Bronisław Mazurski, W czerwcu 1995 roku byłem w Miednoje…

5 czerw­ca 1995. Jadę do Mied­no­je. Już wiem, już jestem pra­wie pew­ny, że na wła­sne oczy zoba­czę miej­sce, gdzie leży nasz Tata, zamor­do­wa­ny w kwiet­niu 1940 roku przez opraw­ców z NKWD. Dziś otrzy­ma­łem list z Kato­wic ze Sto­wa­rzy­sze­nia „Rodzi­na Poli­cyj­na 1939”, zawia­da­mia­ją­cy mnie o wyjeź­dzie do Mied­no­je w dniu 11 czerw­ca 1995 roku. Do listu dołą­czo­no szcze­gó­ło­wy pro­gram uro­czy­sto­ści wmu­ro­wa­nia kamie­nia węgiel­ne­go i aktu erek­cyj­ne­go pod budo­wę Pol­skie­go Cmen­ta­rza Wojen­ne­go w Mied­no­je. Uro­czy­sto­ści odbę­dą się 11 czerw­ca 1995 roku w 55. rocz­ni­cę mor­du.

Speł­nią się moje marze­nia, aby poje­chać do Taty, z któ­rym roz­sta­li­śmy się w nocy z 11 na 12 wrze­śnia 1939 roku. Nie zoba­czę Go, ale będę bli­sko Nie­go. Zoba­czę na wła­sne oczy to miej­sce. Zoba­czę, gdzie to jest i jak tam jest. Do tej pory mogłem popa­trzeć tyl­ko na mapę, odszu­kać miej­sco­wość Ostasz­ków, Kali­nin (Twer), Mied­no­je, Jamok. Teraz już jestem pra­wie pew­ny, że będę tam. Będę mógł zoba­czyć to miej­sce.

6 czerw­ca 1995. Żyję wyjaz­dem do Mied­no­je. Komu to mogę zawdzię­czać? Roz­wa­żam, zasta­na­wiam się, roz­my­ślam. Jesz­cze nie wie­rzę, jesz­cze nie jestem pew­ny. Mam już w ręku list Sto­wa­rzy­sze­nia „Rodzi­na Poli­cyj­na 1939” z pro­gra­mem wyjaz­du i prze­bie­giem uro­czy­sto­ści. To musi dojść do skut­ku, to jest już pew­ne. Komu za to dzię­ko­wać? Po pierw­sze temu, kto dopro­wa­dził do zmia­ny ustro­ju w Pol­sce, co pozwo­li­ło na odtaj­nie­nie spra­wy Katy­nia. Była to na pew­no „Soli­dar­ność”. Naj­więk­sze dzię­ki nale­żą się księ­dzu pra­ła­to­wi Zdzi­sła­wo­wi Pesz­kow­skie­mu, kape­la­no­wi Rodzin Katyń­skich. To z Jego ini­cja­ty­wy rok 1995 został ogło­szo­ny Rokiem Katyń­skim. To On do koń­ca zaan­ga­żo­wa­ny jest w spra­wę budo­wy Pol­skich Cmen­ta­rzy Wojen­nych w Katy­niu, Char­ko­wie i Mied­no­je. Ksiądz Pesz­kow­ski był więź­niem obo­zu w Koziel­sku. Oca­lał chy­ba z woli Bożej, aby teraz dzia­łać na rzecz pamię­ci pomor­do­wa­nych pol­skich ofi­ce­rów i poli­cjan­tów przez NKWD w kwiet­niu i maju 1940 roku. Wiel­kie dzię­ki Mu za to.

Za kil­ka dni nastą­pi wyjazd do Mied­no­je. Czy­nię przy­go­to­wa­nia. Zamó­wi­łem tablicz­kę epi­ta­fij­ną z imie­niem i nazwi­skiem Taty. Kupi­łem kwia­ty bia­ło-czer­wo­ne. Chry­zan­te­my i goź­dzi­ki. Są to kwia­ty sztucz­ne, ale ład­ne. Robią wra­że­nie, że są żywe. Dużą świe­cę, na któ­rej umiesz­czo­ny jest bia­ły orzeł na czer­wo­nej tar­czy, kupi­łem dużo wcze­śniej, jesz­cze wte­dy, kie­dy mój wyjazd do Mied­no­je nie doszedł do skut­ku. Było to w 1991 roku. Przy­go­to­wu­ję sobie bia­ło-czer­wo­ną opa­skę na rękaw z napi­sem: „Rodzi­na Poli­cyj­na 1939 Kiel­ce”.

7 czerw­ca 1995. Jest już wyko­na­na tablicz­ka epi­ta­fij­na Taty. Przy­go­to­wu­ję bia­ło-czer­wo­ną szar­fę z napi­sem: „Mied­no­je 1940–1995 Rodzi­na Poli­cyj­na 1939 Kiel­ce”. Razem ze mną jedzie pani Ire­na Bąkow­ska i pan Wło­dzi­mierz Prze­ra­dow­ski. Trzy­oso­bo­wa nasza grup­ka będzie repre­zen­to­wać Kiel­ce na uro­czy­sto­ściach w Mied­no­je 11 czerw­ca 1995.

8 czerw­ca 1995. Czy­nię ostat­nie przy­go­to­wa­nia do wyjaz­du. Uczest­ni­czę w mszy świę­tej w moim koście­le para­fial­nym, przy­stę­pu­ję do komu­nii świę­tej. Po 55 latach będę bli­sko Taty. Muszę być god­nie przy­go­to­wa­ny na to spo­tka­nie. Spo­tka­nie mil­czą­ce, spo­tka­nie z Jego szcząt­ka­mi.

9 czerw­ca 1995. Już jestem spo­koj­ny i przy­go­to­wa­ny do wyjaz­du. Tele­fo­nicz­nie kon­tak­tu­ję się z kuzyn­ką Wisią, miesz­ka­ją­cą w War­sza­wie. Ojciec Wisi to rodzo­ny brat moje­go Taty. Był jeń­cem Koziel­ska, został zamor­do­wa­ny przez NKWD i leży w zbio­ro­wej mogi­le w Katy­niu.

10 czerw­ca 1995. Pogo­da zmie­ni­ła się nie­co. W nocy padał deszcz. Jest pochmur­no i ochło­dzi­ło się. Ale taka pogo­da na dro­gę jest lep­sza od pogo­dy upal­nej, jaką mie­li­śmy od kil­ku dni. Zde­cy­do­wa­łem się jechać do War­sza­wy wła­snym samo­cho­dem. Zabra­ła się ze mną pan Prze­ra­dow­ski. Na tra­sę wyru­szy­li­śmy o godzi­nie 11.00. Na dro­dze nie było duże­go ruchu, bo to wol­na sobo­ta. Do War­sza­wy dotar­li­śmy szczę­śli­wie oko­ło godzi­ny 14. Samo­chód zosta­wi­łem na par­kin­gu na Okę­ciu i auto­bu­sem miej­skim dotar­li­śmy na Dwo­rzec Cen­tral­ny, gdzie zarzą­dzo­no zbiór­kę Rodzin Katyń­skich i Rodzin Poli­cyj­nych 1939, bio­rą­cych udział w piel­grzym­ce do Mied­no­je.

Mia­łem jesz­cze tro­chę cza­su i odwie­dzi­łem Wisię. któ­ra miesz­ka przy uli­cy Chmiel­nej, nie­da­le­ko Dwor­ca Cen­tral­ne­go w War­sza­wie. Przy her­bat­ce wspo­mi­na­li­śmy cza­sy przed­wo­jen­ne, kie­dy byli­śmy jesz­cze dzieć­mi. Poże­gna­łem Wisię i uda­łem się na Dwo­rzec Cen­tral­ny, gdzie cze­ka­ły już na nas auto­ka­ry, któ­re zawio­zły nas do Legio­no­wa. Zosta­li­śmy zakwa­te­ro­wa­ni w Cen­trum Szko­le­nia Poli­cji. Tu dosta­li­śmy kola­cję. Po kola­cji omó­wio­no szcze­gó­ły pro­gra­mu nasze­go wyjaz­du i prze­bieg uro­czy­sto­ści w Mied­no­je.

Parę godzin snu, a potem pobud­ka. Następ­nie odjazd auto­ka­ra­mi na lot­ni­sko. Do Mied­no­je leci­my spe­cjal­nym, czar­te­ro­wym samo­lo­tem. Po krót­kiej odpra­wie pasz­por­to­wej (cel­nej nie było) wsia­da­my do samo­lo­tu i zgod­nie z pla­nem o godzi­nie 5.45, już 11 czerw­ca, star­tu­je­my.

11 czerw­ca 1995. Jede­na­sty czerw­ca 1995 roku zło­ty­mi zgło­ska­mi zapi­sze się w histo­rii moje­go życia. Po 55 latach, okrut­nych latach oku­pa­cji, kłam­stwa i mil­cze­nia, a tak­że upo­ko­rze­nia, będę w miej­scu, gdzie w zbio­ro­wej mogi­le spo­czy­wa mój Ojciec, wzię­ty do nie­wo­li sowiec­kiej po 17 wrze­śnia 1939 roku, wię­zio­ny w obo­zie w Ostasz­ko­wie i z roz­ka­zu Sta­li­na zamor­do­wa­ny w kwiet­niu 1940 roku w wię­zie­niu NKWD w Twe­rze. Ojciec był jed­nym z ponad 21 tysię­cy Pola­ków, ofi­ce­rów Woj­ska Pol­skie­go i poli­cjan­tów, któ­rych spo­tkał ten sam los już na począt­ku II woj­ny świa­to­wej. Nie dano Im wal­czyć na fron­cie. Zamor­do­wa­no Ich skry­cie.

W samo­lo­cie mam miej­sce ozna­czo­ne nume­rem 20c. Leci­my na wyso­ko­ści 11 tysię­cy metrów z pręd­ko­ścią 960 km na godzi­nę. Kie­ru­nek lotu: Bia­ły­stok – Moskwa – Twer. Lot trwa nie­ca­łe dwie godzi­ny. Lądu­je­my w Twe­rze na woj­sko­wym lot­ni­sku. Tu zor­ga­ni­zo­wa­no spe­cjal­nie dla nas poło­wą (w namio­tach) odpra­wę pasz­por­to­wą i cel­ną. Odpra­wa prze­bie­ga spraw­nie, bez zakłó­ceń. Wszy­scy uczest­ni­cy piel­grzym­ki poważ­ni, sku­pie­ni.

Na lot­ni­sku cze­ka­ją już na nas trzy auto­ka­ry, któ­re zawio­zą nas do Mied­no­je, do miej­sca, gdzie spo­czy­wa­ją szcząt­ki naszych naj­bliż­szych. Auto­ka­ry wio­zą nas dro­gą, któ­rą 55 lat temu trans­por­to­wa­no cia­ła naszych Ojców po okrop­nym mor­dzie strza­łem w tył gło­wy. Jeste­śmy sku­pie­ni, wyci­sze­ni. Sły­chać tyl­ko war­kot sil­ni­ka i gdzie­nie­gdzie szept modli­twy.

Mied­no­je poło­żo­ne jest od Twe­ru w odle­gło­ści 30 kilo­me­trów. Naszą kolum­nę pilo­tu­je samo­chód mili­cyj­ny. Skrę­ca­my z głów­nej dro­gi w lewo i oczom naszym uka­zu­je się tabli­ca infor­ma­cyj­na z nazwą miej­sco­wo­ści: MIEDNOJE. Nara­sta wzru­sze­nie. W auto­ka­rze wzmo­gła się cisza. Każ­dy z nas czu­je przy­spie­szo­ne bicie ser­ca. Jedzie­my dalej, dro­ga sta­je się coraz węż­sza, naj­pierw wśród pól, póź­niej wjeż­dża­my w las. Mija­my tabli­cę z nazwą miej­sco­wo­ści Jamok. Auto­kar jedzie wol­no, bo dro­ga jest bar­dzo wąska. Z jed­nej stro­ny las. Gałę­zie drzew ocie­ra­ją się o szy­by i dach auto­ka­ru. Dojeż­dża­my do skrzy­żo­wa­nia, gdzie sto­ją mili­cjan­ci rosyj­scy, są też nasi poli­cjan­ci. Kie­ru­ją nas w lewą stro­nę. Jesz­cze parę metrów i wyjeż­dża­my na skraj lasu. Auto­ka­ry zatrzy­mu­ją się. Wysia­da­my, roz­glą­da­jąc się uważ­nie. Od orga­ni­za­to­rów otrzy­mu­je­my papie­ro­we chu­s­tecz­ki nasą­czo­ne środ­kiem prze­ciw koma­rom. Nale­ży prze­trzeć nimi wszyst­kie nie­za­kry­te miej­sca cia­ła, bo teren ten nawie­dzi­ła okrop­na pla­ga koma­rów.

Oczom naszym uka­zu­je się ogro­dze­nie z siat­ki dru­cia­nej i słup­ków beto­no­wych. Jest to ogro­dze­nie wyko­na­ne już teraz, po ujaw­nie­niu tego miej­sca w 1991 roku. Sta­re ogro­dze­nie byłe­go ośrod­ka wypo­czyn­ko­we­go NKWD zosta­ło roze­bra­ne.

Idzie­my w kie­run­ku bra­my wej­ścio­wej, na któ­rej uka­zu­je się nam napis w języ­ku rosyj­skim: „Pol­sko­je kład­bisz­cze” i w języ­ku pol­skim: „Pol­ski Cmen­tarz”. Powo­li, kro­kiem dostoj­nym prze­kra­cza­my bra­mę i jeste­śmy na tere­nie, gdzie znaj­du­ją się doły śmier­ci naszych naj­bliż­szych – Ojców, Synów, Bra­ci. Nie było już z nami ani jed­nej wdo­wy po zamor­do­wa­nych. Prze­wa­ża­li syno­wie i cór­ki tych, któ­rzy tu leżą, oraz Ich wnu­ki.

Obo­wią­zu­je nas pro­gram okre­ślo­ny przez orga­ni­za­to­rów. Przy­je­cha­li­śmy tro­chę wcze­śniej i do roz­po­czę­cia ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ści mamy oko­ło godzi­ny wol­ne­go cza­su. Zapo­zna­je­my się z tere­nem, z poło­że­niem tego dro­gie­go dla nas miej­sca, z jego usy­tu­owa­niem. Teren nie jest sto­sun­ko­wo duży. Jak się póź­niej dowia­du­ję, nie ma całe­go hek­ta­ra. Prze­wa­ża las sosno­wy. Rosną na tym tere­nie drze­wa sta­re, któ­re musia­ły być świad­ka­mi tej strasz­li­wej zbrod­ni, ale prze­wa­ża­ją te, któ­re były sadzo­ne już na dołach śmier­ci. W wyni­ku prze­pro­wa­dzo­nych w 1991 roku i póź­niej­szych eks­hu­ma­cji oraz prac son­da­żo­wych usta­lo­no i ozna­czo­no bia­ło-czer­wo­ny­mi taśma­mi doły śmier­ci. Jest ich 26, w tym jeden nie ze zwło­ka­mi, lecz z rze­cza­mi oso­bi­sty­mi pomor­do­wa­nych (pasy, czap­ki, menaż­ki, kub­ki, szczo­tecz­ki do zębów itp.).

Dobrze, że jestem tutaj teraz, kie­dy teren ten nie jest jesz­cze upo­rząd­ko­wa­ny, cmen­tarz nie jest zbu­do­wa­ny. Mam wyobra­że­nie, jak to było 55 lat temu. Uświa­da­miam sobie, że po zamor­do­wa­niu Ich strza­łem w tył gło­wy w celi wię­zien­nej NKWD w Twe­rze samo­cho­da­mi przy­wie­zio­no Ich tutaj. A tu nie cho­wa­no Ich, nie grze­ba­no, lecz po pro­stu zako­py­wa­no. Wnio­sku­ję to z tego, że doły śmier­ci nie są kopa­ne w jakimś porząd­ku. Nie są jed­na­ko­wej wiel­ko­ści i for­ma­tu. Są to dosłow­nie jamy o kształ­tach nie­re­gu­lar­nych, małe, śred­nie i duże, ale za to głę­bo­kie, docho­dzą­ce do pię­ciu metrów. Kopa­nie tych dołów było na pew­no uza­leż­nio­ne od tego, jak kopar­ka mogła się poru­szać wśród rosną­cych wte­dy drzew.

Oni tu są. Są na pew­no, ale nie może­my się z Nimi spo­tkać. Leży tutaj zako­pa­ny w kwiet­niu 1940 roku w któ­rymś z tych dołów mój Tata. Gdzie jest to miej­sce, gdzie posta­wić tablicz­kę nagrob­ną, któ­rą przy­wio­złem z sobą, kwia­ty, świe­cę? Szu­kam miej­sca, cze­kam na jakieś natchnie­nie. Może tu, a może tam? Uświa­da­miam sobie, że to ja w tej chwi­li muszę usta­lić miej­sce na grób Ojca. Obser­wu­ję, co robią inni. Szu­ka­ją miej­sca, podob­nie jak ja. Są tacy, któ­rzy już klę­czą i modlą się na wybra­nym miej­scu. Już i ja wko­pa­łem w zie­mię swo­ją tabli­cę w miej­scu ogro­dzo­nym taśmą. Jest to dół śmier­ci. Zmie­niam jed­nak decy­zję. To miej­sce będzie roz­ko­pa­ne, bo prze­wi­dzia­ne są eks­hu­ma­cje. Tablicz­ka moja może być znisz­czo­na i wyrzu­co­na. Pod­cho­dzę pod krzyż posta­wio­ny tu po ujaw­nie­niu świa­tu tego miej­sca kaź­ni. Obok krzy­ża rosną bli­sko sie­bie dwie sosny. To będzie to miej­sce. Tak, tu obok krzy­ża i sosen ozna­czo­ny jest duży dół śmier­ci. To miej­sce, to obrze­że tego dołu. A może tra­fi­łem? Może wła­śnie w tym dole leżą szcząt­ki moje­go Taty?

Drżą­cy­mi ręka­mi wko­pu­ję w zie­mię przy­wie­zio­ną tablicz­kę epi­ta­fij­ną z napi­sem: „Św. pamię­ci st. post. PP Jan Mazur­ski, ur. 21 X 1898 r., zamor­do­wa­ny przez NKWD – Mied­no­je, 1940 r.” Obok skła­dam wią­zan­kę bia­ło-czer­wo­nych kwia­tów i zapa­lam świe­cę, na któ­rej umiesz­czo­ny jest orzeł w koro­nie – taki, jaki zdo­bił czap­ki poli­cjan­tów pol­skich w 1939 roku. Klę­cząc, modlę się w inten­cji swo­je­go Taty. Na myśl przy­cho­dzą mi w tej chwi­li ostat­nie dni spę­dzo­ne z Nim we wrze­śniu 1939 roku.

Po wybu­chu II woj­ny świa­to­wej, w nocy z 11 na 12 wrze­śnia Ojciec otrzy­mał roz­kaz opusz­cze­nia poste­run­ku i uda­nia się w rejon kon­cen­tra­cji pod Tar­no­pol. Tej nocy roz­sta­li­śmy się. Dopie­ro na począt­ku stycz­nia 1940 roku otrzy­ma­li­śmy od Ojca kart­kę pocz­to­wą z obo­zu w Ostasz­ko­wie. Do wio­sny 1943 roku mie­li­śmy jesz­cze iskrę nadziei, że Ojciec wró­ci. Ale kie­dy w kwiet­niu tego roku Niem­cy odkry­li Katyń, ta iskra zga­sła.

Nastał dłu­gi okres ocze­ki­wa­nia na ujaw­nie­nie oko­licz­no­ści mor­du jeń­ców Ostasz­ko­wa i miej­sca Ich spo­czyn­ku. Nastą­pi­ło to dopie­ro po 50 latach. A po 55 latach jestem tu, w lesie pod miej­sco­wo­ścią Mied­no­je. Jestem ogrom­nie wzru­szo­ny. Do oczu cisną się łzy. Nie mogę ich powstrzy­mać. Uświa­da­miam sobie, że Ojciec nie leży tu sam. Leżą też zako­pa­ni razem z Nim Jego współ­pra­cow­ni­cy – pod­wład­ni z poste­run­ku PP w Hre­ben­nem koło Rawy Ruskiej, poste­run­ko­wi: Lucjan Komo­row­ski, Jan Jury­sta i Kazi­mierz Kraw­czyń­ski. Oni też podzie­li­li los Ojca. Prze­szli obóz w Ostasz­ko­wie, miej­sce kaź­ni w Twe­rze i leżą tu, w lesie w Mied­no­je. Poste­run­ko­wy Kraw­czyń­ski na pew­no w tym samym dole śmier­ci, co i Ojciec, bo Jego nazwi­sko figu­ru­je na tej samej liście wywo­zo­wej z Ostasz­ko­wa do Twe­ru z datą 22 kwiet­nia 1940 roku, na któ­rej jest nazwi­sko Ojca. Odma­wiam modli­twę w Ich inten­cji.

Mam ze sobą apa­rat foto­gra­ficz­ny. Robię kil­ka zdjęć tego miej­sca. Będą to zdję­cia do pamią­tek rodzin­nych.

O godzi­nie 11.35 nastę­pu­je począ­tek uro­czy­sto­ści w Mied­no­je, na któ­rą skła­da się:

  • prze­marsz kon­duk­tu żałob­ne­go na miej­sce uro­czy­sto­ści,
  • hymn pań­stwo­wy na roz­po­czę­cie uro­czy­sto­ści,
  • modli­twy eku­me­nicz­ne,
  • uro­czy­sta msza świę­ta,
  • odczy­ta­nie aktu erek­cyj­ne­go.
  • wmu­ro­wa­nie aktu erek­cyj­ne­go i kamie­nia węgiel­ne­go pod budo­wę Pol­skie­go Cmen­ta­rza Wojen­ne­go,
  • prze­mó­wie­nia zapro­szo­nych gości.
  • Apel Pole­głych,
  • minu­ta ciszy dla uczcze­nia Ofiar Katy­nia,
  • sal­wa hono­ro­wa,
  • zło­że­nie wień­ców i kwia­tów na mogi­le pocho­wa­nych jeń­ców Ostasz­ko­wa, wydo­by­tych z dołów śmier­ci w cza­sie prze­pro­wa­dzo­nej w 1991 roku eks­hu­ma­cji,
  • zakoń­cze­nie ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ści i czas wol­ny, prze­zna­czo­ny na zwie­dza­nie tere­nu, na któ­rym ma być zbu­do­wa­ny Pol­ski Cmen­tarz Wojen­ny.

Jesz­cze raz mam oka­zję być przy miej­scu, któ­re wybra­łem na „grób” Ojca. Klę­cząc, modlę się w Jego inten­cji. Foto­gra­fu­ję to miej­sce.

Teren przy­szłe­go cmen­ta­rza zwie­dza­ją obec­ni na uro­czystościach przed­sta­wi­cie­le pol­skich i rosyj­skich władz. Inte­re­su­ją się wszyst­ki­mi szcze­gó­ła­mi tego bestial­skie­go mor­du. Prze­wod­ni­kiem jest pro­ku­ra­tor Śnież­ko, któ­ry roz­po­czął i pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie katyń­skiej z ramie­nia władz pol­skich. Dołą­czy­łem do tej gru­py i z zacie­ka­wie­niem słu­cham rela­cji pro­ku­ra­to­ra Śnież­ki. Są to wia­do­mo­ści z pierw­szej ręki, bo on brał udział w prze­pro­wa­dzo­nej tu eks­hu­ma­cji w 1991 roku.

Czas nie­ubła­ga­nie pły­nie. Nade­szła chwi­la odjaz­du. Orga­ni­za­to­rzy nawo­łu­ją do zaję­cia miejsc w auto­ka­rach. Ze łza­mi w oczach żegna­my się z naj­bliż­szy­mi. Przy­rze­ka­my, że będzie­my Ich odwie­dzać. Nie zapo­mni­my o Nich. Jeste­śmy już pew­ni, że w nie­da­le­kiej przy­szło­ści zosta­nie zbu­do­wa­ny tu Pol­ski Cmen­tarz Wojen­ny, miej­sce Ich wiecz­ne­go spo­czyn­ku.

Auto­ka­ry zawio­zły nas do Twe­ru i zatrzy­ma­ły się przed budyn­kiem byłe­go NKWD, w któ­rym mor­do­wa­no naszych Ojców. Pod murem budyn­ku skła­da­my kwia­ty i zapa­la­my zni­cze. Doma­ga­my się, aby nas wpusz­czo­no do środ­ka budyn­ku, do celi, w któ­rej odby­wa­ły się egze­ku­cje na naszych naj­bliż­szych. Dzi­siej­si admi­ni­stra­to­rzy tego budyn­ku nie chcą nas wpu­ścić, tłu­ma­cząc się prze­pro­wa­dza­ny­mi remon­ta­mi. Jed­nak na nasze usil­ne proś­by drzwi wej­ścio­we zosta­ły otwar­te. Wcho­dzi­my do wnę­trza. Potem poko­nu­je­my kil­ka­na­ście scho­dów w dół, do piw­nic, gdzie w 1940 roku znaj­do­wa­ły się cele wię­zien­ne i ta naj­waż­niej­sza dla nas, w któ­rej mor­do­wa­no naszych naj­bliż­szych strza­łem w tył gło­wy. Jeste­śmy w miej­scu, w któ­rym ponad sześć tysię­cy Pola­ków, w prze­wa­ża­ją­cej licz­bie funk­cjo­na­riu­szy Poli­cji Pań­stwo­wej, roz­sta­ło się z życiem wbrew swo­jej woli.

Prze­ra­ża panu­ją­cy w tej celi ogól­ny nie­po­rzą­dek. Na pod­ło­dze gruz z opa­da­ją­cych tyn­ków, zde­mon­to­wa­ne kalo­ry­fe­ry, poroz­rzu­ca­ne deski. Cela bez okien. Panu­ją­cą ciem­ność oświe­tla lam­pa fil­mu­ją­ce­go kame­rzy­sty. Z wiel­kim przy­gnę­bie­niem oglą­dam to miej­sce, doty­kam ścian – jedy­nych nie­mych świad­ków mor­du. Na pamiąt­kę, jako reli­kwie, bio­rę kil­ka kawa­łecz­ków tyn­ku i z ocza­mi peł­ny­mi łez opusz­czam to miej­sce – miej­sce kaź­ni.

Auto­ka­ry wio­zą nas na lot­ni­sko. Wsia­da­my do samo­lo­tu i póź­nym popo­łu­dniem lądu­je­my w War­sza­wie na Okę­ciu. Był to tyl­ko jeden dzień, ale jak boga­ty ze wzru­sze­nia i wspo­mnie­nia.

* * *

Dru­gi raz byłem w Mied­no­je w dniu 2 wrze­śnia 2000 roku na otwar­ciu i poświę­ce­niu Pol­skie­go Cmen­ta­rza Wojen­ne­go. Był to dla mnie fak­tycz­ny, ofi­cjal­ny pogrzeb nasze­go Ojca, a tak­że dobrze nam zna­nych Jego pod­wład­nych, poste­run­ko­wych z poste­runku Poli­cji Pań­stwo­wej w Hre­ben­nem i wszyst­kich poli­cjan­tów pomor­do­wa­nych w Twe­rze.

Zło­że­nie wią­za­nek kwia­tów z bia­ło-czer­wo­ny­mi cho­rą­giew­ka­mi oraz zapa­le­nie zni­cza przy tablicz­ce epi­ta­fij­nej Taty wią­za­ło się z wiel­kim żalem i bólem. Wydo­by­wa­ją­cy się z pod­zie­mi głos dzwo­nu, a tak­że dźwię­ki hym­nu naro­do­we­go, odbi­ja­ją­ce się echem w tym lesie gro­zy, ści­ska­ły krtań. Trud­no było powstrzy­mać się od łez, któ­re mimo woli napły­wa­ły do oczu. Pierw­szy i dru­gi pobyt w Mied­no­je pozo­sta­nie na zawsze w mej pamię­ci.

* * *

Był­bym nie­spra­wie­dli­wy, gdy­bym w tym moim wspo­mnie­niu o spo­tka­niu z Tatą w Mied­no­je nie poświę­cił paru słów naszej dro­giej i kocha­nej Mamie. Po 12 wrze­śnia 1939 roku zosta­ła z nami, czwor­giem małych dzie­ci. Naj­star­szy Tadzik miał 13 lat, a naj­młod­szy Henio zale­d­wie jeden roczek. W cza­sie trud­nych i kosz­mar­nych lat woj­ny i oku­pa­cji wycho­wy­wa­ła nas sama. Była dziel­na i zapo­bie­gli­wa. Potra­fi­ła zadbać o nasze wycho­wa­nie. God­nie i po boha­ter­sku zastą­pi­ła nam Ojca. Dzię­ku­je­my Ci za to, Mamo!

Ze łza­mi w oczach poże­gna­li­śmy Ją 16 lute­go 1993 roku, kie­dy ode­szła od nas na zawsze. Jej grób znaj­du­je się na Cmen­ta­rzu Cen­tral­nym w Szcze­ci­nie.

Ojciec: Jan Mazur­ski,
post. PP, komen­dant poste­run­ku PP w Hre­ben­nem koło Rawy Ruskiej, woj. lwow­skie.

Bro­ni­sław Mazur­ski, Rodzi­na Katyń­ska w Kiel­cach
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 2002, nr 11