Andrzej Sariusz-Skąpski, Refleksja (Katyń, Kijów)

Każ­dy wyjazd tam, „na nie­ludz­ką zie­mię”, wywo­łu­je reflek­sje, za każ­dym razem inne. Byłem tam pięć razy. Inny może był ten pierw­szy raz w 1961 roku, ze stu­denc­ką wyciecz­ką do Moskwy i Lenin­gra­du. Chcia­łem bar­dzo zoba­czyć ten kraj, spoj­rzeć mu w oczy. Nie zna­łem wte­dy topo­gra­fii Katy­nia, nie mogłem wie­dzieć, że głę­bo­ką nocą dwa razy prze­je­cha­łem tuż-tuż, obok gro­bu mego Ojca, że byłem na sta­cyj­kach Katyń i Gniez­do­wo.

Rok 1989 – pierw­sza piel­grzym­ka auto­ka­rem przez Mińsk do Smo­leń­ska, przez sza­rą, przy­gnę­bia­ją­cą rze­czy­wi­stość sowiec­kie­go kra­ju. I szok po wej­ściu na tę pustą leśną pola­nę z krzy­żem – ile lat mają rosną­ce wokół drze­wa, czy one „to” widzia­ły? I ten pomnik z kłam­li­wym i obraź­li­wym napi­sem, ze śla­dem, że ktoś już pró­bo­wał wyryć praw­dzi­wą datę.

Następ­ne trzy wyjaz­dy pocią­giem, podob­ne do sie­bie. Już nie jadę w nie­zna­ne – czu­ję się tro­chę tak, jak tu, w Pol­sce, w dniu Wszyst­kich Świę­tych – jadę na grób swo­je­go Ojca. Ale wokół są tacy, któ­rzy jadą tam po raz pierw­szy, ich napię­cie udzie­la się i szok przy wej­ściu na tę pola­nę za każ­dy razem jed­nak taki sam. Mimo że nie jest już tak prze­raź­li­wie pusto, że jest nas dużo, kwia­ty, zni­cze, pro­por­czy­ki.

Jak­że inny jest mój ostat­ni wyjazd na wschód. Paź­dzier­nik 1998 rok, jadę służ­bo­wo do Kijo­wa na tar­gi – ruty­no­wy wyjazd nie­bu­dzą­cy żad­nych sko­ja­rzeń. Dopie­ro w momen­cie, gdy kapi­tan samo­lo­tu infor­mu­je o pręd­ko­ści i wyso­ko­ści lotu, że jeste­śmy nad Ukra­iną, że tem­pe­ra­tu­ra na zewnątrz wyno­si minus 58 stop­ni, uświa­da­miam sobie, że to prze­cież gdzieś tutaj, tyl­ko dzie­sięć kilo­me­trów pode mną, 59 lat temu NKWD aresz­to­wa­ło moje­go Ojca. Sie­dzę syty w wygod­nym fote­lu Boein­ga 737, piję zim­ne­go drin­ka i lecę dokład­nie nad tra­są, któ­rą On poko­ny­wał wte­dy głod­ny, w brud­nym i zim­nym wago­nie bydlę­cym. Po godzi­nie lądu­ję w Kijo­wie – On miał przed sobą jesz­cze kil­ka­set kilo­me­trów do Sta­ro­biel­ska…

Trzy­mi­lio­no­wy Kijów – na pierw­szy rzut oka czy­ste, euro­pej­skie mia­sto z ele­ganc­ki­mi skle­pa­mi, dobry­mi samo­cho­da­mi i porząd­nie ubra­ny­mi prze­chod­nia­mi, odwra­ca moją uwa­gę – zapo­mi­nam o sko­ja­rze­niach z podró­ży. Gospo­da­rze orga­ni­zu­ją nam trzy­go­dzin­ny objazd mia­sta. Na mar­gi­ne­sie: po 15 dola­rów od oso­by, póź­niej dowie­my się, że to wię­cej niż mie­sięcz­na eme­ry­tu­ra. Wspa­nia­łe cer­kwie: Sofij­ska, Miko­ła­jew­ska, Andrie­jew­ska, Ław­ra; par­la­ment, uni­wer­sy­tet, Krasz­czat­nik, dom, w któ­rym uro­dził się Buł­ha­kow, a w dro­dze powrot­nej mija­my dwo­rzec kole­jo­wy. Znów uświa­da­miam sobie, sie­dząc w kli­ma­ty­zo­wa­nym auto­ka­rze, że On tu, na tej sta­cji był dwa razy – w dro­dze do Sta­ro­biel­ska, a potem gdy w listo­pa­dzie 1939 roku wieź­li ich, sędziów i pro­ku­ra­to­rów, do obo­zu w Koziel­sku i musia­ło Mu być bar­dzo zim­no…

Tar­gi. Duży ruch, duże zain­te­re­so­wa­nie naszą pol­ską ofer­tą. Ale zja­wia się też inny klient – dobrze utrzy­ma­na i ubra­na pani w śred­nim wie­ku. Przed­sta­wia się jako wice­prze­wod­ni­czą­ca Związ­ku Pola­ków na Ukra­inie, szu­ka kon­tak­tów dla wymia­ny grup dzie­ci pol­skich. Na dru­gi dzień zja­wia się z zespo­łem nasto­lat­ków ubra­nych w stro­je kra­kow­skie i dobrą pol­sz­czy­zną śpie­wa­ją­cych pio­sen­ki. Jeste­śmy wzru­sze­ni, zapo­mi­na­my, że jeste­śmy tu, aby robić inte­re­sy, ale gdy docho­dzi do kon­kre­tów, oka­zu­je się, że dzia­łal­ność tej pani nie jest bez­in­te­re­sow­na. Nie wytrzy­mu­ję i pytam ją, czym jesz­cze zaj­mu­je się Zwią­zek Pola­ków (po powro­cie dowie­dzia­łem się, że na Ukra­inie dzia­ła 7 skłó­co­nych ze sobą orga­ni­za­cji polo­nij­nych), pytam, czy robią coś w Sta­ro­biel­sku i Char­ko­wie. Jest zasko­czo­na, widzę, że zupeł­nie nie wie, o czym mówię. Wyja­śniam jej, co to Sta­ro­bielsk, a co Char­ków. Jest zakło­po­ta­na: – „Ach tak, wiem, ale tym zaj­mu­je się redak­tor naczel­ny naszej gaze­ty…” – wymie­nia nazwi­sko – „na pew­no będzie chciał z panem zro­bić wywiad”. Wywiad? Wycho­dzi zate­le­fo­no­wać. – „Tak, przy­je­dzie tu do pana o trze­ciej”. Spo­ty­kam ją koło czwar­tej: – „Redak­tor prze­pra­sza, będzie jutro o pierw­szej”. Oczy­wi­ście nikt się nie zja­wia. Spo­ty­kam ją jesz­cze wie­czo­rem na przy­ję­ciu w Amba­sa­dzie pol­skiej – nie było już mowy o mitycz­nym redak­to­rze.

W dro­dze powrot­nej nie odwa­ży­łem się roz­ma­wiać o swo­ich odczu­ciach z kole­ga­mi – bałem się, że w ich oczach zoba­czę to samo zdzi­wie­nie, że będę musiał tłu­ma­czyć, co to Katyń, Char­ków i Mied­no­je, czym róż­nią się od Koziel­ska, Sta­ro­biel­ska i Ostasz­ko­wa. A może wła­śnie przy każ­dej oka­zji trze­ba o tym mówić?

Przy­szła tytu­ło­wa reflek­sja tych kil­ku dni:

  • Jak w nas, rodzi­nach ofiar, tkwi głę­bo­ko ta zbrod­nia…
  • Jak zro­zu­mia­łe jest, że tam, „na nie­ludz­kiej zie­mi”, nawet w śro­do­wi­skach polo­nij­nych jest to temat tabu, tak nie­zro­zu­mia­ła jest trwa­ją­ca nadal atmos­fe­ra wokół spra­wy katyń­skiej tu, u nas w wol­nej Pol­sce…
  • Czy wina nie leży po naszej stro­nie, że nie potra­fi­my pozbyć się zako­rze­nio­ne­go przez lata stra­chu przed kon­se­kwen­cja­mi gło­śne­go mówie­nia o naszej spra­wie…
  • Czy wina nie leży po naszej stro­nie, że nie potra­fi­my kon­se­kwent­nie wal­czyć, jako jed­na rodzi­na, o swo­je pra­wa…
  • Czy wina nie leży po naszej stro­nie, że nie ist­nie­je­my w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej, że nie ma nas w mediach, że po pro­stu nie ist­nie­je­my.

A nad gro­ba­mi naszych bli­skich od począt­ku cią­ży gra poli­tycz­na, brud­na jak każ­da poli­ty­ka, i my, czy tego chce­my czy nie, musi­my w tej grze brać udział. Aktyw­ny.

Tyl­ko nie jako przed­miot, ale jako PODMIOT.

Andrzej Sariusz-Skąp­ski, pre­zes Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich (2006–2010)
Rodzi­na Katyń­ska w Kra­ko­wie
Pier­wo­druk: „Rodo­wód” 1998, nr 12