Każdy wyjazd tam, „na nieludzką ziemię”, wywołuje refleksje, za każdym razem inne. Byłem tam pięć razy. Inny może był ten pierwszy raz w 1961 roku, ze studencką wycieczką do Moskwy i Leningradu. Chciałem bardzo zobaczyć ten kraj, spojrzeć mu w oczy. Nie znałem wtedy topografii Katynia, nie mogłem wiedzieć, że głęboką nocą dwa razy przejechałem tuż-tuż, obok grobu mego Ojca, że byłem na stacyjkach Katyń i Gniezdowo.
Rok 1989 – pierwsza pielgrzymka autokarem przez Mińsk do Smoleńska, przez szarą, przygnębiającą rzeczywistość sowieckiego kraju. I szok po wejściu na tę pustą leśną polanę z krzyżem – ile lat mają rosnące wokół drzewa, czy one „to” widziały? I ten pomnik z kłamliwym i obraźliwym napisem, ze śladem, że ktoś już próbował wyryć prawdziwą datę.
Następne trzy wyjazdy pociągiem, podobne do siebie. Już nie jadę w nieznane – czuję się trochę tak, jak tu, w Polsce, w dniu Wszystkich Świętych – jadę na grób swojego Ojca. Ale wokół są tacy, którzy jadą tam po raz pierwszy, ich napięcie udziela się i szok przy wejściu na tę polanę za każdy razem jednak taki sam. Mimo że nie jest już tak przeraźliwie pusto, że jest nas dużo, kwiaty, znicze, proporczyki.
Jakże inny jest mój ostatni wyjazd na wschód. Październik 1998 rok, jadę służbowo do Kijowa na targi – rutynowy wyjazd niebudzący żadnych skojarzeń. Dopiero w momencie, gdy kapitan samolotu informuje o prędkości i wysokości lotu, że jesteśmy nad Ukrainą, że temperatura na zewnątrz wynosi minus 58 stopni, uświadamiam sobie, że to przecież gdzieś tutaj, tylko dziesięć kilometrów pode mną, 59 lat temu NKWD aresztowało mojego Ojca. Siedzę syty w wygodnym fotelu Boeinga 737, piję zimnego drinka i lecę dokładnie nad trasą, którą On pokonywał wtedy głodny, w brudnym i zimnym wagonie bydlęcym. Po godzinie ląduję w Kijowie – On miał przed sobą jeszcze kilkaset kilometrów do Starobielska…
Trzymilionowy Kijów – na pierwszy rzut oka czyste, europejskie miasto z eleganckimi sklepami, dobrymi samochodami i porządnie ubranymi przechodniami, odwraca moją uwagę – zapominam o skojarzeniach z podróży. Gospodarze organizują nam trzygodzinny objazd miasta. Na marginesie: po 15 dolarów od osoby, później dowiemy się, że to więcej niż miesięczna emerytura. Wspaniałe cerkwie: Sofijska, Mikołajewska, Andriejewska, Ławra; parlament, uniwersytet, Kraszczatnik, dom, w którym urodził się Bułhakow, a w drodze powrotnej mijamy dworzec kolejowy. Znów uświadamiam sobie, siedząc w klimatyzowanym autokarze, że On tu, na tej stacji był dwa razy – w drodze do Starobielska, a potem gdy w listopadzie 1939 roku wieźli ich, sędziów i prokuratorów, do obozu w Kozielsku i musiało Mu być bardzo zimno…
Targi. Duży ruch, duże zainteresowanie naszą polską ofertą. Ale zjawia się też inny klient – dobrze utrzymana i ubrana pani w średnim wieku. Przedstawia się jako wiceprzewodnicząca Związku Polaków na Ukrainie, szuka kontaktów dla wymiany grup dzieci polskich. Na drugi dzień zjawia się z zespołem nastolatków ubranych w stroje krakowskie i dobrą polszczyzną śpiewających piosenki. Jesteśmy wzruszeni, zapominamy, że jesteśmy tu, aby robić interesy, ale gdy dochodzi do konkretów, okazuje się, że działalność tej pani nie jest bezinteresowna. Nie wytrzymuję i pytam ją, czym jeszcze zajmuje się Związek Polaków (po powrocie dowiedziałem się, że na Ukrainie działa 7 skłóconych ze sobą organizacji polonijnych), pytam, czy robią coś w Starobielsku i Charkowie. Jest zaskoczona, widzę, że zupełnie nie wie, o czym mówię. Wyjaśniam jej, co to Starobielsk, a co Charków. Jest zakłopotana: – „Ach tak, wiem, ale tym zajmuje się redaktor naczelny naszej gazety…” – wymienia nazwisko – „na pewno będzie chciał z panem zrobić wywiad”. Wywiad? Wychodzi zatelefonować. – „Tak, przyjedzie tu do pana o trzeciej”. Spotykam ją koło czwartej: – „Redaktor przeprasza, będzie jutro o pierwszej”. Oczywiście nikt się nie zjawia. Spotykam ją jeszcze wieczorem na przyjęciu w Ambasadzie polskiej – nie było już mowy o mitycznym redaktorze.
W drodze powrotnej nie odważyłem się rozmawiać o swoich odczuciach z kolegami – bałem się, że w ich oczach zobaczę to samo zdziwienie, że będę musiał tłumaczyć, co to Katyń, Charków i Miednoje, czym różnią się od Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa. A może właśnie przy każdej okazji trzeba o tym mówić?
Przyszła tytułowa refleksja tych kilku dni:
- Jak w nas, rodzinach ofiar, tkwi głęboko ta zbrodnia…
- Jak zrozumiałe jest, że tam, „na nieludzkiej ziemi”, nawet w środowiskach polonijnych jest to temat tabu, tak niezrozumiała jest trwająca nadal atmosfera wokół sprawy katyńskiej tu, u nas w wolnej Polsce…
- Czy wina nie leży po naszej stronie, że nie potrafimy pozbyć się zakorzenionego przez lata strachu przed konsekwencjami głośnego mówienia o naszej sprawie…
- Czy wina nie leży po naszej stronie, że nie potrafimy konsekwentnie walczyć, jako jedna rodzina, o swoje prawa…
- Czy wina nie leży po naszej stronie, że nie istniejemy w świadomości społecznej, że nie ma nas w mediach, że po prostu nie istniejemy.
A nad grobami naszych bliskich od początku ciąży gra polityczna, brudna jak każda polityka, i my, czy tego chcemy czy nie, musimy w tej grze brać udział. Aktywny.
Tylko nie jako przedmiot, ale jako PODMIOT.
Andrzej Sariusz-Skąpski, prezes Federacji Rodzin Katyńskich (2006–2010)
Rodzina Katyńska w Krakowie
Pierwodruk: „Rodowód” 1998, nr 12