Jadwiga Fęglarska, 10 lat temu

Sło­wo Katyń wycho­dzi z pod­zie­mia

Jesie­nią 1988 roku nie­spo­dzie­wa­nie wypo­wie­dzia­no w radiu sło­wo KATYŃ. Krót­ki komu­ni­kat infor­mo­wał, że 2 wrze­śnia, w związ­ku z rocz­ni­cą wybu­chu woj­ny, na miej­scu, gdzie zgi­nę­li pol­scy ofi­ce­ro­wie, został zawie­szo­ny przez przed­sta­wi­cie­li kape­la­nów woj­sko­wych krzyż od pry­ma­sa Pol­ski.

Zelek­try­zo­wa­ło to wie­le śro­do­wisk. Jakież to waż­ne, aby tam stał ten znak męczeń­stwa. Poja­wi­ła się jed­no­cze­śnie nadzie­ja, że to miej­sce prze­siąk­nię­te pol­ską krwią będzie Pola­kom udo­stęp­nio­ne.

Pierw­sze Zadusz­ki w Lesie Katyń­skim

Bez żad­nych spe­cjal­nych ogło­szeń roze­szło się, że TPPR [Towa­rzy­stwo Przy­jaź­ni Pol­sko-Radziec­kiej] ma swo­je biu­ro podró­ży „Kalin­ka” i moż­na z nim poje­chać na Wszyst­kich Świę­tych pod Leni­no, wstę­pu­jąc po dro­dze do Katy­nia. Zro­bił się ścisk w „Kalin­ce”. Z Pozna­nia poje­cha­ła pani Jani­na Pań­cza­ko­wa. Po zna­le­zie­niu z nią kon­tak­tu moż­na było pierw­szy raz oglą­dać zdję­cia z katyń­skie­go lasu i pochy­lić czo­ło nad garst­ką przy­wie­zio­nej zie­mi.

W dniu Wszyst­kich Świę­tych pod Smo­leńsk doje­chał też ktoś inny: ksiądz Zdzi­sław Pesz­kow­ski. Jechał z dale­ka, ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W War­sza­wie dołą­czy­ły do nie­go dwie panie z Insty­tu­tu Pry­ma­sow­skie­go: Maria Gabi­nie­wicz i Anna Rasta­wic­ka. W wyda­wa­nym w Pozna­niu „Prze­wod­ni­ku Kato­lic­kim” mogli­śmy w kolej­nych pię­ciu nume­rach nie­okro­jo­nych przez cen­zu­rę, chło­nąć każ­de sło­wo księ­dza Pesz­kow­skie­go o jego pierw­szych kro­kach w Lesie Katyń­skim i ducho­wym spo­tka­niu ze swo­imi kole­ga­mi, współ­jeń­ca­mi z Koziel­ska. I wte­dy sta­ło się jasne, że ksiądz jest dla nas darem nie­ba, jest łącz­ni­kiem z naszy­mi Męża­mi, Ojca­mi i Brać­mi, jest nam prze­wod­ni­kiem na dro­dze do praw­dy o naszych Naj­bliż­szych.

Uzu­peł­nia­nie listy katyń­skiej

Na koń­cu 1988 roku i z począt­kiem 1989 wie­le cza­so­pism zaczę­ło wyko­rzy­sty­wać roz­luź­nie­nie cen­zu­ry nad Zbrod­nią Katyń­ską. Tygo­dnik „Zorza” pod­jął zbie­ra­nie danych od rodzin ofi­ce­rów i poli­cjan­tów, by póź­niej w połą­cze­niu z ini­cja­ty­wą Jędrze­ja Tuchol­skie­go przy­czy­nić się do znacz­ne­go posze­rze­nia Listy Moszyń­skie­go, wyda­nej w Lon­dy­nie.

Naj­więk­sze zna­cze­nie mia­ły jed­nak w tam­tym okre­sie pra­ce roz­po­czę­te w Woj­sko­wym Insty­tu­cie Histo­rycz­nym nad bio­gra­ficz­nym przed­sta­wie­niem ofiar zbrod­ni w zbio­rze Epi­ta­fia Katyń­skie dru­ko­wa­nym w „Woj­sko­wym Prze­glą­dzie Histo­rycz­nym”.

Tygo­dnik „Odro­dze­nie” i „Tygo­dnik Pol­ski” odważ­nie dru­ko­wa­ły kore­spon­den­cje o tych, o któ­rych nie wol­no było pisać. Muzeum Foto­gra­fii w Kra­ko­wie pro­si­ło o nad­sy­ła­nie mate­ria­łów do wysta­wy Oni zgi­nę­li w Katy­niu. Praw­da o Katy­niu prze­bi­ja­ła się do powszech­nej świa­do­mo­ści.

Rada Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa szu­ka kon­tak­tu z rodzi­na­mi katyń­ski­mi

W radio­wej roz­mo­wie z gen. Pasz­kow­skim, ówcze­snym prze­wod­ni­czą­cym Rady Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa, dość nie­spo­dzie­wa­nie dano do zro­zu­mie­nia, że Rada ma zamiar zebrać od rodzin opi­nie o spo­so­bie uczcze­nia zagi­nio­nych w cza­sie woj­ny pol­skich ofi­ce­rów na Wscho­dzie. To nie­sły­cha­ne! Przez wszyst­kie lata dzia­ła­nia Rady ist­nia­ły dla niej tyl­ko miej­sca, gdzie pol­scy żoł­nie­rze ginę­li z rąk nie­miec­kich! Natych­miast zare­ago­wa­łam pismem, któ­re był jed­nym wiel­kim woła­niem o praw­dę i dostęp do Lasu Katyń­skie­go.

Nie­dłu­go potem, w mar­cu 1989 roku, tele­fon od gen. Pasz­kow­skie­go ode­brał mi sen przy­naj­mniej na tydzień. 5 kwiet­nia 1989 roku, aku­rat w rocz­ni­cę roz­po­czę­cia roz­strze­li­wań w Lesie Katyń­skim, pole­ci do Smo­leń­ska woj­sko­wy samo­lot z dele­ga­cją rodzin, z księ­dzem, przed­sta­wi­cie­la­mi woj­ska, kil­ko­ma dzien­ni­ka­rza­mi – więc czy zechcę uczest­ni­czyć? Boże mój! Pew­no, że zechcę! Już skrzy­dła szy­ku­ję! Przede wszyst­kim dzie­li­łam się wia­do­mo­ścią o wyjeź­dzie do Katy­nia ze wszyst­ki­mi. Stąd bar­dzo szyb­ko zna­leź­li ze mną kon­takt poznań­scy redak­to­rzy: Marek Nowa­kow­ski z tele­wi­zji i Michał Nowa­kow­ski z radia. Nie umia­łam unik­nąć łez, gdy pierw­szy raz nastę­po­wa­ło gło­śne wypo­wie­dze­nie przed kame­rą imie­nia moje­go Ojca, i bólu, tęsk­no­ty, dumy, wszyst­kich nagro­ma­dzo­nych przez pół wie­ku zbio­ro­wych uczuć mojej rodzi­ny. Wia­do­mo­ści przez nich nada­ne przy­czy­ni­ły się do powie­rza­nia mi tajem­nic o zamor­do­wa­nych na Wscho­dzie przez wie­le rodzin.

 Lot życia

Raniut­ko, 5 kwiet­nia 1989 roku z lot­ni­ska Okę­cie odle­cie­li­śmy do Smo­leń­ska. Przy­pa­try­wa­li­śmy się sobie w samo­lo­cie, wszy­scy poważ­ni, mil­czą­cy, ze ści­śnię­ty­mi gar­dła­mi. Pan Sol­ski z Gdań­ska poży­czał do czy­ta­nia odbit­ki z pamięt­ni­ka katyń­skie­go swo­je­go stry­ja Ada­ma Sol­skie­go. Słyn­ny pamięt­nik i dzię­ki nie­mu słyn­ny major Sol­ski, któ­ry wyko­rzy­stał ostat­nie przed roz­strze­la­niem chwi­le swo­je­go życia, by zano­to­wać: „9 kwiet­nia 1940 przy­wie­zio­no nas do lasku, coś w rodza­ju let­ni­ska. Zabra­li zega­rek, na któ­rym była 6.30 (8.30), pyta­no mnie o obrącz­kę, zabra­li ruble, pas głów­ny, scy­zo­ryk”. Jesz­cze ktoś inny puścił w obieg wiersz, wów­czas błęd­nie przy­pi­sy­wa­ny Hema­ro­wi:

Tej nocy zgła­dzo­no wol­ność w Katyń­skim Lesie.
Zdra­dziec­kim strza­łem w czasz­kę pokwi­to­wa­no wrze­sień.

Wypra­wa była jed­no­dnio­wa. Odlot z War­sza­wy nastą­pił o siód­mej rano, przy­lot nie­co po pią­tej po połu­dniu. Był­by to mode­lo­wy spo­sób odwie­dza­nia gro­bów katyń­skich, gdy­by Smo­leńsk otwo­rzył swo­je lot­ni­sko woj­sko­we dla lotów pasa­żer­skich, co jed­nak dotych­czas oka­zu­je się nie­osią­gal­ne.

W Smo­leń­sku witał naszą dele­ga­cję amba­sa­dor pol­ski wraz z atta­ché woj­sko­wym. Wła­dze mia­sta zapro­si­ły wszyst­kich na śnia­da­nie w repre­zen­ta­cyj­nym hote­lu i pod­sta­wi­ły auto­ka­ry, któ­re przy zatrzy­ma­nym ruchu na całej tra­sie prze­wio­zły nas do Katy­nia, a ści­ślej – do miej­sca par­kin­go­we­go przy lesie.

 To tu ginę­li

Wej­ściu do lasu towa­rzy­szy­ło wra­że­nie, któ­re­go nie da się porów­nać z żad­nym innym. Gdy na koń­cu dróż­ki ogro­dzo­nej z oby­dwu stron otwo­rzy­ła się opa­da­ją­ca w dół pola­na, czas zatrzy­mał się. TO TU! W tym miej­scu było pie­kło i kaci. Stąd nasi czwór­ka­mi masze­ro­wa­li do nie­ba. Oto­czy­ło nas jakieś pole magne­tycz­ne, jakaś nie­zwy­kła prze­strzeń, któ­ra zatrzy­ma­ła wypro­mie­nio­wa­ną myśl moje­go Ojca o mnie. Jeśli myśl jest ener­gią, jakąś wiąz­ką elek­tro­nów, to było ich ponad czte­ry tysią­ce, dokład­nie 4342 wyemi­to­wa­nych z tego miej­sca do swo­ich naj­bliż­szych. I w ich polu wyrósł las i las wyrósł z Nich wszyst­kich, wykra­dzio­nych Pol­sce.

Na brze­gu pola­ny cze­ka­ła kom­pa­nia hono­ro­wa radziec­kich żoł­nie­rzy oraz orkie­stra woj­sko­wa, któ­ra ode­gra­ła hym­ny pań­stwo­we, pol­ski i radziec­ki. Przy Mazur­ku Dąbrow­skie­go wszy­scy mie­li­śmy łzy w oczach, myśle­li­śmy, że był gra­ny w tym miej­scu pierw­szy raz. Były ofi­cjal­ne prze­mó­wie­nia przed­sta­wi­cie­li pol­skich i radziec­kich, ale nie padły w nich sło­wa ocze­ki­wa­nej praw­dy. Akcen­ty ich zbie­ga­ły się w ape­lu, któ­ry mógł­by być wygło­szo­ny w tysiącu innych miejsc: „nigdy wię­cej woj­ny”. Bez­piecz­nie i uni­wer­sal­nie. Przy dźwię­kach mar­sza żałob­ne­go Cho­pi­na skła­da­li­śmy kwia­ty. Bia­ło-czer­wo­ny wie­niec od Rady Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa był arcy­dzie­łem sztu­ki kwia­ciar­skiej z kalii i antu­rium. Wie­niec od władz miej­skich Smo­leń­ska był ze sztucz­nych kwia­tów, opa­sa­nych wstę­gą z napi­sem: „Ofi­ce­rom pol­skim zamor­do­wa­nym w Katy­niu”. Tym samym wstę­ga ta była bar­dziej powścią­gli­wa niż mar­mu­ro­we tabli­ce, któ­re zasta­li­śmy w Lesie Katyń­skim: „Ofia­rom faszy­zmu – ofi­ce­rom pol­skim roz­strze­la­nym przez hitle­row­ców w 1941 r.”. Tabli­ce te naj­wy­raź­niej budzi­ły zaże­no­wa­nie naszych ofi­cje­li. Atta­ché woj­sko­wy w stop­niu gene­ra­ła zapew­niał, że „już bar­dzo nie­dłu­go, jak znik­ną”, i przy zbio­ro­wym zdję­ciu dbał, aby­śmy sobą zasła­nia­li kłam­li­we sło­wa na mar­mu­rze.

Bar­dzo pod­nio­sły nastrój wytwo­rzył sygnał Woj­ska Pol­skie­go, wyko­na­ny solo na trąb­ce sygna­ło­wej przez repre­zen­ta­cyj­ne­go trę­ba­cza. Na pew­no pierw­szy raz roz­legł się w tym miej­scu.

 Pobra­nie zie­mi z gro­bów

Przy przej­mu­ją­cych dźwię­kach wer­bli nastą­pi­ło pobra­nie zie­mi z mogił katyń­skich do urn prze­zna­czo­nych do Gro­bu Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza w War­sza­wie i do Pomni­ka Katyń­skie­go na Cmen­ta­rzu Powąz­kow­skim. Doko­na­li tego pol­scy ofi­ce­ro­wie, repre­zen­tu­ją­cy trzy rodza­je bro­ni: pie­cho­tę, mary­nar­kę i lot­nic­two. Galo­we mun­du­ry, wyśmie­ni­ta pre­zen­cja.

Akt pobra­nia zie­mi utrwa­lo­no wpi­sa­mi w księ­dze i wów­czas my, rodzi­ny też mie­li­śmy moż­ność pobra­nia dla sie­bie pro­chów naszych Ojców. Zapa­li­li­śmy rów­no­cze­śnie nie­zmie­rzo­ną ilość zni­czy. Przy­wie­zio­ne przez nas kwia­ty i te zni­cze, łącz­nie ze śnie­giem, któ­ry bia­ły­mi cza­pa­mi spo­czy­wał na sosnach tego nie­spo­dzie­wa­nie udo­stęp­nio­ne­go nam lasu, two­rzy­ły sce­ne­rię dla mszy świę­tej, któ­rą kanc­lerz Zdzi­sław Król odpra­wił pod Krzy­żem Pry­ma­sow­skim. Wła­śnie ta msza była naj­więk­szym darem, któ­ry został zło­żo­ny pol­skim ofi­ce­rom – ofia­rom męczeń­skiej śmier­ci w Katy­niu. Nie­zwy­kłe sło­wa pocie­chy dla rodzin klę­czą­cych na śnie­gu, po raz pierw­szy przy gro­bach swo­ich bli­skich, zna­lazł ks. Król w czy­ta­niu z Księ­gi Mądro­ści (3,1–9):

W oczach głup­ców ucho­dzą za umar­łych,
śmierć ich uzna­li za nie­szczę­ście,
odej­ście od nas za uni­ce­stwie­nie,
a oni prze­cież spo­czy­wa­ją w poko­ju.

W homi­lii mówił o praw­dzie, któ­rej nie da się zma­zać, choć­by naj­po­tęż­niej­sze insty­tu­cje powo­ła­no do sze­rze­nia kłamstw i fał­szu. W cza­sie mszy świę­tej poświę­cił urny ze sło­wa­mi: „Zie­mi katyń­skiej nie świę­cę, ona jest świę­ta od krwi męczeń­skiej, któ­rą zosta­ła nasiąk­nię­ta. Świę­cę te urny, w któ­rych spo­czę­ła i któ­re teraz powę­dru­ją do Pol­ski”.

Zakoń­czy­ła się ta leśna msza świę­ta odśpie­wa­niem Boże, coś Pol­skę i pod­nio­słość chwi­li trwa­ła jesz­cze w nas dłu­go, gdy oto zorien­to­wa­li­śmy się, że wśród komend i stu­ka­nia obca­sów odma­sze­ro­wu­je kom­pa­nia hono­ro­wa i orkie­stra wojsk radziec­kich. Byli na całej dłu­giej uro­czy­sto­ści!

Wró­ci­li­śmy do Smo­leń­ska, zapro­sze­ni przez amba­sa­do­ra Nator­fa [Wło­dzi­mierz Natorf, w latach 1986–1990 pol­ski amba­sa­dor w Moskwie], na obiad do tej samej nowo­cze­snej restau­ra­cji, któ­rą pozna­li­śmy przed połu­dniem. Było jesz­cze wstą­pie­nie pod pomnik, obra­zu­ją­cy woj­nę napo­le­oń­ską, i zło­że­nie kwia­tów w miej­scu zwa­nym „wiecz­ny pło­mień”, upa­mięt­nia­ją­cym pole­głych żoł­nie­rzy w ostat­niej woj­nie. Przy palą­cym się zni­czu sta­li kom­so­mol­cy z pepe­sza­mi, to zna­czy czwór­ka mniej wię­cej 15-let­nich dzie­ci z bro­nią.

Urny z zie­mią w War­sza­wie

Przy­lo­to­wi do War­sza­wy na lot­ni­sko woj­sko­we towa­rzy­szy­ło powi­ta­nie przy sztan­da­rach przez wete­ra­nów woj­sko­wych. Urny z zie­mią katyń­ską, na spe­cjal­nym odkry­tym samo­cho­dzie, przy hono­ro­wej war­cie tych ofi­ce­rów, któ­rzy zie­mię pobie­ra­li, przed nimi samo­cho­dy pilo­tu­ją­ce i moto­cy­kle, za nimi auto­ka­ry z całą dele­ga­cją przy­by­ły do kościo­ła gar­ni­zo­no­we­go przy ul. Dłu­giej. Chy­ba cała War­sza­wa zgro­ma­dzi­ła się tam, ludzie pła­ka­li i klę­ka­li przed tą zie­mią świę­tą, gdy urny nie­sio­no do kościo­ła.

Uro­czy­stą mszę świę­tą kon­ce­le­bro­wa­ło oko­ło 20 księ­ży kape­la­nów z całej Pol­ski. Gene­ral­ny dzie­kan kape­la­nów woj­sko­wych wygło­sił kaza­nie o męczeń­skiej śmier­ci, lecz nie o tych, któ­rzy ją zada­li. Urny z zie­mią katyń­ską pozo­sta­ły w koście­le gar­ni­zo­no­wym, umiesz­czo­ne w Kapli­cy Pamię­ci Żoł­nier­skiej.

18 kwiet­nia 1989 roku w War­sza­wie uczest­ni­czy­łam w dal­szym postę­po­wa­niu z urna­mi. O 11.00 przed połu­dniem, przed Gro­bem Nie­zna­ne­go Żoł­nie­rza, w obec­no­ści władz kościel­nych, woj­sko­wych, pań­stwo­wych i miej­skich oraz licz­nej gro­ma­dy rodzin Ofiar Katy­nia, przy kom­pa­nii hono­ro­wej, wer­blach, Mazur­ku Dąbrow­skie­go i sygna­le Woj­ska Pol­skie­go, zło­żo­no jed­ną z urn w gro­bie i bez­miar kwia­tów pokrył wszyst­kie miej­sca pod kolum­na­mi. Nie padło ani jed­no sło­wo.

Tegoż dnia o dru­giej po połu­dniu, na Cmen­ta­rzu Powąz­kow­skim, prze­mó­wił prze­wod­ni­czą­cy Rady Ochro­ny Pamię­ci Walk i Męczeń­stwa gen. Pasz­kow­ski („Mamy coraz wię­cej nadziei na praw­dę”), potem gen. Ski­biń­ski ze ZBOWiD‑u („Dla żoł­nie­rzy wrze­śnia tra­ge­dia katyń­ska jest szcze­gól­nie bole­sna”), potem usły­sze­li­śmy modli­twy ks. bisku­pa Kra­szew­skie­go i ks. płk. Kle­wia­do. Gdy dobie­gło koń­ca skła­da­nie kwia­tów, któ­re okry­ły wszyst­kie kamie­nie pomni­ka Katyń­skie­go, docze­ka­li­śmy się mów­ców z pod­ziem­nej opo­zy­cji, nie­skrę­po­wa­nych ofi­cjal­ny­mi insty­tu­cja­mi. Przed­sta­wi­cie­le pań­stwo­wych orga­ni­za­cji w pośpie­chu pró­bo­wa­li opu­ścić uro­czy­stość, z tru­dem prze­ci­ska­jąc się przez tłum, by nie usły­szeć, kto jest spraw­cą Katy­nia.

„My praw­dę zna­my, ale od władz żąda­my jej wyeg­ze­kwo­wa­nia od spraw­ców hanieb­ne­go mor­du i publicz­ne­go ogło­sze­nia. I niech nam nie mówią, że to jakaś jed­na orga­ni­za­cja była taka zła dla ludzi i swo­ich, i pol­skich. 17 wrze­śnia 1939 roku całe pań­stwo ościen­ne, ze wszyst­ki­mi swo­imi wła­dza­mi, mini­ster­stwa­mi, orga­ni­za­cja­mi i armią ogło­si­ło koniec pań­stwa pol­skie­go i pod­ję­ło się nisz­cze­nia wszyst­kie­go, co pol­skie. Zatem pań­stwo to musi wyznać swo­je zbrod­nie prze­ciw Pol­sce, prze­ciw poko­jo­wi i prze­ciw ludz­ko­ści. I zbrod­nię mor­du doko­na­ne­go na pol­skich ofi­ce­rach”.

Wiel­ki aplauz. Potem sło­wa inne­go mów­cy:

„Może będzie­my mogli mówić o prze­ba­cze­niu, jak nas zachę­ca­ją dusz­pa­ste­rze. Ale w chrze­ści­jań­skim krę­gu kul­tu­ry, któ­ry ukształ­to­wał myśle­nie nasze­go naro­du, pierw musi być wyzna­nie winy, potem żal za jej popeł­nie­nie, potem wresz­cie zadość­uczy­nie­nie. I dopie­ro wów­czas może przyjść kolej na prze­ba­cze­nie”.

Potem były zni­cze i roz­mo­wy ludzi, któ­rych łączy wiel­ki ból. Aż przy­szli robot­ni­cy cmen­tar­ni i na wmu­ro­wa­ną w pod­sta­wę Pomni­ka Katyń­skie­go urnę z pro­cha­mi pol­skich ofi­ce­rów nasu­nę­li gra­ni­to­wą pły­tę. Na pły­cie zoba­czy­li­śmy nowy napis, bo sta­ry, mówią­cy o hitle­row­skich opraw­cach, został nie­daw­no sku­ty: „Ofi­ce­rom Pol­skim Spo­czy­wa­ją­cym w Zie­mi Katyń­skiej”. To już nie kłam­stwo, ale jesz­cze tyl­ko pół praw­dy.

Poznań, 5 mar­ca 1999
Jadwi­ga Fęglar­ska, Rodzi­na Katyń­ska w Pozna­niu
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 1999, nr 4