Izabella Sariusz-Skąpska, Po okruch ziemi, po liść… (Relacja z pielgrzymki 16 października 1989)

To miej­sce w pamię­ci nigdy nie było puste. „Od zawsze” wie­dzia­łam, że Dzia­dek zgi­nął w Katy­niu. Zna­łam histo­rię wrze­śnio­we­go aresz­to­wa­nia i mie­się­cy ocze­ki­wa­nia na pierw­szy i – jak się potem oka­za­ło – jedy­ny list z Koziel­ska. Domo­we archi­wum strze­gło tego arku­si­ku, gdzie lite­ry, pisa­ne dziś już spło­wia­łym atra­men­tem, ukła­da­ją się w sło­wa pogod­ne, uspo­ka­ja­ją­ce naj­bliż­szych. Na koń­cu wyka­li­gra­fo­wa­ny adres zwrot­ny, widocz­nie sta­ran­nie kopio­wa­ny ze wzo­ru zapi­sa­ne­go obcym alfa­be­tem. Obok listu, w tej samej tecz­ce – pocz­tów­ki, wysy­ła­ne co tydzień czy dwa z Kra­ko­wa i tutaj wra­ca­ją­ce z wie­lo­ma stem­pla­mi poczt obu oku­pan­tów i z adno­ta­cją „reto­ur incon­nu”. I roz­wią­za­nie – nie­miec­kie „gadzi­nów­ki” z utrzy­ma­ny­mi w sen­sa­cyj­nym tonie arty­ku­ła­mi o odkry­ciu w lesie pod Smo­leń­skiem. Pierw­sze zdję­cia, pierw­sze nazwi­ska ofiar. Egzem­plarz „Goń­ca Kra­kow­skie­go”, gdzie w kolej­nym odcin­ku listy jest tam­ten numer i suche dane – per­so­na­lia, ubra­nie, co zna­le­zio­no w kie­sze­niach płasz­cza…

Jest to jed­na z tysię­cy rela­cji o jeń­cach Koziel­ska, Sta­ro­biel­ska, Ostasz­ko­wa. Jed­na z setek rela­cji o ofi­ce­rach Katy­nia. Z podob­nych opo­wie­ści rodzi­ły się zawsze rodzin­ne i naro­do­we mity, ich boha­te­ro­wie zasty­ga­li w kon­wen­cjo­nal­nych pozach na por­tre­tach, dage­ro­ty­pach, foto­gra­fiach. Dla tych, któ­rzy odna­leź­li nazwi­ska swo­ich bli­skich na listach ofiar, Katyń nie znie­ru­cho­miał w legen­dę; był przez bli­sko pięć­dzie­siąt lat strze­żo­ną tajem­ni­cą i dziś jest żywy. Wysta­wa w kra­kow­skim Muzeum Foto­gra­fii opo­wia­da o kon­kret­nych ludziach, któ­rzy Zgi­nę­li w Katy­niu – i ten kon­kret­ny, jesz­cze dziś jak­by nama­cal­ny wymiar zbrod­ni z lasu pod Smo­leń­skiem zdu­mie­wa zwie­dza­ją­cych. Spo­glą­da­ją ze zdjęć męż­czyź­ni w mun­du­rach i odświęt­nych ubra­niach, nie­raz bar­dzo mło­dzi, a tyl­ko sztucz­nie posta­rze­ni przed­wo­jen­ną modą czy fry­zu­rą. Są foto­gra­fie wśród rodzin, w domu, na uli­cy.

Byłam w Katy­niu. Dwa dni podró­ży przez Bia­ło­ruś i samą Rosję, od Brze­ścia przez Mińsk po Smo­leńsk, były jak­by wyciecz­ką, ale każ­dy z nas na swój spo­sób prze­ży­wał to zbli­ża­nie się do celu wie­lo­let­nich sta­rań. Z dale­ka, z Pol­ska, Katyń to nazwa i trud­no wyobra­zić sobie ten las kry­ją­cy cmen­tarz. Tym­cza­sem w tym zbli­ża­niu się był jakiś nie­po­kój – kim są dla nas ludzie, na któ­rych gro­by jedzie­my, czy nie jest to pusty gest…

Sza­ry, paź­dzier­ni­ko­wy dzień i prze­ni­kli­we zim­no było dodat­ko­wą pożyw­ką dla obo­la­łej wyobraź­ni. Wier­ni opi­sy­wa­nej tyle­kroć dro­dze poje­cha­li­śmy do Gniez­do­wa, na ram­pę, któ­rej widok tak dobrze zna­ny z rela­cji jedy­ne­go oca­la­łe­go – Sta­ni­sła­wa Swia­nie­wi­cza. Nagłe poja­wie­nie się gru­py foto­gra­fu­ją­cych Pola­ków niko­go tu nie dzi­wi, na małej sta­cyj­ce przy­zwy­cza­jo­no się już widocz­nie do tych gości, któ­rzy stąd wysy­ła­ją pocz­tów­ki, pro­szą o przy­bi­cie pie­cząt­ki z wyraź­ną nazwą miej­sco­wo­ści Gniez­do­wo. Wspie­ra­ni rela­cją auto­ra W cie­niu Katy­nia szu­ka­my dro­gi po dru­giej stro­nie toru – tej, któ­rą odjeż­dża­ły w głąb lasu samo­cho­dy z zama­lo­wa­ny­mi szy­ba­mi. Dziś za tora­mi roz­cią­ga­ją się jakieś maga­zy­ny, idą­ca za nimi dro­ga koń­czy się śle­po bra­mą obiek­tu woj­sko­we­go.

Wra­ca­my więc na szo­sę Smoleńsk–Witebsk, aby minąw­szy Gniez­do­wo i trans­pa­ren­ty o pie­rie­stroj­ce, dotrzeć do nie­bie­skiej tabli­cy „Memo­riał pol­skim ofi­ce­ram pogib­szim w Katy­ni”. Stąd pój­dzie­my asfal­to­wą alej­ką. Dziw­na jest ta dro­ga – niby idzie­my przez las, a tym­cza­sem o kil­ka metrów od niej (szag w pra­wo, szag w lie­wo) towa­rzy­szy nam wyso­ki płot. Cały las jest prze­cież oto­czo­ny wyso­kim par­ka­nem, alej­ka dla nas dostęp­na to wyłom w tym ogro­dze­niu, ale i tak sta­ran­nie strze­żo­ny nową siat­ką. Mija­my mały, gra­ni­to­wy obe­lisk, gdzie upa­mięt­nio­no zamor­do­wa­nych przez Niem­ców radziec­kich jeń­ców wojen­nych (?). Dwie­ście metrów dalej sosny roz­stę­pu­ją się, ale wyso­ki płot nadal zamy­ka nas jak w klat­ce na małym pla­cy­ku, sztucz­nie wyrów­na­nym, z zamar­ko­wa­ny­mi czte­re­ma mogi­ła­mi; za nimi radziec­ki pomnik, a w tyle, tuż przy siat­ce, pol­ski krzyż. Wie­my już z rela­cji naszych poprzed­ni­ków, skon­fron­to­wa­nych z dostęp­ną doku­men­ta­cją, że nie jeste­śmy jesz­cze nad gro­ba­mi naszych bli­skich, wie­my, że trze­ba by iść dalej, tam gdzie asfal­to­wa ścież­ka prze­kra­cza zamknię­tą na kłód­kę bra­mę – tam gdzieś jest sie­dem zbio­ro­wych mogił, w któ­rych w 1943 roku cho­wa­no eks­hu­mo­wa­ne szcząt­ki. Przy­go­to­wa­ne dla pol­skich piel­grzy­mów kwa­te­ry są ano­ni­mo­we – tam w głę­bi lasu są gro­by, któ­re trze­ba odna­leźć i ozna­czyć imio­na­mi zna­ny­mi z nie­miec­kich spi­sów. Prze­je­cha­li­śmy ponad tysiąc kilo­me­trów, a jed­nak jesz­cze jeden płot dzie­li nas od gro­bów ukry­tych wśród drzew katyń­skie­go lasu; śla­dy świec po tam­tej stro­nie dru­giej nie­do­stęp­nej stro­nie są wymow­nym zna­kiem dla auto­rów tej deko­ra­cji na pokaz.

Sku­pi­ła nas wokół krzy­ża modli­twa. Miej­sce prze­mó­wi­ło sil­niej niż nasze wcze­śniej­sze oba­wy o to, jak się zacho­wać. Nie było pato­su w wezwa­niu: „Po woj­sko­we­mu – do modli­twy!”, nie było sztucz­no­ści w prze­czy­ta­nym ama­tor­skim wier­szu. W modli­twie każ­de­go z nas prze­mó­wi­ły uczu­cia, o ist­nie­niu któ­rych nawet nie wie­dzie­li­śmy – nie do prze­ka­za­nia, nie do wytłu­ma­cze­nia ból, tak jak­by wieść o tra­ge­dii katyń­skiej dotar­ła do nas dopie­ro tutaj, jak­by trze­ba wido­ku jesien­nych brzóz i wil­got­nych od mgły sosen, aby zazna­czyć osie­ro­co­ne przed pięć­dzie­się­ciu laty mat­ki i żony pomor­do­wa­nych. Nad świe­ca­mi i kwia­ta­mi, przy­wie­zio­ny­mi tak­że z Pol­ski, nawet z kra­kow­skie­go Ryn­ku – pochy­la­ją się cór­ki i syno­wie dziś star­si od swych ojców wte­dy, ale na tyle mło­dzi, że ich nie pamię­ta­ją lub pamię­ta­ją bar­dzo mgli­ście. Każ­dy po swo­je­mu prze­ży­wa te godzi­ny tutaj, roz­ma­wia­my pół­gło­sem, usi­łu­je­my porów­nać to, co oglą­da­my, z wyglą­dem lasu zna­nym ze zdjęć komi­sji nie­miec­kiej. Zamknię­ci w klat­ce z zie­lo­nej siat­ki pene­tru­je­my każ­dy szcze­gół – oto w głę­bi lasu poja­wia się wol­no jadą­ce auto, zatrzy­mu­je się na chwi­lę i wyraź­nie obser­wu­je naszą gru­pę. Ten widok przy­po­mi­na, że zaraz po naszym odjeź­dzie znik­ną pozo­sta­wio­ne pod krzy­żem wize­run­ki Czę­sto­chow­skiej, różań­ce, odzna­ki. („Spraw­dzi­li­śmy” – na Zadusz­ki poje­cha­ła do Katy­nia ponad 400-oso­bo­wa piel­grzym­ka rodzin, w tele­wi­zyj­nej rela­cji wie­le było zbli­żeń krzy­ża, na któ­rym wie­sza­no nowe różań­ce, nowe pla­kiet­ki – naszych, sprzed dzie­się­ciu dni, nie było.)

*

Sta­ram się dokład­nie opi­sać katyń­ski las, bo pomi­mo wie­lu rela­cji na ten temat, nadal mno­żą się nie­po­ro­zu­mie­nia. Wie­lu moich roz­mów­ców zdu­mie­wa­ło opo­wia­da­nie o wyso­kim pło­cie, o wydzie­lo­nym skraw­ku zie­mi, gdzie pol­ski krzyż prze­sło­nię­ty jest radziec­kim pomni­kiem. Nie jest to już wpraw­dzie maleń­ka pły­ta z napi­sem o „pol­skich nie­wol­ni­kach”, lecz nowy pomnik, któ­ry w dwóch języ­kach upa­mięt­nia „Ofia­ry faszy­zmu – ofi­ce­rów pol­skich roz­strze­la­nych przez hitle­row­ców w 1941 roku”. Ale Pola­cy, raz dopusz­cze­ni do Katy­nia, musie­li zosta­wić tu swój ślad. Odwie­dza­ją­cy to miej­sce przed nami napra­wi­li już „błąd” i prze­ro­bi­li jedyn­kę na zero – rok 1941 na 1940. Dzię­ki pol­skim scy­zo­ry­kom oglą­da­ny z bli­ska napis jest o kolej­ny krok bliż­szy praw­dy.

Spra­wa Katy­nia była dla wojen­nej Pol­ski punk­tem zwrot­nym, a dla wiel­kiej poli­ty­ki pró­bą, z któ­rej mor­der­cy wyszli zwy­cię­sko, bo byli sil­niej­si od ofiar. Dzi­siaj z Euro­py zni­ka­ją powo­li ostat­nie relik­ty tota­li­ta­ry­zmu i wyzwo­lo­na pamięć o prze­szło­ści dopo­mi­na się o należ­ne jej miej­sce. Ale wywa­bia­nie bia­łych plam z histo­rii jest zabie­giem deli­kat­nym, bo prze­cież za sło­wa­mi, któ­re fał­szo­wa­no i prze­mil­cza­no tak dłu­go, sto­ją kon­kret­ne losy kon­kret­nych ludzi, ich śmierć i praw­dzi­wy, nie lite­rac­ki ból osie­ro­co­nych naj­bliż­szych. Odkła­mu­jąc Katyń, pamię­taj­my i o tym wymia­rze – sym­bo­licz­nie ukry­tym w okru­chach zie­mi, któ­ry­mi dzie­lą się rodzi­ny katyń­skie, w zasu­szo­nych liściach przy­wie­zio­nych z lasu pod Smo­leń­skiem.

Pier­wo­druk: „Świat” [Kra­ków, cza­so­pi­smo II obie­gu], listo­pad 1989, prze­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2014, numer tema­tycz­ny 25 lat wol­no­ści