O wyjeździe do Katynia w tym dniu, dniu 60. rocznicy najazdu sowieckiego na Polskę, mówiło się od paru tygodni. Inicjatywa wyszła od Marszałka Sejmu, Pana Macieja Płażyńskiego, który ustalił ten termin i w swoim samolocie zapewnił 55 miejsc dla przedstawicieli Rodzin Katyńskich. Po kilku dniach okazało się, że ze względów formalnych – brak zgody na lądowanie samolotu na lotnisku w Smoleńsku – wyjazd nie dojdzie do skutku. Po kolejnych kilku dniach dostaliśmy wiadomość, że zgodę taką uzyskała Kancelaria Prezydenta RP, a plan wyjazdu został rozszerzony o Charków. Dla Rodziny Katyńskiej przewidziano 25 miejsc, w ostatniej chwili liczbę zwiększono do 28.
Zarząd Federacji [Rodzin Katyńskich] stanął przed niełatwym zadaniem wytypowania tych osób. Bezdyskusyjny był tylko udział Wdów katyńskich: Pani Ireny Kalpas i Pani Janiny Kremky-Saloni, które czuły się na siłach znieść trudy tego wyjazdu. Pozostałych uczestników, spośród dzieci i wnuków Ofiar Katynia i Charkowa, wyznaczył Zarząd FRK i poszczególne Rodziny Katyńskie (…).
Zgodnie z programem wyjazd do Katynia i Charkowa nosił oficjalną nazwę: „Uroczystości złożenia wieńców przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Pana Aleksandra Kwaśniewskiego, na cmentarzu w Katyniu i Charkowie”. Uczestniczyli w nim:
- Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej,
- delegacja oficjalna, a w niej m.in. przewodniczący klubów parlamentarnych, delegat Prymasa Polski, Szef Sztabu WP, Biskup Polowy WP, ordynariusz prawosławny, ewangelicki biskup wojskowy, przedstawiciel Gminy Żydowskiej, Sekretarz Generalny ROPWiM – razem 17 osób,
- osoby towarzyszące – 15 osób,
- Rodziny Katyńskie – 28 osób,
- Rodzina Policyjna – 3 osoby,
- przedstawiciele organizacji katyńskich – 3 osoby,
- dziennikarze – 18 osób,
- oficerowie Biura Ochrony Rządu – 4 osoby.
Asysta wojskowa, Kompania Reprezentacyjna WP i Orkiestra Reprezentacyjna WP leciały drugim samolotem. Program zamykał się w 11 godzinach: odlot z Warszawy o 7.45, powrót o 18.45 i został zrealizowany bez zakłóceń i opóźnień.
Katyń
O godzinie 9.00 lądujemy na wojskowym lotnisku w Smoleńsku. Prezydent z najbliższym otoczeniem jest witany przez władze rosyjskie, pozostali trzema autobusami jadą wprost do Katynia. Tam witają nas przedstawiciele Polonii smoleńskiej i budowniczowie cmentarza z BUDIMEX‑u.
Jest godzina 9.45. Las katyński gęsto wypełniony umundurowanymi funkcjonariuszami OMON‑u, na terenie cmentarza kilkudziesięciu młodych ludzi w charakterystycznych skórzanych kurtkach.
Pierwsze wrażenie – wzorowy porządek na budowie i, co najważniejsze, roboty ziemne oraz czysto budowlane są na ukończeniu. Pozostaje praktycznie do ukończenia ogrodzenie, brama wejściowa i montaż elementów żeliwnych (krzyże, tablice, płyty), które będą sukcesywnie dowożone z Polski. Mamy kilka minut, aby w skupieniu zarejestrować jak najwięcej szczegółów, aby porównać to miejsce z jego obrazem sprzed lat.
Wzruszająca była dla nas obecność dzieci zagadujących do nas ładną polszczyzną, na których twarzach łatwo odczytać trudy tamtejszego życia.
Uroczystości rozpoczęło odegranie hymnu państwowego i oddanie przez Prezydenta honorów sztandarowi Kompanii Reprezentacyjnej WP. Zasadniczą częścią była modlitwa ekumeniczna, prowadzona przez duchownych Kościoła katolickiego, prawosławnego, ewangelickiego i przedstawiciela Gminy Żydowskiej. Modlitwę poprzedziło przemówienie Biskupa Polowego WP gen. dyw. Leszka Sławoja Głódzia. Oficer WP odczytał Apel Pamięci.
Wieńce pod krzyżem złożyli: Prezydent RP i przedstawiciele władz rosyjskich. Dopiero po nich wiązankę biało-czerwonych goździków złożyła wdowa katyńska w towarzystwie syna i wnuka Ofiary mordu – zapalamy znicz. Ta jedna wiązanka i jeden znicz były symboliczne – to tak, jakby każdy z nas, z Rodziny Katyńskiej, złożył je dla swojego Najbliższego tam spoczywającego.
W chwilę potem kwiaty od Fundacji Katyńskiej, Polonii smoleńskiej i budowniczych cmentarza. Uroczystość kończy utwór pt. Cisza, pięknie odegrany przez Orkiestrę Reprezentacyjną WP.
Program jest bardzo napięty, ale pozostaje jeszcze kilkanaście minut wolnego czasu. Prezydent podchodzi do naszej grupki, zaskakuje nas stwierdzeniem: „To jest wielki i znaczący dzień dla mnie i dla Państwa. W najbliższym czasie zaproszę Rodzinę Katyńską do Pałacu Prezydenckiego, gdzie spokojnie będziemy mogli przedyskutować Wasze problemy. Deklaruję moją najdalej idącą pomoc w ich załatwianiu. A już dziś zapraszam Państwa na uroczyste otwarcie tego cmentarza w przyszłym roku”. Podchwytujemy to ostatnie zdanie: „Dziękujemy Panu Prezydentowi bardzo, ale wtedy chcemy tutaj być wszyscy, cała Rodzina, nie tylko kilkuosobowa grupka, wszyscy, którzy mają tutaj Mężów, Ojców i Dziadków. Czekamy na ten dzień od 60 lat. Panie Prezydencie, to już nie samolot, to dwa-trzy pełne pociągi”. Za naszymi plecami robi się ciasno od kamer TV i mikrofonów dziennikarzy. Czy któraś z nich zarejestrowała odpowiedź Aleksandra Kwaśniewskiego? Początkowo żartobliwą: „A może będziemy mieli tyle samolotów, aby wszyscy wygodnie przylecieli”. A potem już poważnie: „Zrobimy tak, aby wszyscy mogli przyjechać, abyście wszyscy Państwo byli zadowoleni”. „Trzymamy za słowo, Panie Prezydencie” – kończymy rozmowę.
Ostatnie minuty to jeszcze parę zdjęć, jeszcze szybkie obejście cmentarza ścieżką wzdłuż muru pod przyszłe tabliczki z nazwiskami, chwila zadumy, modlitwy. O 11.15 wyjeżdżamy do Smoleńska. O 12.00 start samolotu. Lecimy do Charkowa.
Andrzej Sariusz-Skąpski, prezes Federacji Rodzin Katyńskich (2006–2010)
Rodzina Katyńska w Krakowie
Charków
Opuszczamy Smoleńsk. Wrażenie biedy, stagnacji i brudu rozprasza trochę piękna, słoneczna pogoda. Całkiem odmienny jest Charków. Już z samolotu widzimy dobrze uprawione pola, liczne sady, być może winnice. Na lotnisku jak zwykle czerwony chodnik, witające władze, kobiety w strojach narodowych z chlebem i solą, w ogóle dużo ludzi. Na ulicach znacznie czyściej niż przed rokiem, dużo odnowionych domów, liczne sklepy. Przejeżdżamy kolumną przez miasto, wszystkie ulice dojazdowe są zablokowane przez policję i wojsko w nowych, ładnych mundurach.
Dojeżdżamy wreszcie do Piatichatek. Trochę razi nas pośpiech, ale przy tak napiętym programie jest to zrozumiałe. Dużym zaskoczeniem dla nas jest to, że uroczystość odbywa się pod memoriałami postawionymi przez miejscowe władze (w tym KGB) poza cmentarzem. Na jednym z nich dość niezrozumiały napis: „Zamordowanym w latach 1938–1942”. Bardzo zaskoczony jest również pan Andrzej Przewoźnik, z którym nikt tego nie uzgodnił. Tak jak w Katyniu odbywa się uroczystość ekumeniczna, gra orkiestra wojskowa, składane są wieńce i kwiaty. W końcu na dziesięć minut idziemy 50 metrów dalej, na właściwy cmentarz. Mam w oczach dokładny obraz: po ekshumacjach zostawiliśmy prawie sielankowy wiejski cmentarz. Drzewa, kolorowe liście, a między nimi usypane z piasku prostokątne groby, otoczone biało-czerwoną taśmą, a na nich krzyże, kwiaty, znicze. Po wejściu na obecny cmentarz czuję gwałtowny, bolesny skurcz serca. Czuję się jakbym dostała obuchem między oczy – tak silna jest wymowa tego dzisiejszego cmentarza. Podłoże wyłożone jest kostką granitową, z której w miejscach grobów wyłaniają się też pokryte kostką różnego kształtu i wielkości pagórki, jakby kopce.
Mam nieodparte wrażenie, że ta ziemia chce koniecznie wyrzucić z siebie swą straszną tajemnicę, oskarżyć morderców. Przemawia to tak silnie, że ktoś z nas nie wytrzymuje – płacze i mówi, że już nigdy tego nie zapomni: będzie mu ten widok towarzyszyć do śmierci. Niektórym żal trochę poprzedniego, tchnącego spokojem obrazu – ale to przecież nie jest zwykły cmentarz, na którym leżą ludzie, którzy odeszli w pokoju, żegnani przez kochających bliskich. To miejsce najstraszniejszej i największej zbrodni, która ma krzyczeć, oskarżać i ostrzegać. Tylko to może nadać choć trochę sensu tej okrutnej śmierci. Najprawdziwiej i najpiękniej napisał w swej książce Włodzimierz Odojewski po wizycie w Katyniu:
„Tam… Oni są w kwiatach i gałęziach…, w drobinach powietrza, w rosie i deszczu… Oni nie zniknęli, tylko po prostu przenieśli się w pamięć najbliższych, w trwałą pamięć naszego narodu, a także w pamięć tego narodu, który zadaje równie łatwo męczarnie i śmierć innym, jak i sobie samemu. Dla nas pozostaną na zawsze symbolem męczeństwa, a dla oprawców wiecznym wyrzutem sumienia i palącym stygmatem wstydu na ich czołach – dla ich dzieci i dzieci ich dzieci. Aż kiedyś staną twarzą w twarz ze zbrodnią swoich ojców i zechcą zrzucić z siebie to hańbiące piętno i raz na zawsze zejść z drogi barbarzyństwa. I to będzie zasługą tu pogrzebanych. Nie płaczcie. Oni są martwi, ale nie umarli”.
Właśnie tak to czuję. I jeszcze mam nadzieję, że okryci tymi kurhanami jak skorupą, otoczeni płotem, będą nareszcie bardziej bezpieczni, chronieni przed profanującymi dotychczas ich szczątki barbarzyńcami.
Wracamy. Jeszcze tylko obiad w ośrodku „Baza słoneczna”, pożegnanie na lotnisku – znów czerwony chodnik – i odlot. Dopiero teraz czuję zmęczenie.
Ewa Gruner-Żarnoch, prezes Rodziny Katyńskiej w Szczecinie
Pierwodruk: „Rodowód” 1999, nr 9