Zygmunt Wolski z żoną Kazimierą (Drohobycz 1921)
Wolscy. Szukając w źródłach językowych etymologii tego nazwiska, stwierdzić należy, że wszystkie źródła kierują się w stronę podstawy słowotwórczej brzmiącej tak samo: wola – z wymianą na „e” w rodzinie równoległej z prasłowem wielki – wieliki. W pierwszym znaczeniu nasuwa się związek z wyrazem wolność, które już w Psałterzu czyni ten wyraz krewnym rodziny mającej wśród pochodnych słów typ np. wyzwolić – pochodzących od praprzodka staro-cerkiewno-słowiańskiego wolja, wiążącego się ściśle z innymi rodzinami języków słowiańskich, których źródło brzmi welin, welmi – znaczących siłę i moc.
Takie jest źródło – korzenie, z których wywodzi się nasze rodowe nazwisko. Wspomnieć należy, że nosiło je wielu sławnych, znaczących ludzi, że wymienię tylko niektórych:
* Wolski Mikołaj (1553–1630), marszałek nadworny koronny, od 1600 marszałek wielki koronny, od 1616 dyplomata
* Wolski Mikołaj (1762–1803), poeta, tłumacz, pierwszy przetłumaczył m.in. Wesele Figara de Beaumarchais’ego
* Wolski Wacław (1865–1922), inżynier konstruktor urządzeń wiertniczych, wynalazł ekscentryczny świder wiertniczy, w 1902 roku skonstruował tzw. taran hydrauliczny, od jego nazwiska nazwany taranem Wolskiego do wiercenia udarowego.
Zamiłowanie do techniki w szerokim tego słowa znaczeniu mają Wolscy w mojej rodzinie od pokoleń. Techniczne myślenie i głęboka umysłowość były głównymi cechami założyciela ostatnich pokoleń Wolskich – mojego pradziadka Zygmunta, o którym chcę opowiedzieć.
Zygmunt to dziadek mojego ojca Macieja i właśnie moje myśli i refleksje osnute zostały wokół tej postaci w związku z wyprawą do Katynia w dniach między 10 a 13 kwietnia 2011 roku. Wyprawa z Rodziną Katyńską do Rosji w rocznicę mordu katyńskiego nieoczekiwanie obudziła we mnie chęć poznania historii życia mojego pradziadka i jego męczeńskiej śmierci w 1940 roku z rąk sowieckich zbrodniarzy. Z inicjatywy mojego ojca zostałem uczestnikiem wyprawy do Katynia dokładnie w 71. rocznicę tej niesamowitej zbrodni. Ojciec mój ze swoim bratem Jackiem postanowili odwiedzić miejsce złożenia prochów naszego przodka wraz z tysiącami innych znajdujących się na liście katyńskiej. Dotknąć tablicy z Jego nazwiskiem, złożyć kwiaty i zapalić znicze razem z bliskimi innych pomordowanych tylko za to, że stanowili elitę intelektualną przedwojennej Polski. Zamordowanych strzałem w tył głowy, do końca niewierzących w swój okrutny los. Przecież jako jeńcy powinni być na specjalnych prawach, bo zawsze tak od wieków było – jeńców się nie zabijało nawet w najokrutniejszych wojnach. Tak zginęło tysiące ludzi młodych, bo wtedy gdy Zygmunt ginął miał zaledwie 45 lat, a więc był młodszy o 8 lat od mojego Ojca, mającego obecnie 53 lata.
Moje początkowe odczucia związane z tą zbrodnią nie miały takiego samego wymiaru. Byłem dosyć obojętnym widzem w maju 2005 roku, gdy odwiedziłem z Ojcem Muzeum Katyńskie, stanowiące Oddział Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Muzeum Katyńskie to pierwsza w świecie placówka martyrologiczno-muzealno-badawcza, dokumentująca Zbrodnię Katyńską, popełnioną na 22 tysiącach jeńców i więźniów przetrzymywanych w latach 1939–1940 w sowieckich obozach i więzieniach. W placówce znajdują się np. zbiory zdjęć ofiar ułożone alfabetycznie według pierwszych liter imienia. Znajdują się też bilety, różne blankiety, cybuchy, fajki, dowody osobiste, cygarniczki, dyplomy, figury szachowe, różnorodne etui; może też znalazłbym wizytówki, które znaleziono przy moim pradziadku. Ze względu na to, że interesowały mnie zawsze militaria, oglądałem te pamiątki, jak się ogląda eksponaty muzealne. Te wydobyte po latach z ziemi oczyszczone manierki, guziki, sprzączki czy też resztki mundurów nie czyniły na mnie większego wrażenia. Jakoś nie umiałem przypisywać ich konkretnym osobom. Tym samym nie dostrzegłem poza nimi osoby mojego pradziadka Zygmunta.
Katyń – to słowo zaczęło mieć swoją wagę dopiero po kilku latach. Już wiedziałem, że jest to wioska pod Smoleńskiem, która przez lata skrywała tajemnicę. Wiedziałem, że masowe groby odkryli w 1943 roku przymusowi robotnicy, którzy dowiedzieli się o tym od miejscowej ludności. I chociaż przez dziesiątki lat nazwa Katyń nie istniała w podręcznikach historii, a o tych tysiącach oficerów, duchownych, urzędników, nauczycieli, lekarzy tam uśmiercanych nie wolno było mówić, prawda wyszła na jaw i zwyciężyła. Po wielu latach milczenia, kłamstw, oszczerstw i poszukiwań prawdy my, rodziny spoczywających w tym tragicznym lesie na Kozich Górach, możemy teraz oddać im hołd. Dlatego właśnie w dniu 13 kwietnia, ustanowionym Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej, tam się z ojcem i wujkiem znalazłem. Dopiero wtedy w tamtym miejscu myślałem o losie Zygmunta, mojego pradziadka. Moja wyobraźnia odtwarzała tamten czas oddalony ode mnie ponad 70 lat, ale miejsce było to samo. Z pewnością tę odległość czasową inaczej niż ja odbierali dwaj Jego wnukowie: mój ojciec i wujek Jacek. Ich dzieliły od pradziadka dwa pokolenia, a właściwie jedno, bo ich ojciec Jan był synem Zygmunta, przed którego tablicą stanęliśmy.
Był kwietniowy dzień, tak jak wtedy, ale co przeżywał – trudno z pewnością mi było to sobie wyobrazić. Co czuł, idąc na rozstrzelanie; może do końca miał nadzieję, że to coś innego, jakaś pomyłka może… Myślałem, że gdy do jego świadomości dotarła ta straszna rzeczywistość, że być może to już koniec – z pewnością ostatnie myśli i uczucia kierował w stronę ukochanej żony Kazimiery i syna Jaśka – gdyż tak niedawno w listopadzie pisał list jeszcze z Kozielska do matki:
Kochana i droga Mamo! Jestem w Rosji. Jestem zdrów, mieszkamy w pięknej miejscowości kuracyjnej i bardzo dobrze odżywiamy się. Piszę do Mamy, bo nie wiem doprawdy gdzie mam pisać do Kaziuni i to mnie okropnie męczy. Kochana i droga Mamo błagam o to, o ile Kaziunia nie jest u Mamy to proszę ją za wszelką cenę sprowadzić. Nie wiem czy jej z Kolei wypłacili ewakuacyjne, ja jej posłałem z Lublina 150 zł. Niech ona zgłosi się do komendy może otrzyma jaki zasiłek. Okropnie mnie męczy to, że nie wiem co z nią i Jaśkiem, czy on jeszcze leży, może doktor nałożyłby mu okrężny gips na nogę. Nie mogę opisać mej rozpaczy nad ich niepewnym losem, to mnie odbiera zdrowie. Pisałem dużo do Kaziuni z Lublina lecz od niej listu ani jednego nie otrzymałem bo podałem adres na poste restante. Droga Mamo o ile Kaziuni u Mamy nie ma to proszę jej odesłać ten list i niech do mnie odpisze bo mogę otrzymać jeden list na miesiąc i tak będę sam pisał.
Całuję Zygmunt.
Mój adres: C.C.C.P. гop. Koзeльcк Cмoлeнcкaя oблacmь, Пoчmobый ящuк 12.
List z Kozielska, datowany 14 listopada 1939
Wiadomo już, jak okrutną śmiercią ginęli. Ręce skrępowane do tyłu i płaszcze zarzucone na głowę, bo przecież ci młodzi ludzie stawiali opór. I gonitwa spłoszonych myśli, może słowa modlitwy, może pożegnania przesyłane bliskim, którzy niczego nie świadomi czekali na następny list od syna i męża.
Wśród tych zamordowanych był też on, porucznik Karol Zygmunt Wolski, którego dane czytam z listy katyńskiej pod nr 4140. Urodzony 27 kwietnia 1895 roku w Nałęczowie. Studiował mechanikę w Instytucie Technicznym w Kijowie i – jak wynika z zachowanego świadectwa pisanego cyrylicą jeszcze przedrewolucyjną – Instytut przygotowywał z zakresu głównie przedmiotów ścisłych i technicznych, ale była też astronomia i języki: oprócz rosyjskiego francuski i niemiecki. Świadectwo wykazuje wysoką średnią ocen z tych przedmiotów: 7, na maksymalną najwyższą 9, w skali 5–9. Służbę wojskową odbył w stopniu oficera od 1 stycznia do 5 kwietnia 1918 roku. W 1923 roku na przełomie lipca i sierpnia odbył ćwiczenia w rezerwie.
Jako urzędnik pracował w Dyrekcji PKP w Radomiu. Ze zdjęcia w książeczce wojskowej patrzą na mnie uważnie i przenikliwie oczy, takim spojrzeniem, które znam u mego ojca. Dostrzegam podobieństwo w rysach twarzy i czuję tę więź krwi, która łączy pokolenia mojego rodu. Takie właśnie odczucia potwierdza też rysopis zamieszczony w książeczce Stanu Służby Oficerskiej, której odpis znajduje się w moim posiadaniu, a więc: wzrost wysoki, włosy ciemnoblond – szpakowate, oczy jasnoniebieskie, nos prosty, usta średnie, twarz owalna. Czy nie tak podawałbym opis cech mojego ojca, a może także częściowo własnych?
A dziś jestem uczestnikiem wyjazdu do Rosji, który w moim zamierzeniu miał stać się swego rodzaju wycieczką w nieznane. Wyruszyliśmy z Warszawy Gdańskiej w dniu 10 kwietnia 2011. Pociąg relacji Warszawa–Smoleńsk jedzie przez Terespol, gdzie następuje przestawienie – zmiana torów na szersze, rosyjskie. Wygodny wagon sypialny pozwala mi na czytanie mego ulubionego Clancy’ego. Do Smoleńska dojeżdżamy we wczesnych godzinach rannych około 5 w dniu 11 kwietnia. Dojeżdżamy potem autobusami do miejsca katastrofy samolotu prezydenckiego. Mimo iż jest już prawie połowa kwietnia, na polach wokół Smoleńska i w lesie katyńskim leży śnieg. Wszyscy oglądają pień strzaskanej brzozy, potem kamień z pamiątkową tablicą w języku rosyjskim i polskim, uczestniczą w składaniu kwiatów. Ta pierwsza część uroczystości i naszej wyprawy kończy się znów w Smoleńsku, gdzie odwiedzamy cerkiew ze słynnym obrazem Matki Bożej Smoleńskiej i oglądamy historyczne dzwony.
Druga część uroczystości wyjazdowej rozpoczyna się od odwiedzenia stacji Gniezdowo, będącej ostatnią stacją dla przywożonych tu ofiar. Bezpośrednio z wagonów przechodzili do podstawionych tyłem samochodów i byli wiezieni w stronę katyńskiego lasu. I my też jedziemy szlakiem ostatniej drogi mego pradziadka i dziadka moich najbliższych. Dojeżdżamy do wydzielonego i ogrodzonego Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu. Oglądamy tablicę dokumentujące budowę i historię tego miejsca i powoli dochodzimy do ściany z nazwiskami pomordowanych tu ofiar. Odnajdujemy płytę z nazwiskiem mego pradziadka, jego stopniem wojskowym, pełnioną funkcją, datą i miejscem urodzenia. A przede wszystkim z zaznaczonym rokiem 1940 Jego śmierci, do której tak długo nie chcieli przyznać się Rosjanie. W ciszy i skupieniu palimy znicze, dotykamy płyty, zostawiamy tekst modlitwy z wizerunkiem Matki Boskiej Katyńskiej.
Gdy rozpoczyna się część oficjalna uroczystości, przybywają prezydenci Polski i Rosji – Bronisław Komorowski i Dmitrij Miedwiediew. Dla mnie w tej ceremonii najbardziej przejmującym momentem staje się Apel Poległych. To wtedy odczuwałem najsilniej te więzy krwi, które łączą rody i pokolenia – chyba uświadomiłem sobie wtedy, jaką siłę i zobowiązanie ma w sobie nazwisko, które noszę – Wolski, nazwisko oznaczające siłę i moc
Adam Wolski jest synem Macieja Wolskiego (wnuka por. Zygmunta Wolskiego) członka Stowarzyszenia Rodzina Katyńska Katowice od 10 czerwca 2010 roku. W kwietniu 2011 zapisali się jego brat Jacek i syn Adam. Razem odbyli podróż na Cmentarz Katyński w 2011 roku. Maciej Wolski jest autorem ostatniego tomu naszej kroniki w latach 2010–2013.
Ewa Bojanowska-Burak
Adam Wolski, Rodzina Katyńska w Katowicach
Pierwodruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2025

