Po raz pierwszy jadę zobaczyć grób mojego Ojca, po 55 latach. W sobotę 3 czerwca 1995 roku rano przyjeżdżam na Dworzec Gdański w Warszawie, skąd wyruszą dwa pociągi do Smoleńska. Po sprawdzeniu dokumentów, zostaję odprowadzona przez polskiego żołnierza do pociągu nr 1, który odjeżdża o godz. 11.45. Po południu odjedzie pociąg nr 2 z Rodziną Katyńską. Nasz pociąg ma 11 wagonów i oba pociągi mają wagony sypialne. W moim przedziale są trzy osoby prócz mnie – małżeństwo z Chicago i profesor, który stracił ojca w Katyniu. W następnych przedziałach jadą Rodziny Katyńskie z zagranicy oraz dziennikarze i Wojsko Polskie.
Kiedy w przeddzień wyjazdu zwiedzałam Muzeum Katyńskie w Warszawie, równocześnie zwiedzającymi byli żołnierze. Jedna z pań pracujących w Muzeum nachyliła się do mnie i powiedziała: „Oni jutro będą jechać z panią tym samym pociągiem”. I tak było. To oni roznosili nam paczki z gotowym prowiantem, a na papierowych torbach był napis: „Katyń, Charków, Miednoje, 3–5.06.1995 r.”. Również roznosili po przedziałach gorącą kawę lub herbatę. Zjawiła się także pielęgniarka, która nas poinformowała, że w wagonie 6 jest doktor. Ledwo pociąg ruszył, panie z Warszawskiej Rodziny Katyńskiej rozwieszały na oknach plakaty z wydrukowanym czarnym krzyżem z napisem czerwonymi literami: „Katyń przestrogą i sumieniem świata”, a dookoła orzełki polskich oficerów. Tak udekorowany był pociąg. Można było zaopatrzyć się w mapki „Las Katyński” oraz w monety wybite na tę okazję. Pieniądze zebrane były cegiełkami na budowę cmentarza.
Pociąg mknie. Mijamy stacje: Biała Podlaska, Łuków, Mrozy, Mińsk Mazowiecki i dojeżdżamy do stacji Terespol – granicy polsko-białoruskiej. Następuje dłuższy postój, ponieważ zmieniają podwozia. W takiej szarpaninie wagonami stoimy prawie dwie godziny. Najpierw polska kontrola – wojskowy oficer sprawdza paszporty, za chwilę białoruskie wojsko sprawdza i rozkazuje nam wyjść z przedziału, a więc czekamy w korytarzu, a jeden z nich podnosi siedzenie do góry (tam trzyma się pościel, a więc jest wystarczające miejsce na przechowanie człowieka). Oczywiście nie wolno wyjść z wagonu, nawet ubikacje są zamknięte. Przez ten czas patrzę przez okno: widzę rosyjskie kobiety idące w przeciwnym kierunku do pociągu z wózkami wypełnionymi kolorowymi torbami – to na handel. A koło naszego wagonu spaceruje kilka kobiet, każda z torbą na zakupy w jednej ręce, a w drugiej trzyma małą butelkę wody lub mleka, a nawet pęczek pietruszki czy koperku na sprzedaż. Gdy pociąg ruszył, wojsko przyniosło nam kolację. Taką samą paczkę otrzymaliśmy na lunch: bochenek pokrojonego chleba, masło, dżem, wędlinę, ser, herbatniki, jabłko lub pomarańczę i owocowy sok plus woda w butelkach. Na brak żywności nie możemy narzekać. Jesteśmy na Białorusi, mijamy stacje: Brześć nad Bugiem, Baranowicze – to polskie miejscowości do II wojny światowej. Pociąg mknie. Krajobraz równinny. Wzdłuż toru kolejowego szpaler drzew i krzewów. Słyszę wypowiedziane słowa przez jednego podróżnika, że specjalnie sadzi się drzewa wzdłuż torów, aby mieć zasłonięty widok na dalszy dystans. Rzeczywiście, to, co mijamy, to bardzo smutny pejzaż: ani pól uprawnych nie ma, ani lasów, tylko czasem z daleka pojawiają się biedne chaty. Znowu słyszę jednego z panów: „nawet cerkwi nie widać”.
Zachodu słońca nie oglądamy, ponieważ dzień pochmurny, zimny i wietrzny. Mijamy Mińsk, Orszę. Po raz ostatni nasi wojskowi roznoszą kawę, herbatę i namawiają nas do spania. Lecz trudno zasnąć, ponieważ każdy z nas ciekawy jest jutrzejszego dnia. Dopiero po północy w naszym przedziale zapanowała cisza. My, dwie kobiety, śpimy na dole, a mąż mojej sąsiadki na górnym poziomie. Może dwie, trzy godziny snu i o godzinie 5 rano budzą nas, roznoszą kawę, otrzymujemy te same torby – to śniadanie. Nie mogę jeść. Siedzę przy oknie i, jak to się mówi, patrzę w siną dal. Nagle przed moimi oczami pojawia się piękny wschód słońca: kawałek czerwonego słońca wyłania się nad horyzontem i w mgnieniu oka przeobraża się w ogromną czerwoną kulę.
Za godzinę będziemy w Smoleńsku, w Rosji, a więc prawie wszyscy jesteśmy przy oknach. Mężczyźni filmują już podczas jazdy. Znajomy wskazuje na pagórki pokryte lasem i mówi: „Tu zaczynają się Kozie Góry (…). Ten teren należał kiedyś do Polaka, Koźlińskiego. A teraz mijamy rzekę Dniepr. To już dzisiejszy cel naszego przeznaczenia – stacja Smoleńsk”. Rzeczy zostawiamy w wagonach. Prawie wszyscy jesteśmy ubrani na czarno. Ja przepasana jestem szarfą biało-czerwoną z napisem „Kanada”, a w ręce trzymam bukiet czerwonych maków. Jestem jedyną reprezentantką z Kanady. Wsiadamy do autobusów i jedziemy 16 km do Lasu Katyńskiego. Znowu znajomy pokazuje rozwalającą się drewnianą bramę i starą drogę, która prowadziła do stacji Gniezdowo. Nasza pielgrzymka będzie iść za chwilę nową drogą. Autobusy zatrzymują się. Dookoła pełno rosyjskiej milicji. Wchodzimy w milczący las po zwykłej drodze, co krok mijamy patrole milicji, stojące po obu stronach lasu. Mijamy pomnik rosyjski i za parę chwil jesteśmy na miejscu. Na wklęsłej polanie widnieje krzyż z drewna, który postawił prymas Polski Józef Glemp w 1988 roku, na nim umieszczony mały obraz Matki Boskiej Kozielskiej. Poniżej czarna tablica z napisem: „Polskim oficerom zamordowanym w Katyniu 1940”. Następnie znajdują się 4 obmurowane kwadraty – to symboliczne groby. Pochylam się nad jednym z nich i w rogu kładę maki i nie wiem dlaczego mówię na głos: „Jak na Monte Cassino” i stawiam obok zapaloną świecę. Coraz więcej pojawia się kwiatów i wkrótce zapłonęło tysiące zniczy oraz biało-czerwone chorągiewki z nazwiskami pomordowanych mężów, ojców i dziadków. Pierwszą osobą, z którą się witam, jest ksiądz Zdzisław Peszkowski. Całuje i ściska ojcowskim ramieniem. On jest duszą i sercem tej uroczystości. Pytam: „Ksiądz kiedy przyjechał?” Pada odpowiedź: „Od dwóch dni jestem tutaj”.
Ponieważ mało jest jeszcze ludzi, a drugi pociąg dopiero nadjeżdża, kieruję się ku miejscu, gdzie ziemia wydawała się przemieszana z jaśniejszym od niej piaskiem. W pociągu dowiedziałam się, że właśnie w tym miejscu znajduje się wspólna mogiła, a więc schylam się, nie patrząc na wojsko otaczające, i ręką nabieram ziemię do papierowej torby. Nadjechał drugi pociąg, ponieważ idą sztandarowi z różnych miast oraz Rodzina Katyńska. Instynktownie szukam spokojnego miejsca i z panami z Chicago siadamy na krzesłach koło drogi w cieniu drzew, ponieważ dzień zapowiada się gorący. Mamy dobry widok. Na tę uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod cmentarz w Katyniu przybyli przedstawiciele najwyższych władz Polski i ponad 700 Polaków z kraju i zagranicy. Uroczystość zaczęła się hymnem polskim oraz pieśnią O Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń. Po raz pierwszy w Katyniu rozległ się głos dzwonu, który papież Jan Paweł II podarował, a poświęcił tydzień temu, jak był w Skoczowie. Mszy koncelebrowanej przewodniczył prymas Józef Glemp w asyście dwóch biskupów: biskupa polowego Sławoja Leszka Głódzia oraz drugiego biskupa. W homilii prymas powiedział: „Wciąż to jest jeszcze cmentarzysko, nie cmentarz wojskowy. Obok większości katolików wspominamy prawosławnych, protestantów, Żydów i innych, którzy będąc obywatelami polskimi, znaleźli tu swoją męczeńską śmierć”. Ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski, ocalony jeniec obozu w Kozielsku, a dzisiaj kapelan Rodzin Katyńskich, odczytał ich orędzie do świata: „Pamięć o zbrodni łączymy z przebaczeniem”. Potem modlili się przedstawiciele kościołów: prawosławnego, luterańskiego i reformowanego. Głos zabrał przedstawiciel gmin żydowskich oraz przedstawiciel cerkwi rosyjskiej. Delegat prezydenta Jelcyna, Siergiej Fitałow, odczytał jego posłanie stwierdzające, że Polacy są ofiarami totalitaryzmu, tak jak 10 tysięcy obywateli ZSRR pochowanych w Katyniu obok Polaków. Był również wicepremier Jurij Jarow.
Prezydent Lech Wałęsa w swoim przemówieniu powiedział: „Polskim żołnierzom, wziętym do niewoli w wyniku zdradzieckiej napaści Sowietów w 1939 roku obiecywano, że nic złego im się nie stanie, że internowano ich tylko chwilowo. Kilka podpisów na lakonicznym dokumencie skazało na śmierć ponad 20 tysięcy niewinnych ludzi”.
Prezydent Lech Wałęsa podpisał akt erekcyjny pod polski cmentarz wojenny i następnie wraz z przedstawicielką Rodzin Katyńskich, panią Kremki-Saloni, wmurował go w przeznaczonym miejscu. Spoczął tam też kamień węgielny, poświęcony w zeszłym roku przez papieża w Wigilię Bożego Narodzenia.
Uroczystości zakończyły się apelem poległych. Złożono wieńce. Następnie honorowa salwa odbiła się echem w lesie katyńskim. Tak głośno rozbrzmiały te strzały, że pomyślałam: jak daleko w te dni roznosił się głos mordu, tak że cała ludność okoliczna dobrze słyszała i wiedziała, co tutaj się dzieje. A co myślał mój Ojciec, Zygmunt Puchalik? Naszych sześciu synów ma na drugie imię Zygmunt.
Piękny sosnowy las. Wysmukłe drzewa milczą, a gdzieniegdzie między nimi powiewają srebrne listki osiki i kołysze się parę młodych choinek. Słyszę słowa, ktoś mówi: „Taki piękny, bo wyrośnięty na polskiej krwi”. Ten las przypomina mi podobny las w Kanadzie, na Kaszubach, gdzie jest kaplica pod sosnami.
W samo południe promienie słońca przebijają się przez drzewa i oświetlają symboliczne groby pełne kwiatów i ogromnych wieńców. Młode harcerki roznoszą wodę. Widzę czasem przechodzących aleją innych ludzi, różniących się twarzami i ubogim ubiorem. To okoliczna ludność. Spostrzegłam kobietę w starszym wieku o zmęczonym życiem wyglądzie, która przechodząc, spogląda, co tam się dzieje. Również dwóch starszych mężczyzn, w tym jednego z typową twarzą alkoholika. Tych ludzi jest bardzo mało, może kilkanaście osób. W pewnym momencie podchodzi do mnie młoda kobieta z dwiema córeczkami i pyta po rosyjsku, czy może usiąść na krześle. Skinieniem głowy odpowiadam, że tak. Za chwilę pyta, czy mówię po angielsku. Odpowiadam, tak, i dodaję, że jestem z Kanady. Ona po angielsku zadaje dziwne pytanie: „Czy ty co roku tutaj przyjeżdżasz?” „Nie, dzisiaj jestem pierwszy raz – mój ojciec był tutaj zabity”. Od razu padają słowa: „To nie nasza wina”. Zaciekawiona pytam: „Czy ty tutaj mieszkasz?” „Nie, przyjechałam z Moskwy”. I od razu odeszła, żegnając mnie uśmiechem.
Ponieważ tak wiele osób przemawiało, uroczystość zakończyła się dopiero o godz. 3.30 po południu. Uczestnicy pielgrzymki udali się do autobusów na szosie, ustawionych w długą kolumnę. Dojeżdżamy do Smoleńska. Jest niedziela, ale miasto opustoszałe, robi wrażenie raczej przygnębiające. Jedynie restauracje tętnią życiem. Autobusy zatrzymywały się przy różnych restauracjach, gdzie grupami przyjmowano i podawano obiad. Trafiłam do dyskoteki, gdzie podano przeciętny obiad około godz. 5.
Autobusami odwieziono nas do pociągu. Głośna muzyka w pociągu – jazzowa w języku rosyjskim, bardzo kolidowała z naszym nastrojem, tak że jeden pan poprosił o jej wyłączenie. Co zrobiono. Czekała nas znowu osiemnastogodzinna podróż. Rano przybyliśmy do Warszawy, gdzie nastąpiło rozłączenie pielgrzymki. Tak zakończyło się dla mnie najgłębsze przeżycie i spełnienie mego pragnienia: pomodlenia się na grobie mego śp. Ojca.
Maria Kaszuba, Rodzina Katyńska w Koninie
Pierwodruk: „Związkowiec” 1995, nr 79 z 1 sierpnia, przedruk: „Rodowód” 1999, nr 3