To miejsce w pamięci nigdy nie było puste. „Od zawsze” wiedziałam, że Dziadek zginął w Katyniu. Znałam historię wrześniowego aresztowania i miesięcy oczekiwania na pierwszy i – jak się potem okazało – jedyny list z Kozielska. Domowe archiwum strzegło tego arkusiku, gdzie litery, pisane dziś już spłowiałym atramentem, układają się w słowa pogodne, uspokajające najbliższych. Na końcu wykaligrafowany adres zwrotny, widocznie starannie kopiowany ze wzoru zapisanego obcym alfabetem. Obok listu, w tej samej teczce – pocztówki, wysyłane co tydzień czy dwa z Krakowa i tutaj wracające z wieloma stemplami poczt obu okupantów i z adnotacją „retour inconnu”. I rozwiązanie – niemieckie „gadzinówki” z utrzymanymi w sensacyjnym tonie artykułami o odkryciu w lesie pod Smoleńskiem. Pierwsze zdjęcia, pierwsze nazwiska ofiar. Egzemplarz „Gońca Krakowskiego”, gdzie w kolejnym odcinku listy jest tamten numer i suche dane – personalia, ubranie, co znaleziono w kieszeniach płaszcza…
Jest to jedna z tysięcy relacji o jeńcach Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa. Jedna z setek relacji o oficerach Katynia. Z podobnych opowieści rodziły się zawsze rodzinne i narodowe mity, ich bohaterowie zastygali w konwencjonalnych pozach na portretach, dagerotypach, fotografiach. Dla tych, którzy odnaleźli nazwiska swoich bliskich na listach ofiar, Katyń nie znieruchomiał w legendę; był przez blisko pięćdziesiąt lat strzeżoną tajemnicą i dziś jest żywy. Wystawa w krakowskim Muzeum Fotografii opowiada o konkretnych ludziach, którzy Zginęli w Katyniu – i ten konkretny, jeszcze dziś jakby namacalny wymiar zbrodni z lasu pod Smoleńskiem zdumiewa zwiedzających. Spoglądają ze zdjęć mężczyźni w mundurach i odświętnych ubraniach, nieraz bardzo młodzi, a tylko sztucznie postarzeni przedwojenną modą czy fryzurą. Są fotografie wśród rodzin, w domu, na ulicy.
Byłam w Katyniu. Dwa dni podróży przez Białoruś i samą Rosję, od Brześcia przez Mińsk po Smoleńsk, były jakby wycieczką, ale każdy z nas na swój sposób przeżywał to zbliżanie się do celu wieloletnich starań. Z daleka, z Polska, Katyń to nazwa i trudno wyobrazić sobie ten las kryjący cmentarz. Tymczasem w tym zbliżaniu się był jakiś niepokój – kim są dla nas ludzie, na których groby jedziemy, czy nie jest to pusty gest…
Szary, październikowy dzień i przenikliwe zimno było dodatkową pożywką dla obolałej wyobraźni. Wierni opisywanej tylekroć drodze pojechaliśmy do Gniezdowa, na rampę, której widok tak dobrze znany z relacji jedynego ocalałego – Stanisława Swianiewicza. Nagłe pojawienie się grupy fotografujących Polaków nikogo tu nie dziwi, na małej stacyjce przyzwyczajono się już widocznie do tych gości, którzy stąd wysyłają pocztówki, proszą o przybicie pieczątki z wyraźną nazwą miejscowości Gniezdowo. Wspierani relacją autora W cieniu Katynia szukamy drogi po drugiej stronie toru – tej, którą odjeżdżały w głąb lasu samochody z zamalowanymi szybami. Dziś za torami rozciągają się jakieś magazyny, idąca za nimi droga kończy się ślepo bramą obiektu wojskowego.
Wracamy więc na szosę Smoleńsk–Witebsk, aby minąwszy Gniezdowo i transparenty o pieriestrojce, dotrzeć do niebieskiej tablicy „Memoriał polskim oficeram pogibszim w Katyni”. Stąd pójdziemy asfaltową alejką. Dziwna jest ta droga – niby idziemy przez las, a tymczasem o kilka metrów od niej (szag w prawo, szag w liewo) towarzyszy nam wysoki płot. Cały las jest przecież otoczony wysokim parkanem, alejka dla nas dostępna to wyłom w tym ogrodzeniu, ale i tak starannie strzeżony nową siatką. Mijamy mały, granitowy obelisk, gdzie upamiętniono zamordowanych przez Niemców radzieckich jeńców wojennych (?). Dwieście metrów dalej sosny rozstępują się, ale wysoki płot nadal zamyka nas jak w klatce na małym placyku, sztucznie wyrównanym, z zamarkowanymi czterema mogiłami; za nimi radziecki pomnik, a w tyle, tuż przy siatce, polski krzyż. Wiemy już z relacji naszych poprzedników, skonfrontowanych z dostępną dokumentacją, że nie jesteśmy jeszcze nad grobami naszych bliskich, wiemy, że trzeba by iść dalej, tam gdzie asfaltowa ścieżka przekracza zamkniętą na kłódkę bramę – tam gdzieś jest siedem zbiorowych mogił, w których w 1943 roku chowano ekshumowane szczątki. Przygotowane dla polskich pielgrzymów kwatery są anonimowe – tam w głębi lasu są groby, które trzeba odnaleźć i oznaczyć imionami znanymi z niemieckich spisów. Przejechaliśmy ponad tysiąc kilometrów, a jednak jeszcze jeden płot dzieli nas od grobów ukrytych wśród drzew katyńskiego lasu; ślady świec po tamtej stronie drugiej niedostępnej stronie są wymownym znakiem dla autorów tej dekoracji na pokaz.
Skupiła nas wokół krzyża modlitwa. Miejsce przemówiło silniej niż nasze wcześniejsze obawy o to, jak się zachować. Nie było patosu w wezwaniu: „Po wojskowemu – do modlitwy!”, nie było sztuczności w przeczytanym amatorskim wierszu. W modlitwie każdego z nas przemówiły uczucia, o istnieniu których nawet nie wiedzieliśmy – nie do przekazania, nie do wytłumaczenia ból, tak jakby wieść o tragedii katyńskiej dotarła do nas dopiero tutaj, jakby trzeba widoku jesiennych brzóz i wilgotnych od mgły sosen, aby zaznaczyć osierocone przed pięćdziesięciu laty matki i żony pomordowanych. Nad świecami i kwiatami, przywiezionymi także z Polski, nawet z krakowskiego Rynku – pochylają się córki i synowie dziś starsi od swych ojców wtedy, ale na tyle młodzi, że ich nie pamiętają lub pamiętają bardzo mgliście. Każdy po swojemu przeżywa te godziny tutaj, rozmawiamy półgłosem, usiłujemy porównać to, co oglądamy, z wyglądem lasu znanym ze zdjęć komisji niemieckiej. Zamknięci w klatce z zielonej siatki penetrujemy każdy szczegół – oto w głębi lasu pojawia się wolno jadące auto, zatrzymuje się na chwilę i wyraźnie obserwuje naszą grupę. Ten widok przypomina, że zaraz po naszym odjeździe znikną pozostawione pod krzyżem wizerunki Częstochowskiej, różańce, odznaki. („Sprawdziliśmy” – na Zaduszki pojechała do Katynia ponad 400-osobowa pielgrzymka rodzin, w telewizyjnej relacji wiele było zbliżeń krzyża, na którym wieszano nowe różańce, nowe plakietki – naszych, sprzed dziesięciu dni, nie było.)
*
Staram się dokładnie opisać katyński las, bo pomimo wielu relacji na ten temat, nadal mnożą się nieporozumienia. Wielu moich rozmówców zdumiewało opowiadanie o wysokim płocie, o wydzielonym skrawku ziemi, gdzie polski krzyż przesłonięty jest radzieckim pomnikiem. Nie jest to już wprawdzie maleńka płyta z napisem o „polskich niewolnikach”, lecz nowy pomnik, który w dwóch językach upamiętnia „Ofiary faszyzmu – oficerów polskich rozstrzelanych przez hitlerowców w 1941 roku”. Ale Polacy, raz dopuszczeni do Katynia, musieli zostawić tu swój ślad. Odwiedzający to miejsce przed nami naprawili już „błąd” i przerobili jedynkę na zero – rok 1941 na 1940. Dzięki polskim scyzorykom oglądany z bliska napis jest o kolejny krok bliższy prawdy.
Sprawa Katynia była dla wojennej Polski punktem zwrotnym, a dla wielkiej polityki próbą, z której mordercy wyszli zwycięsko, bo byli silniejsi od ofiar. Dzisiaj z Europy znikają powoli ostatnie relikty totalitaryzmu i wyzwolona pamięć o przeszłości dopomina się o należne jej miejsce. Ale wywabianie białych plam z historii jest zabiegiem delikatnym, bo przecież za słowami, które fałszowano i przemilczano tak długo, stoją konkretne losy konkretnych ludzi, ich śmierć i prawdziwy, nie literacki ból osieroconych najbliższych. Odkłamując Katyń, pamiętajmy i o tym wymiarze – symbolicznie ukrytym w okruchach ziemi, którymi dzielą się rodziny katyńskie, w zasuszonych liściach przywiezionych z lasu pod Smoleńskiem.
Pierwodruk: „Świat” [Kraków, czasopismo II obiegu], listopad 1989, przedruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2014, numer tematyczny 25 lat wolności