac­ka mie­ści w sobie wie­le bia­ło­ru­skiej krwi. Jedy­ne, co żyją­cy ofia­ro­wu­ją swo­im zmar­łym bra­ciom, to świst samo­cho­dów prze­jeż­dża­ją­cych po znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal uli­cy. Uno­sząc się nad mogi­ła­mi, łączy się z szu­mem drzew, two­rząc mono­ton­ną pieśń zapo­mnie­nia.

Kuro­pa­ty

Jest takie miej­sce – smut­ne, zapo­mnia­ne,
Stra­chem pod­szy­te i tajem­ni­cą,
Miej­sce mil­czą­cym lukiem omi­ja­ne,
Pod bia­ło­ru­ską ukry­te sto­li­cą. 

Nikt tam nie cho­dzi, pokło­nu nie zło­ży,
Rąk w modli­tew­nym geście nie spla­ta
Zni­cza nie zapa­li, wień­ca nie poło­ży.
Las tyl­ko szu­mem mogi­ły opla­ta.

 On gęsty, potęż­ny czu­wa nad zmar­ły­mi,
Któ­rzy pole­gli bez sądu, bez winy,
Bez tłu­ma­cze­nia, bez roz­grze­sze­nia.
Tak szyb­ko bez­dusz­ność potwier­dzi­ły czy­ny

Krzy­że drew­nia­ne chy­lą swe lica
Tam, skąd roślin­ność czer­pie życia soki.
Sto metrów dalej ruchli­wa uli­ca;
Gdy spoj­rzysz w górę – błę­kit­ne obło­ki.

 

Syl­wia Jaż­dżew­ska
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 2001, nr 10