Urodziłam się w Lidzie, w koszarach 77. pp Strzelców Kowieńskich i od wczesnego dzieciństwa uczestniczyłam w życiu żołnierzy. Podziwiałam maszerujących, ćwiczących musztrę, strzelających do celu. Szczególnie lubiłam defilady i powracający pułk z manewrów. Wybiegałam z innymi dziećmi daleko przed koszary, aby obdarować kwiatami powracających, wpaść w ramiona Taty, usłyszeć znowu wspaniałą orkiestrę i ten krok miarowy, powodujący przyśpieszone bicie naszych małych serduszek. Kochaliśmy naszych żołnierzy! Często urządzaliśmy zabawy „w wojnę”. Wracaliśmy do domu posiniaczeni, podrapani, czasami oberwani i pomimo maminych „klapsów” – szczęśliwi. Nie uznawaliśmy innych jednostek wojskowych, no może jeszcze lotnictwo (5. pułk lotniczy był w Lidzie). Królową wszelkiej broni była wyłącznie piechota.
Bo w piechocie fajno jest, fajno jest
Maszeruje się i idzie się.
Lewa wolna, prawa wolna
Środkiem szosy śmiało wal.
Kto nie służył przy piechocie temu żal!
– śpiewali nasi przyjaciele żołnierze.
Później w Kazachstanie, gdy musiałam, jako jedenastoletnie dziecko, pokonywać kilkunastokilometrowe przestrzenie, a byłam u kresu wytrzymałości, słowa tej piosenki dodawały mi sił. A gdy i później los mnie nie oszczędzał, Mamusia mówiła: „Jesteś przecież córką żołnierza! Wytrwaj! Musisz!”‘
Kiedy, już po wojnie, stykałam się z naszymi wojskowymi, myślałam: „Jesteście może i wspaniali, ale nie tacy, jak ci przed wojną! Z całą pewnością nie!”
Zmieniłam zdanie w czasie naszej pielgrzymki do Charkowa.
W Olkuszu na peronie, w czasie mszy świętej pożegnalnej, duża grupa żołnierzy musiała przejść obok nas. Bez żadnej komendy z miarowego, mocnego kroku przeszła cichutko, prawie na palcach, nie zakłócając skupienia modlących się. Niby nic, a dużo!
Później sprawnie załadowano bagaże i nas samych do lśniących czystością przedziałów sypialnych. W każdym wagonie było dwóch żołnierzy dyżurnych, przynoszących posiłki trzy razy dziennie, gorącą wodę, utrzymujących higienę sanitariatów i całego wagonu. Przez całą dobę skorych do udzielania pomocy bez żadnych grymasów, bez kpiących uśmieszków. Widać było i wyczuwało się osobiste zaangażowanie, a nie przymus, dobroć, sprawność, duży takt i sympatię. Byłam wręcz zaskoczona, gdy jeden z naszych opiekunów, płynną angielszczyzną, z dobrym akcentem, rozmawiał, z Anglikami jadącymi w sąsiednim przedziale.
W Charkowie na placu przed dworcem kompania reprezentacyjna utworzyła szpaler. Po przeciwnej stronie stanęła orkiestra, grając marsze wojskowe i legionowe melodie. Szliśmy środkiem do czekających autobusów – my, jakże dumni z naszych pięknie prezentujących się chłopców, którzy czcili w ten sposób naszych Ojców wyruszających z tego dworca na swoją golgotę.
W Piatichatkach, na cmentarzu, również prezentowali się godnie. Żadnych półuśmiechów, osobistych pogwarek – jedynie powaga i skupienie.
W czasie apelu głośne salwy uczciły pamięć poległych. Jakże inne były wymierzone w naszych oficerów 58 lat temu. Wśród nich był również mój Ojciec, kpt. Stanisław Malicki, i Dziadek, kpt. Piotr Dybaczewski, oraz wielu innych, znanych mi osobiście z 77. pp.
Myślałam – „Tatusiu, czy widzisz tych wspaniałych żołnierzy oddających Wam teraz hołd? Mogiły pokryte mnóstwem kwiatów biało-czerwonych, zniczy, chorągiewek z Waszymi nazwiskami? Czy słyszysz wzruszające słowa porucznika kompanii reprezentacyjnej i kapelana Wojska Polskiego? To nie jest żaden pokaz, tylko płynące z serca uznanie dla Was i cześć!”
Podczas obiadu, serwowanego w sanatorium byłego NKWD, prawie nikt nie rozmawiał i apetyt nie dopisywał. Nie było to miejsce ani nastrój do biesiady i nasi żołnierze doskonale to odczuwali.
Gdy ponownie znaleźliśmy się w naszym pociągu, zastaliśmy przedziały wyczyszczone, na stolikach stały kwiaty polne. W drodze powrotnej znowu troskliwa, czuła opieka, aż do Krakowa. W Olkuszu orkiestra pięknymi wojskowymi melodiami uczciła powracających pielgrzymów. W podróży kilkakrotnie odwiedzał nas pan generał Karus w asyście oficerów. Panowie mieli dla każdego z nas ciepłe słowa, a od nas wyrazy serdecznych podziękowań i uznania.
Jeszcze raz dziękuję Wam, wzorowi wychowawcy naszej młodzieży, za troskliwą opiekę i za to, że mogłam powiedzieć: „To jest nasze kochane wojsko, takie same, które kiedyś zostało w tak okrutny sposób podstępnie wymordowane”.
Maria Wysoczańska, Rodzina Katyńska w Gdyni
Pierwodruk: „Rodowód” 1998, nr 7–8