Wyjeżdżamy rano z Łodzi, w Warszawie zabieramy osoby z Rodzin Katyńskich z różnych stron Polski. Granicę w Brześciu przekraczamy bez komplikacji, podobnie było przy przekraczaniu następnych granic. Wieczorem jesteśmy w Baranowiczach, nocujemy w Domu Polskim oraz u księży werbistów, gdzie przyjęto nas serdecznie i gościnnie. Dom Polski zbudowano kilka lat temu, kierują nim panie Elżbieta Dołga-Wrzosek i Teresa Stawropolcew. Wielkie pasjonatki i krzewicielki polskości na tych terenach. Prowadzą szkołę polską, klub, bibliotekę, harcerstwo i wszelką możliwą działalność przybliżającą tamtejszej Polonii polską historię, kulturę i zwyczaje.
Następnego dnia zwiedzamy Nieśwież – siedzibę jednego z największych rodów magnackich w Polsce – Radziwiłłów. Przed terenem zamku stoi ładny polski katolicki kościół pw. Św. Ducha. Zdobią go freski i plafony. W głównym ołtarzu zamieszczony jest piękny i oryginalny obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę. Chrystus, nie tak jak na wielu znanych obrazach, w tym przypadku siedzi w szczycie stołu, a Apostołowie po Jego bokach.
Zamek Radziwiłłów jest bardzo duży, trzyskrzydłowy, otoczony wodą i czterema kwartałami starego parku, w którym egzystują rzadkie okazy zwierząt, ptaków i roślin. Widać, że od lat niekonserwowany, obecnie użytkowany na sanatorium. Zaskoczeni jesteśmy zachowaniem w bardzo dobrym stanie pięknej starej żeliwnej bramy wejściowej, w której umieszczone są dwa polskie orły z koroną. Wnętrze zamku niedostępne dla zwiedzania.
Z Nieświeża jedziemy do Mińska. Zatrzymujemy się w centrum czteromilionowego miasta obok polskiego kościoła, tzw. czerwonego, zbudowanego w 1910 roku. W czasach socjalizmu przerobiono go na lokal gastronomiczny, ale sprzeciw społeczeństwa Mińska doprowadził do przywrócenia mu pierwotnego wyglądu i charakteru.
Po drodze mijamy odbudowaną przez polskiego konserwatora z Zamościa katedrę. W minionych latach cały jej fronton zabudowano blokami, a wieżę usunięto. Obecnie zasłaniający katedrę blok rozebrano, odsłonięto ją i jest nadzieja, że odzyska dawną świetność.
Dłużej zatrzymujemy się w Kuropatach. To miejsce ciągle okryte jest tajemnicą, wiadomo, że piękny las jest wielkim cmentarzyskiem, kryjącym tysiące szczątków ludzkich różnych narodowości, także Polaków. Natrafiamy na kilka krzyży, przy których palimy znicze, i kamień z tablicą informującą, że w tym miejscu zostanie przez władze białoruskie wzniesiony pomnik dla uczczenia pamięci pomordowanych.
Wieczorem jesteśmy w Orszy. Po kolacji odwiedzamy kościół pw. św. Józefa, którego proboszczem jest polski ksiądz Jarosław z zakonu Marianów. Jest on wraz z diakonem i dwiema siostrami pionierem krzewienia wiary katolickiej wśród tamtejszej Polonii, stanowiącej około 5% ludności. Otrzymali kościół zupełnie zdewastowany, w którym poprzednio mieścił się lokal rozrywkowy. Wewnątrz, w części użytkowanej na kościół, ściany czyste, białe, nowy ołtarz, ławki i klęczniki zrobione z drzewa. W głębi trwa nadal remont.
Uczestniczymy w pięknej mszy świętej, w czasie której otrzymaliśmy komunię w obrządku prawosławnym, tj. hostię maczaną w winie i podawaną ze słowami: „Ciało i Krew Chrystusa”.
Następnego dnia zwiedzamy Orszę, która ma 930 lat, w towarzystwie ks. Jarosława oraz starszych Polek, potomkiń polskich zesłańców. W kościele pw. Św. Ducha znajduje się obraz Matki Bożej ze Stoczka Warmińskiego (gdzie więziono ks. prymasa Wyszyńskiego). Obraz ten koronowany był przez papieża Jana Pawła II. Pokazano nam pole bitwy pod Orszą nad rzeką Kropiwną, gdzie Polacy i Białorusini pobili Moskali.
Po serdecznym pożegnaniu, szosą smoleńską dojeżdżamy do Katynia. Dla nas „katyńczyków” to słowo na zawsze pozostaje symbolem bólu, cierpienia i męczeństwa naszych najbliższych. Wchodząc na teren „Memoriału”, odczuwamy ten szczególny ucisk w sercu, mamy łzy w oczach, a w wyobraźni wizję ich strasznej i męczeńskiej śmierci.
Przy krzyżu prymasowskim i grobach generalskich składamy biało-czerwone kwiaty, palimy znicze. Mszę świętą odprawia ojciec Ptolomeusz – franciszkanin (prawdziwe imię ks. Jacek), który wygłasza wzruszającą homilię. Rozmodleni, zadumani, nie zwracamy uwagi na dokuczający upał i komary.
Po mszy obchodzimy ten tak bliski nam Las Katyński. Trudno nam zrozumieć, iż na jego terenie buduje się nowe wille, a ich użytkownikom spokojnie wypoczywającym nie przeszkadza to, że las ten jest jednym wielkim cmentarzyskiem.
Pod wieczór docieramy do Tweru (dawniej Kalinin), miasta czterystatysięcznego, pięknie położonego nad Wołgą i Twercą, w którym nocujemy trzy noce.
Następnego dnia odwiedzamy dawny budynek NKWD, w którym obecnie mieści się Instytut Medycyny. Przed wejściem do budynku, przy tablicach poświęconych pamięci zamordowanych, składamy kwiaty i palimy znicze. Wchodzimy do piwnic, tam gdzie rozegrała się tragedia, gdzie w niespotykany w cywilizowanym świecie, w bestialski sposób pozbawiono życia około 6,5 tysiąca jeńców, policjantów, żołnierzy KOP, pracowników służb wymiaru sprawiedliwości (sędziów, prokuratorów, albo adwokatów) i innych. Wszyscy wiemy, jak to się odbywało – taśmowo, po około 250 osób każdej nocy. Ustalenie tożsamości, zabór wartościowych rzeczy, krępowanie rąk z tyłu, zarzucanie na głowę munduru lub płaszcza i strzał. Podobnie jak w pozostałych miejscach kaźni.
Boże! Ta świadomość i wiedza tkwi w nas ciągle jak koszmar. Ciągle nie możemy pojąć, że mogli to zrobić ludzie, że byli do tego zdolni! W tym miejscu, w tej piwnicy nasz ból jest wyjątkowo przejmujący. To nic, że upłynęło tyle lat. Ból jest ciągle ogromny. I tak już zostanie.
Do tej najważniejszej części piwnicy, tj. do celi, w której dokonywano „operacji”, nie mogliśmy wejść. Została odgrodzona ścianką i od sufitu sztachetkami – urządzono tam jakieś laboratorium. Po wyjściu na zewnątrz budynku zatrzymujemy się jeszcze przed dawnym oknem (obecnie zabudowanym deskami), przez które wyrzucano do ciężarówek zwłoki pomordowanych i przed świtem wywożono do miednojskiego lasu. Głęboko wzruszeni, przeżywający każdy na swój sposób przywołaną wyobraźnią tragedię jedziemy do Miednoje – miejsca wiecznego spoczynku naszych bliskich.
Przed cmentarzem oczekuje nas i wita oraz wprowadza na teren cmentarza gospodarz i przedstawiciel miejscowych władz w Miednoje. I tu, jak w Katyniu, miejscem pogrzebania zamordowanych jest las, na terenie którego były i nadal są tereny wypoczynkowe funkcjonariuszy służb dawnej NKWD. W Miednoje (w porównaniu do Katynia) widok cmentarza jest żałosny. Po wejściu, na wprost bramy widać z daleka Krzyż Prymasowski, a przed nim dwie mogiły – kopce. Obie zaniedbane, porośnięte trawą, ale ze śladami pamięci i bytności tu bliskich, z leżącymi na nich zwiędłymi i zniszczonymi przez czas kwiatami i wypalonymi zniczami, tabliczkami z nazwiskami i chorągiewkami. Teren cmentarza podmokły i bagnisty, trudno przejść suchą nogą zwłaszcza w miejscach, gdzie są wyznaczone doły śmierci, o nieregularnych kształtach.
Po zakończonych w 1995 roku pracach ekshumacyjnych doły oznakowane zostały kolkami i foliową taśmą. Gdyby nie te oznakowania, trudno byłoby je znaleźć, tym bardziej, że zapadły się i zrównały z pozostałym terenem. Tam, na miejscu, tak dobitnie i wyraźnie widać, że trzeba nam walczyć ze wszystkich sil i wszelkimi możliwymi sposobami o jak najrychlejsze uporządkowanie tego miejsca i urządzenie trwałego i godnego ich pamięci cmentarza wojennego. Oni wprost krzyczą i żądają tego od nas. To musi być zrobione i to nasz święty wobec Nich obowiązek
Chodzimy po tym lesie z wielkim pietyzmem, bo każda piędź tej ziemi przesiąknięta jest Ich krwią i Nimi całymi. Dla nas to miejsce jest święte. Normalny człowiek nie może zrozumieć tej zbrodni, nie może się z tym pogodzić, chociaż po chrześcijańsku powinien przebaczyć.
Na mogiłach składamy kwiaty, palimy znicze i modlimy się.
Mszę świętą odprawił ksiądz Richard (z pochodzenia Czech, obywatel amerykański, przez wiele lat pracujący w Australii), proboszcz kościoła katolickiego w Twerze.
I ta msza była piękna ale oryginalnie odprawiona. Ksiądz odprawiał w języku angielskim, pielgrzymi odpowiadali po polsku, a Ewangelię i homilię tłumaczyła pani Zosia Dąbrowska w Warszawy.
W Twerze buduje się piękny duży kościół katolicki i ładną plebanię; aktualnie msze święte odbywają się w kaplicy.
Zachwycił nas posiadany przez księdza niedawno namalowany i nigdzie nie wystawiany obraz przedstawiający Chrystusa według widzenia siostry Faustyny. Postać przypomina ten powszechnie znany wizerunek, ale twarz Pana Jezusa jest znacznie bardziej wyrazista, autentyczna i żywa, a oczy wyrażają głęboką miłość i dobroć.
Złożono też wizytę w ładnym niedużym odbudowującym się meczecie. Imam przyjął nas serdecznie i opowiedział o historii tej świątyni, która także w minionych czasach służyła rozrywce.
W kolejnym piątym dniu pielgrzymki zwiedzano obóz w Ostaszkowie. Do obozu jedzie z nami, z córką Sonią, Pani Helena Żurawlewa, dziennikarka w Twerze i od dawna działaczka Memoriału. Od wielu lat jest zaprzyjaźniona z Łódzką Rodziną Katyńską i innymi Rodzinami w kraju, wiele zdziałała dla sprawy katyńskiej i ujawnienia mordu w Twerze.
Mijamy miejscowość Kuwszynowa, w której oczekiwali w wagonach jeńcy z obozu w Ostaszkowie z pierwszego transportu, których zabrano zbyt wielu i nie zdążono jednego dnia rozstrzelać.
Zwiedzamy stary cmentarz, na którym znajduje się wspólna mogiła 42 jeńców Ostaszkowa, znanych z nazwisk, a zmarłych przed likwidacją obozu i tam pochowanych. Mogiła jest widoczna, ma trwałe cementowe obramowanie, ale jest zaniedbana. Umieszczone kiedyś na prowizorycznej tabliczce nazwiska niestety zupełnie się zatarły. W planach budowy cmentarzy koniecznie powinno się uwzględnić także tę mogiłę, bowiem spoczywający w niej dzielili ten sam los, co pozostali. Po złożeniu na tej mogile kwiatów i zapaleniu zniczy pieszo udajemy się w kierunku jeziora Seliger i wyspy Stołbnyj. Wyspę z lądem stałym łączy grobla usypana przez jeńców Ostaszkowa. Groblą dochodzimy do wyspy, na której znajduje się z daleka widoczny, bardzo malowniczo położony zespół cerkiewno-klasztorny o nazwie Niłowa Pustelnia (od imienia założyciela św. Niła). Przy bramie wejściowej, na umieszczonych tablicach pamiątkowych (w języku polskim i rosyjskim) kładziemy kwiaty i zapalamy znicze. Wzruszyliśmy się tym, że przy tablicach przed naszym przybyciem były położone świeże kwiaty.
Zwiedzamy zespół klasztoru obejmujący trzy dziedzińce połączone pięknymi ozdobnymi bramami – pierwszy z dużą cerkwią, na zewnątrz dobrze zachowaną, w której w części urządzono już niedużą kaplicę oraz znajdującymi się na nim trzema długimi jedno i dwupiętrowymi bardzo zniszczonymi budynkami typu koszarowego, drugi z usytuowanymi również budynkami koszarowymi oraz trzeci ze znajdującymi się w nim zabudowaniami gospodarczymi. Dzięki uprzejmości mnichów wchodzimy do odrestaurowanej części cerkwi oraz na wysoką wieżę – dzwonnicę, z której roztacza się piękny widok na jezioro z rozsianymi na nim wyspami. Po wyjściu z terenu klasztoru składamy kwiaty i palimy znicze pod pięknym starym dębem, który był niemym świadkiem pobytu naszych bliskich w tym miejscu.
Pod wieczór wracamy do Tweru, a następnego dnia jedziemy do Smoleńska i dalej do Orszy. W Smoleńsku, zgodnie z umową czeka na nas ojciec Ptolomeusz, który zapoznaje nas z bogatą historią i oprowadza po mieście. Zwiedzamy górującą nad miastem cerkiew z cudownym obrazem Matki Boskiej Uspienskiej (Zasypiającej) i ogromnym wspaniałym ikonostanem. Następnie ojciec Ptolomeusz oprowadza nas po swojej „placówce”, za kościołem katolickim (w dalszym ciągu nieprzekazanym władzom duchownym) w usytuowanej na placu kościelnym kaplicy z umieszczonym w niej wizerunkiem Matki Boskiej Katyńskiej, pomieszczeniami urządzonymi w budynkach gospodarczych oraz swoim mieszkaniu znajdującym się w grobowcu.
Ojciec Ptolomeusz zyskał sobie naszą ogólną i szczerą sympatię i podobnie jak wcześniej wspomniany ksiądz Jarosław z Orszy, zasługują na wielkie uznanie, pracując w bardzo ciężkich warunkach, a w sprawach religijnych będąc autentycznymi pionierami.
W siódmym dniu pielgrzymki jedziemy do Wilna przez Borysów i Oszminę. Borysów znany z bitwy napoleńskiej leży nad Berezyną, posiada piękną nietypową czerwoną cerkiew z białą ornamentacją i szafirowymi kopułami. W pobliżu jest rezerwat przyrody z rzadkimi okazami roślinności i ptactwa, zaliczany do zabytków w skali światowej.
Oszmiana, dawne polskie miasto, ma prężną Polonię, w której odwiedzamy Klub Polski i spotykamy się z Prezesem Związku Polaków panem Jerzym Januszko. Oglądamy polski kościół pw. św. Michała Archanioła, częściowo odbudowany z zamienionego w minionym czasie na obiekt gospodarczy.
W Wilnie nocujemy przez dwie noce i stołujemy się w Sanatorium Akademickim. Pani Helenka Norejko, przesympatyczna przewodniczka, goni niemiłosiernie, dzięki czemu oglądamy wszystko, co tylko możliwe.
Pokłoniliśmy się sercu Marszałka Piłsudskiego i jego legionistom, odwiedziliśmy wszystkich sławnych Polaków spoczywających na Rossie. Cmentarz dzięki nauczycielom szkół polskich (jednym z nich jest nasza przewodniczka) jest dobrze i czysto utrzymany.
W Ostrej Bramie uczestniczymy w mszy świętej, zwiedzamy też inne piękne wileńskie kościoły. Odnowioną katedrę wileńską z kaplicami św. Kazimierza i królewską, kościół Piotra i Pawła, kościółek św. Anny, remontowany kościół Bernardynów i pomnik Mickiewicza.
Zwiedzamy także Uniwersytet Stefana Batorego i leżący na jego terenie kościół św. Jana oraz Górę Trzech Krzyży, stanowiącą dla Wilnian symbol wolności, i oglądamy z niej panoramę miasta.
Następnego dnia wyjeżdżamy z Wilna, kierując się ku granicy w Ogrodnikach. Wracamy do kraju pełni wrażeń i radości z tego, że mogliśmy odbyć pielgrzymkę i odwiedzić miejsca cierpienia, śmierci i pogrzebania tych, których kochamy, a których tak okropnie zgładzono.
Pielgrzymka została zorganizowana przez Stowarzyszenie Rodzina Katyńska w Łodzi i Biuro Turystyki Zagranicznej „WILIA” w Łodzi, przy współpracy Federacji Rodzin Katyńskich. Pielgrzymkę prowadzili i z wielką serdecznością opiekowali się jej uczestnikami – pani Kasia Lange z ramienia Stowarzyszenia i pan Wojtek Leszek z BTZ „Wilia”.
Łódź, czerwiec 1997
Jadwiga Siemaszkiewicz, Rodzina Katyńska w Łodzi
Pierwodruk: „Rodowód” 1997, nr 9