Romuald Sikora, Żyła tylko nadzieja (1991, 1992)

Nie­sio­ny nadzie­ją i pra­gnie­niem szu­ka­łem swe­go Ojca – Sta­ni­sła­wa Siko­ry, funk­cjo­na­riu­sza Poli­cji Pol­skiej w przed­wo­jen­nej Pol­sce. Utra­ci­łem Go we wrze­śniu 1939 roku, kie­dy mia­łem 6 lat (dzi­siaj mam ponad 90). I choć pamięć powo­li się zacie­ra, nigdy o Nim nie zapo­mnia­łem. Jest obec­ny cią­gle w mej duszy, w moim ser­cu, w dzie­cin­nych wspo­mnie­niach. Dowie­dzia­łem się, że zgi­nął od strza­łu w tył gło­wy w Twe­rze (Kali­ni­nie), co mam udo­ku­men­to­wa­ne, i został pocho­wa­ny w Mied­no­je.

Mat­ka mówi­ła tak: „Wolę łudzić się, że gdzieś żyje, niż mają mi mówić, że został stra­co­ny”. Usza­no­wa­łem tę wolę Mamy, ale sam – w wie­ku pobo­ro­we­go – roz­po­czą­łem poszu­ki­wa­nia na wła­sną rękę. Co mnie zain­spi­ro­wa­ło? Wia­do­mość z księ­gi poszu­ku­ją­cych swo­ich bli­skich (znaj­do­wa­ła się w 1947 roku w Urzę­dzie Pocz­to­wym nr 5 w Szcze­ci­nie), w któ­rej zna­la­złem: „Siko­ra Sta­ni­sław znaj­du­ją­cy się w obo­zie jeniec­kim w Mona­chium poszu­ku­je swo­je­go bra­ta”. Co za wia­do­mość! Został napi­sa­ny list do Mona­chium, w adre­sie zwrot­nym powia­do­mio­no nas, że obo­zy jeniec­kie roz­wią­za­no w związ­ku z zakoń­cze­niem woj­ny, a jeń­cy wypusz­cze­ni na wol­ność uda­li się w sobie zna­nych kie­run­kach. Zain­spi­ro­wa­ny tą infor­ma­cją zwró­ci­łem się do Pol­skie­go Czer­wo­ne­go Krzy­ża o dal­sze poszu­ki­wa­nie poprzez Nie­miec­ki Czer­wo­ny Krzyż. Po kil­ku nega­tyw­nych odpo­wie­dziach otrzy­ma­łem wia­do­mość, któ­ra wzbu­dzi­ła nowe nadzie­je, a mia­no­wi­cie NCzK infor­mo­wał, że Siko­ra Sta­ni­sław, syn Szy­mo­na i Kata­rzy­ny, ur. 8 maja 1905 r. w Mły­no­wie, w grud­niu 1950 r. opu­ścił Niem­cy i stat­kiem „Gen. Bel­lau” wypły­nął do Sta­nów Zjed­no­czo­nych z por­tem prze­zna­cze­nia Peco­nic w Sta­nie Illi­no­is. Pro­si­łem PCK o dal­sze poszu­ki­wa­nie w USA w St. Illi­no­is, bo tam wyje­chał po I woj­nie świa­to­wej mój dziad po ojcu, Szy­mon Siko­ra z dwo­ma naj­star­szy­mi syna­mi Janem i Leonem, i osiadł w Chi­ca­go w St. Illi­no­is. Otrzy­ma­łem z PCK infor­ma­cję, iż Ame­ry­kań­ski Czer­wo­ny Krzyż skon­tak­to­wał się ze Sta­ni­sła­wem Siko­rą (ale już nie powtó­rzo­no jego danych per­so­nal­nych), któ­ry twier­dził, że nie zna mnie, Romu­al­da Siko­ry, i w Pol­sce ma tyl­ko cór­kę.

Po pew­nym cza­sie odszu­ka­łem bra­ta moje­go ojca Józe­fa, któ­ry zamiesz­kał w Zię­bi­cach pod Wro­cła­wiem. Opo­wie­dzia­łem o Mona­chium i wyjeź­dzie Sta­ni­sła­wa do USA. Zaprze­czył, mówiąc sta­now­czo: „Romek, Sta­ni­sław zgi­nął w Ostasz­ko­wie”. Popro­si­łem Pol­ski Czer­wo­ny Krzyż o adre­sy Leona i Jana w USA. Dosta­łem je po 2 tygo­dniach. Oka­za­ły się fał­szy­we, co spraw­dzi­ła poprzez filię w War­sza­wie Rada Polo­nii Ame­ry­kań­skiej. Poprzez róż­ne insty­tu­cje kra­jo­we i mię­dzy­na­ro­do­we sta­ra­łem się docie­kać, kim był ów Sta­ni­sław Siko­ra, z peł­ny­mi per­so­na­lia­mi moje­go ojca, któ­ry opu­ścił Niem­cy i udał się do USA. Bez skut­ku. Czy ją wyja­śnię?…

Kie­dy zaist­nia­ła moż­li­wość wyjaz­du, zor­ga­ni­zo­wa­ne­go przez nasze sto­wa­rzy­sze­nie, bez waha­nia się zgło­si­łem. Bar­dzo chcia­łem być tam, na ostat­nim miej­scu życia moje­go Ojca. Uczest­ni­czy­łem w dwóch piel­grzym­kach do Ostasz­ko­wa: 22–28 listo­pa­da 1991 i 30 kwietnia–5 maja 1992 roku. Miej­sce wyjąt­ko­we. Na jezio­rze Selin­ger znaj­do­wał się klasz­tor pra­wo­sław­ny (mona­styr). Aby osa­dzić tam pol­skich więź­niów, NKWD zamor­do­wa­ło 60 mni­chów! Szli­śmy wol­no, w sku­pie­niu. Nio­słem mniej­szy krzyż – bo przy­wieź­li­śmy dwa – łzy pły­nę­ły mi po policz­kach, a w gło­wie kłę­bi­ły się pyta­nia: kim był czło­wiek mają­cy dane per­so­nal­ne moje­go Ojca? Jak wszedł w ich posia­da­nie? Co wie­dział o Ojcu, co jesz­cze skry­wał? Wsze­dłem bar­dzo spię­ty do klasz­to­ru. W głę­bo­kim sku­pie­niu oglą­da­łem w piw­ni­cy celę stra­ceń, gdzie mor­do­wa­no więź­niów i zacho­wa­ły się meta­lo­we drzwi. Patrzy­łem na nie z odra­zą. One zamy­ka­ły się za każ­dym jeń­cem, któ­ry tra­fił do tej celi śmier­ci. Były ostat­nim eta­pem życia Ofia­ry Zbrod­ni Katyń­skiej. Każ­dy pobyt w Ostasz­ko­wie kosz­to­wał mnie mnó­stwo ner­wów. Wra­ca­łem roz­bi­ty, ale i szczę­śli­wy, że byłem tam, gdzie On też przed śmier­cią był.

Czę­sto, wła­ści­wie coraz czę­ściej wra­cam do tych piel­grzym­ko­wych wspo­mnień. Kie­dy powstał Pol­ski Cmen­tarz Wojen­ny, bar­dzo rado­wa­łem się, że pamięć o jeń­cach żyje. Szko­da, że zmie­ni­ły się cza­sy i Rosja­nie nisz­czą pomni­ki, któ­re wyty­ka­ją ich zbrod­nię.

Romu­ald Siko­ra, Rodzi­na Katyń­ska w Szcze­ci­nie

Pier­wo­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2025

Piel­grzym­ka do Mied­no­je (trans­pa­rent z nazwi­ska­mi pomor­do­wa­nych, któ­rych rodzi­ny osia­dły w Szcze­ci­nie)

Budyn­ki klasz­tor­ne

Gro­bla na wyspę, gdzie znaj­do­wał się klasz­tor

Czo­ło kolum­ny piel­grzym­ko­wej

Mały krzyż nie­sie Romu­ald Siko­ra

Drzwi do celi