Janina Grefka, Relacja z odbytej wycieczki do Katynia, Miednoje i Ostaszkowa

Po powro­cie z Sybe­rii w 1946 roku powie­dzia­łam, że nigdy, za żad­ną cenę nie poja­dę do Związ­ku Radziec­kie­go. Byłam wów­czas nasy­co­na wido­ka­mi pięk­nych kra­jo­bra­zów oraz byłam napeł­nio­na gro­zą prze­ży­tych tam 6 lat.

Chęć pozna­nia miejsc kaź­ni naszych ojców była sil­niej­sza od tego, co kie­dyś powie­dzia­łam. Prze­zwy­cię­ży­łam oso­bi­sty strach i zde­cy­do­wa­łam przy naj­bliż­szej oka­zji poje­chać do Ostasz­ko­wa i Mied­no­je. Uwa­ża­łam to za swój obo­wią­zek wobec Ojca. W naszej Gdyń­skiej Rodzi­nie Katyń­skiej dowie­dzia­łam się, że wła­śnie taką wyciecz­kę orga­ni­zu­je Biu­ro Tury­sty­ki Zagra­nicz­nej „Wilia” z sie­dzi­bą w Łodzi. Natych­miast skon­tak­to­wa­łam się tele­fo­nicz­nie z orga­ni­za­tor­ką tej wyciecz­ki, panią Lan­ge w Łodzi. Opła­ci­łam należ­ną kwo­tę, cze­ka­jąc na wyjazd. Ze Słup­ska wyje­cha­łam dnia 6 czerw­ca 1997 do War­sza­wy. Na Pla­cu Ban­ko­wym cze­ka­li­śmy na auto­kar z Łodzi. Tak roz­po­czę­ła się moja wyciecz­ka – i cie­ka­wa, i speł­nia­ją­ca mój plan.

Pierw­szy przy­sta­nek odbył się (…) o godz. 12.45. O godz. 13.30 ruszy­li­śmy w dal­szą dro­gę do Tere­spo­la. Na gra­ni­cy pol­sko-bia­ło­ru­skiej, po spraw­dze­niu pasz­por­tów, musie­li­śmy wypeł­nić ankie­ty i oddać stro­nie bia­ło­ru­skiej. O godz. 16.40 cza­su bia­ło­ru­skie­go poje­cha­li­śmy dalej. Prze­jeż­dża­li­śmy przez rze­kę Bug, przez Brześć, Kanał Kró­lew­ski. O godz. 20.00 dotar­li­śmy do Bara­no­wicz. Część osób noco­wa­ła u księ­ży Wer­bi­stów, część w Domu Pol­skim. Pola­cy miesz­ka­ją­cy tutaj żyją w wiel­kim ubó­stwie. Uczest­ni­cy naszej wyciecz­ki zosta­wi­li dla pol­skich rodzin odzież, środ­ki czy­sto­ści, sło­dy­cze dla dzie­ci.

Następ­ne­go dnia, tj. 8 czerw­ca (…) o godz. 9.30 wyje­cha­li­śmy z Bara­no­wicz w dal­szą tra­sę. Następ­ny przy­sta­nek był w ślicz­nej, malow­ni­czej miej­sco­wo­ści: w Nie­świe­żu. Zwie­dzi­li­śmy tu ład­ny kościół pw. Św. Ducha. W pod­zie­miach tego kościo­ła spo­czy­wa ponad 100 człon­ków rodu Radzi­wił­łów. Jezio­ro Nie­śwież prze­gro­dzo­ne jest gro­blą, sta­no­wią­cą ale­ję do zam­ku Radzi­wił­łów. Obec­nie zamek wyko­rzy­sta­no na sana­to­rium. Następ­nie jecha­li­śmy przez daw­ną gra­ni­cę Stołp­ce nad Nie­mnem. O godz. 14.00 dotar­li­śmy do bia­ło­ru­skiej metro­po­lii, do Miń­ska, gdzie zwie­dzi­li­śmy kościół kato­lic­ki pw. św. Hele­ny i Szy­mo­na. Kościół mie­ści się przy głów­nym pla­cu mia­sta, gdzie jest par­la­ment i rząd Bia­ło­ru­si. W dal­szej dro­dze zatrzy­ma­li­śmy się obok miej­sco­wo­ści „Zie­lo­ny Ugór”, przy napi­sie dro­go­wym „Kuro­pa­ty”. Idąc kawa­łek leśną dróż­ką, stoi krzyż, a na nim napis: „Pola­kom pomor­do­wa­nym w 1937–1941 r.”. Dowie­dzie­li­śmy się, że do dnia dzi­siej­sze­go nie było eks­hu­ma­cji zwłok pomor­do­wa­nych tam Pola­ków.

Dal­sza jaz­da przez Bia­ło­ruś była mono­ton­na. Wszę­dzie wko­ło widać same ugo­ry. O godz. 19.00 doje­cha­li­śmy do Orszy. Zatrzy­ma­li­śmy się w hote­lu „Orsza”, gdzie zosta­wi­li­śmy baga­że i pod­je­cha­li­śmy do kościo­ła pw. św. Józe­fa. To jedy­ny pol­ski kościół, jaki oca­lał, w dodat­ku w opła­ka­nym sta­nie. Po spo­tka­niu z księ­dzem tego kościo­ła, po wysłu­cha­niu mszy św. odpra­wio­nej w inten­cji pomor­do­wa­nych Pola­ków w Katy­niu i Mied­no­je, zosta­wi­li­śmy dary dla para­fian tego kościo­ła.

Następ­ne­go dnia, 9 czerw­ca (…) po śnia­da­niu ruszy­li­śmy w kie­run­ku Katy­nia. Po dro­dze mija­li­śmy kil­ka małych miej­sco­wo­ści (…). W Katy­niu szli­śmy kawa­łek pie­szo leśną dro­gą. Z pra­wej stro­ny dróż­ki uka­za­ły się pły­ty z napi­sa­mi w języ­ku rosyj­skim i pol­skim: „Tu leżą ofi­ce­ro­wie pol­scy pomor­do­wa­ni w 1940 r.”. Uprząt­nę­li­śmy pły­tę nagrob­ną z ciem­ne­go mar­mu­ru, zapa­li­li­śmy zni­cze, były kwia­ty żywe i sztucz­ne. Następ­nie msza św. z kaza­niem, odpra­wio­na przez zakon­ni­ka ojca maria­ni­na. Kaza­nie było tak wzru­sza­ją­ce, że wszy­scy pła­ka­li­śmy. Po pierw­szym zetknię­ciu z cmen­ta­rzem w Katy­niu uda­li­śmy się do Twe­ru (daw­ny Kali­nin).

Zatrzy­ma­li­śmy się przez trzy doby w mote­lu o nazwie „Twer”, skąd dojeż­dża­li­śmy do poszcze­gól­nych miej­sco­wo­ści. W pierw­szym dniu, tj. 10 czerw­ca (…) poszli­śmy pod budy­nek daw­ne­go NKWD. W piw­ni­cach tego budyn­ku nasi Ojco­wie odda­li ostat­nie tchnie­nie. Piw­ni­ce nie są udo­stęp­nia­ne zwie­dza­ją­cym, miesz­czą się w nich obec­nie róż­ne maga­zy­ny i warsz­ta­ty. Na podwór­ku tego budyn­ku, rosyj­ska dzien­ni­kar­ka, pani Hele­na Żura­wio­wa, opo­wia­da­ła nam prze­bieg mor­du naszych Ojców. Trud­no i cięż­ko było nam pojąć to, co tam usły­sze­li­śmy. Jed­no­cze­śnie cie­ka­wość nasza nie mia­ła gra­nic. Chcie­li­śmy wszyst­ko wie­dzieć o mor­der­stwie naszych Ojców. Jak mamy prze­ba­czyć ban­dy­tom ten okrut­ny fakt doty­czą­cy naszych naj­bliż­szych i naj­droż­szych. W moim skrom­nym umy­śle nie mie­ści się taka zbrod­nia. Widocz­nie jeste­śmy zbyt szla­chet­ni i nie potra­fi­my zro­zu­mieć poli­tycz­ne­go bar­ba­rzyń­stwa. Pobyt w budyn­ku, w któ­rym odby­wa­ły się nie­ludz­kie sce­ny na naszych Ojcach, pogrą­żył nas wszyst­kich w ogrom­nym bólu. Wszy­scy pła­ka­li­śmy.

W tym samym dniu poje­cha­li­śmy na cmen­tarz w Mied­no­je. Pierw­szy raz sta­wia­łam kro­ki w tym lesie i widzia­łam na wła­sne oczy miej­sca ozna­czo­nych dołów, z któ­rych wydo­by­wa­no w 1991 roku, pod­czas eks­hu­ma­cji szcząt­ki naszych Ojców. Teraz reszt­ki zwłok spo­czy­wa­ją w dwóch usy­pa­nych kop­cach. Na tych wła­śnie kop­cach zapa­li­li­śmy zni­cze, świe­ce katyń­skie, zło­ży­li­śmy kwia­ty kupio­ne w Twe­rze oraz bia­ło-czer­wo­ne cho­rą­giew­ki przy­wie­zio­ne z domu. Msze św. z kaza­niem odpra­wiał ksiądz pocho­dze­nia cze­skie­go, któ­ry przy­je­chał aż z Austra­lii i budu­je nowy, duży kościół w Twe­rze. Kaza­nia słu­cha­li­śmy w języ­ku angiel­skim, któ­re było tłu­ma­czo­ne na język pol­ski przez panią z Łódz­kiej Rodzi­ny Katyń­skiej.

Cho­dzi­li­śmy po tym lesie w Mied­no­je jak zbłą­ka­ne owce, szu­ka­jąc, gdzie jesz­cze są miej­sca wska­zu­ją­ce na doły, z któ­rych wydo­by­wa­no cia­ła naszych Ojców. W spe­cjal­nym nume­rze gaze­ty poli­cyj­nej z 1991 roku poda­no, że było 29 dołów. Teraz trud­no zorien­to­wać się, gdzie dokład­nie były te doły. Wszyst­ko poro­sło tra­wą. Sie­dem lat mija od cza­su eks­hu­ma­cji zwłok, a cmen­ta­rza wojen­ne­go na tym miej­scu wciąż brak. Przez 7 lat zbie­ra­my dat­ki na budo­wę tych cmen­ta­rzy. Naj­bliż­sza rodzi­na pomor­do­wa­nych tam, chcąc zoba­czyć te miej­sca, pła­ci nie­ma­łe pie­nią­dze za zor­ga­ni­zo­wa­nie wyciecz­ki. Ostat­ni grosz zbie­ra z eme­ry­tu­ry, by odło­żyć i poje­chać do Mied­no­je.

11 czerw­ca 1997 poje­cha­li­śmy do Ostasz­ko­wa. Przed nami zno­wu dzień ponu­rych prze­żyć. Zoba­czy­łam wyspę Seli­gar, z któ­rej Ojciec pisał kar­tę i list. Na tej wyspie stoi oka­za­ły klasz­tor z kil­ko­ma błysz­czą­cy­mi w słoń­cu kopu­la­mi. Wyspa jest oto­czo­na ogrom­nym jezio­rem Seli­ger, liczą­cym 75 hek­ta­rów powierzch­ni. Z odda­li klasz­tor wyglą­da oka­za­le, z bli­ska sta­no­wi ruinę daw­ne­go zabyt­ku. Wokół klasz­to­ru są jed­no­pię­tro­we budyn­ki – wszyst­kie znisz­czo­ne. Spo­ty­ka­li­śmy się w tych ruinach, każ­dy z nas cho­dził po tych gru­zach z myślą zna­le­zie­nia jakie­goś napi­su lub inne­go śla­du. Nie­ste­ty, real­nie myśląc, jest to nie­moż­li­we. Po naszych Ojcach wię­zi­li tam innych Pola­ków. Potem prze­by­wa­ły tam nie­peł­no­spraw­ne dzie­ci rosyj­skie, było też wię­zie­nie dla kobiet, szpi­tal dla umy­sło­wo cho­rych. Obec­nie miesz­ka tu męski zakon pra­wo­sław­ny pw. „Nit”. Wszyst­kich zakon­ni­ków jest sied­miu oraz 30 mło­dych męż­czyzn, któ­rzy w przy­szło­ści zosta­ną mni­cha­mi. Na razie pra­cu­ją na tere­nie klasz­to­ru. Widzie­li­śmy tam kro­wę, drób, upra­wia­ją warzy­wa, doko­nu­ją drob­nych napraw, bo na więk­sze remon­ty brak pie­nię­dzy.

Ten ślicz­ny kra­jo­braz mona­sty­ru ostasz­kow­skie­go widzia­łam przez łzy. Nie­ustan­nie towa­rzy­szy­ła mi myśl o naszych Ojcach, któ­rzy na tej wyspie ocze­ki­wa­li pomo­cy. Opusz­cza­jąc Ostasz­ków, byli­śmy przy­gnę­bie­ni.

W powrot­nej dro­dze wstą­pi­li­śmy jesz­cze na krót­ką chwi­lę na cmen­tarz w Mied­no­je. Jesz­cze pali­ło się kil­ka zni­czy z poprzed­nie­go dnia. Kil­ka osób stwier­dzi­ło, że zgi­nę­ły duże zni­cze oraz różań­ce zawie­szo­ne na drze­wach. Jesz­cze ostat­nie spoj­rze­nie na zapa­lo­ne zni­cze, cichy pacierz i odjazd.

Wstą­pi­li­śmy rów­nież na cmen­tarz w Katy­niu. Ku nasze­mu roz­cza­ro­wa­niu, wszyst­ko zosta­ło sprząt­nię­te. Zni­cze, kwia­ty, pusta pły­ta. Z tym smut­nym nastro­jem poszli­śmy do auto­ka­ru. Dnia 12 czerw­ca (…) poże­gna­li­śmy Twer, jadąc w kie­run­ku Smo­leń­ska. Do Smo­leń­ska dotar­li­śmy o godz. 15.30. Odwie­dzi­li­śmy ojca maria­ni­na, wysłu­cha­li­śmy mszy w małej kaplicz­ce.

Smo­leńsk leży nad Dnie­prem, liczy 380 tysię­cy miesz­kań­ców – tyle co Twer. Jest mia­stem o boga­tej, ory­gi­nal­nej archi­tek­tu­rze. Posia­da dużo zie­le­ni. Zwie­dza­jąc mia­sto z ojcem Pro­me­te­uszem [Pto­le­me­uszem], widzie­li­śmy roz­wa­lo­ną basz­tę Mała­chow­ską, Plac Pamię­ci Woj­ny z Napo­le­onem, zwie­dzi­li­śmy Sobór Uspiań­ski [Zaśnię­cia Mat­ki Bożej], zbu­do­wa­ny na począt­ku XVII wie­ku. Jest to trze­cia co do wiel­ko­ści świą­ty­nia pra­wo­sław­na w Rosji. Kopu­ły tej świą­ty­ni pokry­te są szcze­rym zło­tem. W okre­sie woj­ny nie znisz­czo­na. Wnę­trze tej świą­ty­ni bar­dzo boga­te, same zło­ce­nia. Wisi też obraz Mat­ki Boskiej Smo­leń­skiej.

Wie­czo­rem doje­cha­li­śmy zno­wu do Orszy, zatrzy­mu­jąc się w tym samym hote­lu, w któ­rym noco­wa­li­śmy, jadąc do Katy­nia. Po śnia­da­niu poje­cha­li­śmy pod kościół, gdzie ocze­ki­wał nas ksiądz kato­lic­ki i ksiądz pra­wo­sław­ny, sio­stra zakon­na – sybi­racz­ka oraz kil­ka star­szych kobiet pol­skie­go pocho­dze­nia. Księ­ża oraz kil­ka star­szych para­fia­nek poje­cha­li z nami poka­zać mia­sto. Za mia­stem, w polu, jest krzyż upa­mięt­nia­ją­cy zwy­cię­stwo Pola­ków w bitwie z Rosja­na­mi w 1514 roku.

W Orszy wszyst­kie klasz­to­ry i kościo­ły zosta­ły przez komu­ni­stów znisz­czo­ne lub zamie­nio­ne na wię­zie­nia, maga­zy­ny itp. Następ­nie jecha­li­śmy przez Bory­sów nad rze­ką Bere­zy­ną, zna­ną z bitwy pod Bere­zy­ną. Bory­sów sły­nie z duże­go rezer­wa­tu przy­ro­dy. Następ­nie jedzie­my obok jezio­ra Narocz. Przed nami ście­li się prze­ślicz­ny kra­jo­braz. Olbrzy­mi zbior­nik wody, cią­gną­cy się 20 kilo­me­trów, aż do Wilej­ki. O godz. 18.00 dojeż­dża­my do Oszmia­ny. Zwie­dza­my pol­ski kościół pw. Micha­ła Anio­ła. Pola­cy miesz­ka­ją­cy w Oszmia­nie narze­ka­ją na wła­dze bia­ło­ru­skie, pod­kre­śla­ją wro­gie nasta­wie­nie do Pola­ków.

O godz. 21.30 przy­je­cha­li­śmy do Wil­na. 14 czerw­ca zwie­dza­my mia­sto. Pierw­szy raz w swo­im życiu widzia­łam to prze­ślicz­ne mia­sto – Wil­no. Było co zwie­dzać, ale to odręb­ny temat.

Do Pol­ski wra­ca­my przez Pusz­czę Augu­stow­ską.

Słupsk, dnia 4 paź­dzier­ni­ka 1997
Jani­na Gref­ka, Rodzi­na Katyń­ska w Gdy­ni
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 1997, nr 11