W pielgrzymce na cmentarz wojenny uczestniczyłam tylko raz. Pamiętam, że pobyt tam przeżyłam bardzo emocjonalnie. Wracam do niego we wspomnieniach, ale bardzo trudno jest mi wspominać… bo ja mam wyłącznie obrazy Ojca przekazane przez moją Mamę. Mimo że utrwalone tylko w wyobraźni, są we mnie bardzo żywe.
Jako jedyna osoba z całej mojej rodziny przemierzyłam „szlak”, jaki przed rozstaniem z życiem przeszedł mój Ojciec. Tamtego dnia byłam najszczęśliwszą osobą. Szłam po jego śladach. Pamiętam, jak zawieźli nas na teren ogrodzony drutem kolczastym. Zakaz wstępu! Nie zostaliśmy wpuszczeni za ogrodzenie. Ksiądz kapelan Janusz Mękarski, syn katyńczyka, odprawił mszę świętą poza cmentarzem. Modliliśmy się żarliwie, głośno. Wygłosił bardzo przejmującą homilię, którą zapamiętałam. Zresztą zawsze słowo, które przekazywał podczas uroczystości katyńskich, było związane z bestialską zbrodnią, było mądre i głęboko zapadało w serce słuchaczy.
Mimo zakazu kilka zdeterminowanych osób – Franciszek Łuczko, Mirosław Krawczyk, małżeństwo, których nazwiska nie pamiętam, oraz ja – wdarło się do środka. Przeszliśmy przez płot w miejscu, gdzie przechodzili jeńcy przed rozstrzelaniem. Szybko ogarnialiśmy wzrokiem teren. Mieliśmy niedosyt. Zachęceni tym powodzeniem przekonaliśmy nieodzownym argumentem stróżującego, wręczając mu ruble – i nas wpuścił. Skierowaliśmy się do baraku. Weszliśmy do bardzo zrujnowanej sali, w której spali osadzeni na pryczach i na ścianach zobaczyliśmy wiele wyrytych nazwisk. Szukaliśmy z ogromną uwagą nazwiska bliskiej osoby. Niestety, nikogo z rodzin nie wypatrzyliśmy. Panująca wokół przygniatająca atmosfera pozwoliła wczuć się w sytuację jeńców, naszych bliskich, wyobrazić, jakie to było dla nich nieszczęście, upokorzenie przebywać w tym więzieniu.
To tam 5 maja 1990 roku mogłam Ojcu powiedzieć, jak bardzo mi go brak, jak bardzo tęskniłam za chwilami, by mnie objął, przytulił. Koleżanki opowiadały o swoich tatusiach, a ja zamykałam się w sobie, czując się gorsza – bez ojca. Co prawda Tato mnie po urodzeniu, odbierając ze szpitala, poznał, ale ja nigdy go nie widziałam ani nie słyszałam, nie wypowiedziałam magicznego słowa: „Tatusiu!”, ani nie powiedziałam: „Kocham Cię”.
Naszą rodzinę wywieziono na Syberię. Dzielna i kochająca Mama zastępowała nam dzieciom Ojca – starszej siostrze, starszemu bratu i najmłodszej mnie. Pielęgnowała pamięć o Ojcu: szlachetnym, dzielnym, kochającym i opiekuńczym. Ogromnym patriocie. I tylko takiego znam, taki mam obraz.
Jestem niezmiernie uczuciowa, przywoływane wspomnienia za każdym razem przeżywam, zraszając je łzami, czy to oglądając zdjęcia, czy udzielając wywiadu. Podczas tej pielgrzymki cały czas miałam załzawione oczy i wewnętrznie byłam roztrzęsiona. Ogromna boleść targała moim ciałem. Byłam bez sił. Serce kołatało niespokojnie w piersi, a jednocześnie radość je rozpierała: tu spotkałam Ojca.
Jeszcze raz przeżyłam taki ogromny smutek, o którym chcę tu – wspominając Ojca – powiedzieć. Otóż w roku 1989 w magazynie „Przekrój” ukazał się artykuł Andrzeja Rosińskiego z wyjazdu do Katynia, w którym napisał, że jest w posiadaniu manierki z umieszczonymi na niej nazwiskami osadzonych, a w kolejnym numerze magazynu w rubryce „Do i od redakcji” zamieścił zdjęcie tej manierki oraz podał listę odcyfrowanych nazwisk. Wśród wymienionych jest mój Ojciec, Antoni Odyniec. Porównałam podpis Ojca z posiadanymi przeze mnie dokumentami – zgadzał się. Zapragnęłam mieć manierkę. Niestety! Za żadne skarby nie chciał jej odstąpić. Ale w tym momencie znowu przeżyłam okrutną traumę, zgasła nadzieja na fizyczną po Ojcu pamiątkę. I to z ostatnich chwil życia!
Pielgrzymkę doskonale pamiętam. Przepiękna i wzruszająca. Bardzo często wracam do niej we wspomnieniach, ile razy na pamięci staje mój nieznany osobiście ojciec. Od tamtego dnia 5 maja (1990) jest jednym z uroczystych dni w moim kalendarzu rodzinnym.
Danuta Sul, Rodzina Katyńska w Szczecinie
Pierwodruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2025