Stanisława Wiatr-Partyka, Byłam tam…

Po powro­cie z Mied­no­je i Twe­ru nie opo­wia­da­łam niko­mu nic – ani bliż­szym, ani dal­szym zain­te­re­so­wa­nym, ani na zebra­niu katyń­skim, ani w audy­cji „Tobie, Pol­sko”, choć co tydzień mówi­łam tam o róż­nych spra­wach tar­now­skich orga­ni­za­cji nie­pod­le­gło­ścio­wych. Mil­cza­łam nie tyl­ko ja. Nie mówił nikt z nas, pię­cior­ga przed­sta­wi­cie­li Koła Rodzin Katyń­skich, bio­rą­cych udział w uro­czy­sto­ści poświę­ce­nia kamie­nia węgiel­ne­go na tere­nie przy­szłe­go cmen­ta­rza w Mied­no­je. A prze­cież jeste­śmy bar­dzo róż­ni – wyda­wa­ło się bar­dzo odpor­na Ela, zrówno­ważona Celi­na, powścią­gli­wa Wan­da, nade wszyst­ko opie­kuń­czy Ed­ward i ja, zde­ter­mi­no­wa­na, jak każ­dy z nas reali­zu­ją­ca wła­śnie naj­większe marze­nie, naj­więk­szą potrze­bę ser­ca – spo­tka­nie z Ojcem, a raczej z Jego cie­niem, z Jego obec­no­ścią w tam­tej zie­mi, w tam­tych drze­wach, pod tam­tym nie­bem. Tak więc reali­zo­wa­łam nasze audy­cje patrio­tycz­ne: a to o Sybi­ra­kach, a to o Akcji „Burza”, o piel­grzym­ce do Lwo­wa, o swo­im Nie­świe­żu nawet, a ten temat, jeden jedy­ny, odsu­wa­łam jak naj­da­lej. Może kie­dyś…

Myślę, że nad­szedł ten czas, kie­dy mogę już opo­wie­dzieć to, co tam prze­ży­łam, cho­ciaż, czy to w ogó­le da się opo­wie­dzieć? I nie dla­te­go, że minę­ło już parę lat od tam­te­go dnia, kie­dy wysie­dli­śmy z samo­lo­tu przed namio­ta­mi – pro­wi­zo­rycz­nym punk­tem cel­nym w polu pod Twe­rem. Pamię­tam wszyst­ko tak wyraź­nie, tak pla­stycz­nie, tak moc­no… Uprzej­mość służb cel­nych, zie­lon­ka­wą poświa­tę pod kopu­łą namio­tu, przej­rzy­stość powie­trza, bez­rad­ność Celi­ny i moje posta­no­wie­nie opie­ko­wa­nia się nią… A potem auto­ka­ry, dro­ga, mija­ne wsie, pola, domy. Domy drew­nia­ne z okien­ni­ca­mi, schlud­ne, obce. Pra­cu­ją­cy w polu chłop w rubasz­ce pokło­nił się nam do zie­mi i prze­że­gnał krzy­żem… Na krzy­żów­kach – mili­cja. Mili­cja salu­tu­je. Salu­tu­je nam. Ludzie mil­czą­co przy­sta­ją. Patrzą. My też patrzy­my, bo prze­cież to jest ten kra­jo­braz, te miej­sca, na któ­re patrzy­li Oni…

Potem jakoś pamię­tam mniej. Jak­by film się rwał, jak­by tyl­ko poszcze­gól­ne kadry zosta­ły przed ocza­mi. Ogro­dze­nie, bra­ma, napis… To tu! Prze­cho­dzi­my przez tę bra­mę. Sły­szę, Ela mówi: „Tat­ku, w sta­rych butach do Cie­bie przy­je­cha­łam, ale wygod­niej­sze… Wyba­czysz mi to, wiem”. Widzę Wan­dę, któ­ra idzie jak śle­pa od drze­wa do drze­wa, wycią­ga­jąc rękę, po omac­ku doty­ka­jąc drzew. Widzę Edwar­da, jak z pobla­dłą twa­rzą wpa­tru­je się w wierz­choł­ki drzew. Widzę Celi­nę, któ­ra sze­ro­ko otwo­rzyw­szy oczy, idzie jak uskrzy­dlo­na, lek­ko i pew­nie. Widzę panią, tę, któ­ra od samo­lo­tu nio­sła cięż­ką folio­wą tor­bę i nie wypusz­cza­ła jej z rąk, a teraz prze­stę­pu­je bia­ło-czer­wo­ne taśmy, któ­ry­mi są ogro­dzo­ne Doły Śmier­ci, i czer­piąc gar­ścią ze swo­jej tor­by roz­sy­pu­je pol­ską zie­mię na tę, prze­cież obcą, któ­ra Ich przy­kry­ła…

Msza. Sto­ję w poczcie sztan­da­ro­wym i w oczach mi się mie­ni, huczy w uszach. Zni­cze, sztan­da­ry, cho­rą­giew­ki, kwia­ty, przemó­wienia, sło­wa przej­mu­ją­ce, modli­twa, śpiew, apel. Sal­wa. Gar­dło się ści­ska, oczy pie­ką, ser­ce raz wali jak osza­la­łe, raz sta­je. Ciem­no w oczach. Edward szep­cze: „Wali­dol w kie­sze­ni”, potem jakieś krze­seł­ko skła­da­ne, ktoś w bie­li, woda. Zno­wu sto­ję, zno­wu wali­dol i cały czas koma­ry – ogrom­ne, bez­li­to­sne, przy­wo­łu­ją­ce rze­czy­wi­stość. Czu­ję dotyk cze­goś lek­kie­go na ple­cach, szyi, oglą­dam się i widzę rosyj­ską dziew­czyn­kę, jesz­cze inne dzie­ci, nauczy­ciel­ki. Sto­ją za nami z zie­lo­ny­mi gałąz­ka­mi i odga­nia­ją od nas koma­ry. A potem jed­na z nich powie: „Będzie­my tu pil­no­wać, dbać o te gro­by” i szep­cze ze łza­mi: „My nie wino­wa­ty…”

 *

Chcę jesz­cze opo­wie­dzieć o tym, co zda­rzy­ło się w Twe­rze. Całą tam­tą część piel­grzym­ki do Mied­no­je, tę jej część pro­wa­dzą­cą do miej­sca kaź­ni w Twe­rze, widzę zno­wu jak przez mgłę. Fron­ton pała­cu-insty­tu­tu, pomnik Kali­ni­na na skwe­rze, tabli­ca, kwia­ty, scho­dy… Myśl: „Tędy szli po raz ostat­ni”. Star­sza kobie­ta: „Tuda nie­lzia, tam zakry­to”, a potem widzę, wszy­scy jed­nak wcho­dzą, scho­dzą w dół i już sły­szę płacz, szloch, krzyk – pierw­si weszli do tych cel w piw­ni­cy, gdzie jesz­cze sły­chać echo strza­łów, gdzie jesz­cze w ścia­nach śla­dy kul, krew. Sły­szę, że pierw­si są już w piw­ni­cy i… zawra­cam. Ucie­kam z tego budyn­ku i idę jak ćma przed sie­bie w lewo, w pra­wo, kucam przed piw­nicz­nym okien­kiem, przez któ­re prze­cież wyrzu­ca­no cia­ła naszych Ojców, ucie­kam, w dło­niach trzy­mam zapa­lo­ne zni­cze – kto mi je zapa­lił? Gorą­ca ste­ary­na kapie na pal­ce, ktoś mi wyj­mu­je zni­cze z rąk: „Tu posta­wi­my, tu, pod tym okien­kiem”. I zda­je mi się, że widzę sto­ją­ce rzę­dem cię­ża­rów­ki, sły­szę war­kot sil­ni­ków, czu­ję spa­li­ny… Boże!

Kie­dy wsia­dłam do auto­ka­ru i zaję­łam jakieś wol­ne miej­sce, nie wie­dzia­łam, że to nie mój auto­kar, że to ten dru­gi. Nikt nie sie­dział obok, niko­go zna­jo­me­go nie było, ale dłu­go o tym nie wie­dzia­łam. Gło­wę roz­sa­dza­ła jed­na myśl: „Nie weszłam. Wszy­scy weszli, a ja nie weszłam. Ucie­kłam. Jak mogłam?!” Było mi lodo­wa­to zim­no, dzwo­niłam zęba­mi i w gło­wie jak gwóźdź, myśl: „Dla­cze­go nie weszłam?!” Wte­dy ktoś z tyłu auto­ka­ru pod­szedł do mnie. Ktoś usiadł obok, nie pod­nio­słam gło­wy, nie widzia­łam twa­rzy. Widzia­łam tyl­ko czar­ną skó­rza­ną spód­ni­cę, roz­trzę­sio­ne ręce, sple­cio­ne pal­ce. Usły­sza­łam: „Po co ja tam weszłam. Boże. Po co ja tam wcho­dzi­łam? Nie trze­ba było! Boże. Po co weszłam?” Po chwi­li pani, któ­rej twa­rzy nie widzia­łam, ode­szła z powro­tem na jakieś miej­sce w tyle… Zosta­łam roz­grze­szo­na z moje­go tchó­rzo­stwa. Czyż to nie sam Bóg mnie wziął w opie­kę?

Po chwi­li uspo­ko­je­nia, wyci­sze­nia, ulgi, pora­zi­ła mnie świa­do­mość kosmicz­nej samot­no­ści. To poczu­cie osa­mot­nie­nia, ode­rwa­nia, było tak prze­moż­ne, tak dotkli­we, że aż fizycz­nie bola­ło. Zno­wu zaty­ka­ło dech, zno­wu czar­na roz­pacz – byłam sama na całej zie­mi, wiru­ją­cy pyłek. Myśla­łam, że ser­ce mi pęk­nie. Wte­dy lek­ka dłoń dotknę­ła mego ramie­nia. Ktoś sie­dzą­cy za mną. Nie mogłam odwró­cić gło­wy, byłam zesztyw­nia­ła zupeł­nie, nie było mnie. Ktoś powie­dział: „W innych oko­licz­no­ściach na pew­no byśmy się zaprzy­jaź­ni­ły. Na pew­no. Jest pani bar­dzo podob­na do mojej sio­stry”. I poda­no mi kar­tecz­kę – mam ją do dziś – z adre­sem napi­sa­nym wła­sno­ręcz­nie przez panią Celi­nę Riedl… Byłam ura­to­wa­na. Nie byłam sama. Pani Celi­no! Czy Pani wie, ile wte­dy tam­ten gest dla mnie zna­czył? Dzię­ku­ję! Dziś już wiem, że w Gdań­sku mam Przy­ja­ciół­kę. Tar­nów – Gdańsk to jed­nak dale­ko, ale bar­dzo byłam dum­na z tego, że to moja Przy­ja­ciół­ka wygra­ła kon­kurs na wspo­mnie­nia o swo­im Ojcu.

Z tam­tej piel­grzym­ki został mi jeden wyrzut sumie­nia. Drę­czy mnie nie­do­trzy­ma­na obiet­ni­ca – mia­łam opie­ko­wać się Celin­ką, była taka bez­rad­na, prze­cież źle widzi. Upa­dła chy­ba dwa razy, a mnie nie było obok. Prze­pra­szam, Celin­ko, Sio­stro moja ze wspól­nej Rodzi­ny Katyń­skiej, ze wspól­nej piel­grzym­ki do wspól­ne­go gro­bu Ojców naszych. Wybacz mi, bo nigdy nie było mi tak cięż­ko, jak tam, choć prze­cież jestem sybi­racz­ką…

Rodzi­com

… a Ona wciąż mło­da
z srebr­ny­mi nit­ka­mi na skro­niach
a On wciąż chło­pię­cy
z ocza­mi jak list­ki zie­lo­ne
a ja z nas naj­star­sza
z cza­szą gory­czy w dło­niach
i speł­niam ją za Nich
za sie­bie, za sny nie­speł­nio­ne

… a Ona co noc
po ste­pie się błą­ka i woła
a On gdzieś pod drze­wem
i mil­czy, i cze­ka, i cze­ka
a ja nani­zu­ję wciąż
myśli, obra­zy i słow
i patrzę na Nich z samot­ni z moje­go dale­ka

… bo On został w lesie
a las to katyń­ski, bez pta­ków
i dzwo­ny nie biły
i było mil­cze­nie pół wie­ku
a ja wciąż szu­kam

 na zie­mi, na nie­bie zna­ków
a Ona po ste­pie się błą­ka
i cze­ka, i cze­ka

Noc­na bal­la­da z gita­rą w tle

 W krę­gu lam­py na sto­le – modli­tew­nik sta­ry
Głęb­sza zmarszcz­ka na czo­le, strzę­py wspo­mnień… mary…
O tej póź­nej godzi­nie mia­sto śpi
A ja kart­ki prze­kła­dam… i…
Trzy kwia­tusz­ki suche bio­rę w pal­ce z ostroż­na
Takie mar­twe i kru­che, że już bar­dziej nie moż­na
Losy trzy, trzy sym­bo­le – zja­wy cza­su prze­szłe­go…
Ser­ce boli. ..jak boli… I nie pytaj – dla­cze­go.

* * *

Oto pierw­szy, czer­wo­ny, zerwa­ny o świ­cie
Jako sym­bol miło­ści na całe życie
Zerwa­ny w ogro­dzie w nowo­gródz­kiej kra­inie
Jako sym­bol miło­ści, któ­ra nigdy nie minie…

Oto dru­gi, nie­bie­ski, dzi­siaj bla­dy i sza­ry
Ma kształt jed­nej łez­ki i jest smut­ny bez mia­ry
Zerwa­ny o zmierz­chu pośród łez
Był sym­bo­lem wier­no­ści aż po kres…

Oto trze­ci, bia­ły, ulot­ny jak chwi­la
Taki kru­chy i mały, jak skrzy­dło moty­la
Zerwa­ny na ste­pie ręką dziec­ka małe­go
I nie pytaj lepiej – skąd aż tam… dla­cze­go?…

Trzy kwia­tusz­ki kru­che bio­rę lek­ko do ręki
To nie koniec, posłu­chaj, to nie koniec udrę­ki:
Leżą sobie osob­no, któ­ra to już jesień,
Wypę­dzo­na z Nie­świe­ża, zastrze­lo­ny w lesie…
Już na zawsze osob­no!… Któ­ra to już jesień?…
Wypę­dzo­na z Nie­świe­ża, zastrze­lo­ny w lesie.

Ot i cała bal­la­da — może nawet za dłu­ga…
O chło­pa­ku z Tar­no­wa, o dziew­czy­nie zza Buga…
Noc też dłu­ga. Cyt… cicho… tyl­ko trud­no uwie­rzyć:
Ona leży w Tar­no­wie, on za Bugiem leży.
Noc dziś dłu­ga. Cyt. Cicho. Ale trud­no uwie­rzyć:
Ona leży w Tar­no­wie – on w Katy­niu leży!

Ot i cała bal­la­da, ot i cała pio­sen­ka
Na melo­dię nie­mod­ną, na gita­rę z udrę­ką
Już za oknem świt bla­dy, nikt nie słu­cha pio­sen­ki
To już koniec bal­la­dy, lecz nie koniec udrę­ki.
Jesz­cze kil­ka akor­dów – dośpie­wam do kre­ski
Scho­wam kwia­tek czer­wo­ny i kwia­tek nie­bie­ski
A swój bia­ły poło­żę pod ręką, na wierz­chu –
Może kie­dyś ktoś wes­tchnie o zmierz­chu…

Sta­ni­sła­wa Wiatr-Par­try­ka, Rodzi­na Katyń­ska w Tar­no­wie
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 2002, nr 6