Adam Wolski, Katyń 2011

Zyg­munt Wol­ski z żoną Kazi­mie­rą (Dro­ho­bycz 1921)

Wol­scy. Szu­ka­jąc w źró­dłach języ­ko­wych ety­mo­lo­gii tego nazwi­ska, stwier­dzić nale­ży, że wszyst­kie źró­dła kie­ru­ją się w stro­nę pod­sta­wy sło­wo­twór­czej brzmią­cej tak samo: wola – z wymia­ną na „e” w rodzi­nie rów­no­le­głej z pra­sło­wem wiel­ki wie­li­ki. W pierw­szym zna­cze­niu nasu­wa się zwią­zek z wyra­zem wol­ność, któ­re już w Psał­te­rzu czy­ni ten wyraz krew­nym rodzi­ny mają­cej wśród pochod­nych słów typ np. wyzwo­lić – pocho­dzą­cych od pra­przod­ka sta­ro-cer­kiew­no-sło­wiań­skie­go wol­ja, wią­żą­ce­go się ści­śle z inny­mi rodzi­na­mi języ­ków sło­wiań­skich, któ­rych źró­dło brzmi welin, welmi – zna­czą­cych siłę i moc.

Takie jest źró­dło – korze­nie, z któ­rych wywo­dzi się nasze rodo­we nazwi­sko. Wspo­mnieć nale­ży, że nosi­ło je wie­lu sław­nych, zna­czą­cych ludzi, że wymie­nię tyl­ko nie­któ­rych:

* Wol­ski Miko­łaj (1553–1630), mar­sza­łek nadwor­ny koron­ny, od 1600 mar­sza­łek wiel­ki koron­ny, od 1616 dyplo­ma­ta

* Wol­ski Miko­łaj (1762–1803), poeta, tłu­macz, pierw­szy prze­tłu­ma­czył m.in. Wese­le Figa­ra de Beaumarchais’ego

* Wol­ski Wacław (1865–1922), inży­nier kon­struk­tor urzą­dzeń wiert­ni­czych, wyna­lazł eks­cen­trycz­ny świ­der wiert­ni­czy, w 1902 roku skon­stru­ował tzw. taran hydrau­licz­ny, od jego nazwi­ska nazwa­ny tara­nem Wol­skie­go do wier­ce­nia uda­ro­we­go.

Zami­ło­wa­nie do tech­ni­ki w sze­ro­kim tego sło­wa zna­cze­niu mają Wol­scy w mojej rodzi­nie od poko­leń. Tech­nicz­ne myśle­nie i głę­bo­ka umy­sło­wość były głów­ny­mi cecha­mi zało­ży­cie­la ostat­nich poko­leń Wol­skich – moje­go pra­dziad­ka Zyg­mun­ta, o któ­rym chcę opo­wie­dzieć.

Zyg­munt to dzia­dek moje­go ojca Macie­ja i wła­śnie moje myśli i reflek­sje osnu­te zosta­ły wokół tej posta­ci w związ­ku z wypra­wą do Katy­nia w dniach mię­dzy 10 a 13 kwiet­nia 2011 roku. Wypra­wa z Rodzi­ną Katyń­ską do Rosji w rocz­ni­cę mor­du katyń­skie­go nie­ocze­ki­wa­nie obu­dzi­ła we mnie chęć pozna­nia histo­rii życia moje­go pra­dziad­ka i jego męczeń­skiej śmier­ci w 1940 roku z rąk sowiec­kich zbrod­nia­rzy. Z ini­cja­ty­wy moje­go ojca zosta­łem uczest­ni­kiem wypra­wy do Katy­nia dokład­nie w 71. rocz­ni­cę tej nie­sa­mo­wi­tej zbrod­ni. Ojciec mój ze swo­im bra­tem Jac­kiem posta­no­wi­li odwie­dzić miej­sce zło­że­nia pro­chów nasze­go przod­ka wraz z tysią­ca­mi innych znaj­du­ją­cych się na liście katyń­skiej. Dotknąć tabli­cy z Jego nazwi­skiem, zło­żyć kwia­ty i zapa­lić zni­cze razem z bli­ski­mi innych pomor­do­wa­nych tyl­ko za to, że sta­no­wi­li eli­tę inte­lek­tu­al­ną przed­wo­jen­nej Pol­ski. Zamor­do­wa­nych strza­łem w tył gło­wy, do koń­ca nie­wie­rzą­cych w swój okrut­ny los. Prze­cież jako jeń­cy powin­ni być na spe­cjal­nych pra­wach, bo zawsze tak od wie­ków było – jeń­ców się nie zabi­ja­ło nawet w naj­okrut­niej­szych woj­nach. Tak zgi­nę­ło tysią­ce ludzi mło­dych, bo wte­dy gdy Zyg­munt ginął miał zale­d­wie 45 lat, a więc był młod­szy o 8 lat od moje­go Ojca, mają­ce­go obec­nie 53 lata.

Moje począt­ko­we odczu­cia zwią­za­ne z tą zbrod­nią nie mia­ły takie­go same­go wymia­ru. Byłem dosyć obo­jęt­nym widzem w maju 2005 roku, gdy odwie­dzi­łem z Ojcem Muzeum Katyń­skie, sta­no­wią­ce Oddział Muzeum Woj­ska Pol­skie­go w War­sza­wie. Muzeum Katyń­skie to pierw­sza w świe­cie pla­ców­ka mar­ty­ro­lo­gicz­no-muze­al­no-badaw­cza, doku­men­tu­ją­ca Zbrod­nię Katyń­ską, popeł­nio­ną na 22 tysią­cach jeń­ców i więź­niów prze­trzy­my­wa­nych w latach 1939–1940 w sowiec­kich obo­zach i wię­zie­niach. W pla­ców­ce znaj­du­ją się np. zbio­ry zdjęć ofiar uło­żo­ne alfa­be­tycz­nie według pierw­szych liter imie­nia. Znaj­du­ją się też bile­ty, róż­ne blan­kie­ty, cybu­chy, faj­ki, dowo­dy oso­bi­ste, cygar­nicz­ki, dyplo­my, figu­ry sza­cho­we, róż­no­rod­ne etui; może też zna­la­zł­bym wizy­tów­ki, któ­re zna­le­zio­no przy moim pra­dziad­ku. Ze wzglę­du na to, że inte­re­so­wa­ły mnie zawsze mili­ta­ria, oglą­da­łem te pamiąt­ki, jak się oglą­da eks­po­na­ty muze­al­ne. Te wydo­by­te po latach z zie­mi oczysz­czo­ne manier­ki, guzi­ki, sprzącz­ki czy też reszt­ki mun­du­rów nie czy­ni­ły na mnie więk­sze­go wra­że­nia. Jakoś nie umia­łem przy­pi­sy­wać ich kon­kret­nym oso­bom. Tym samym nie dostrze­głem poza nimi oso­by moje­go pra­dziad­ka Zyg­mun­ta.

Katyń – to sło­wo zaczę­ło mieć swo­ją wagę dopie­ro po kil­ku latach. Już wie­dzia­łem, że jest to wio­ska pod Smo­leń­skiem, któ­ra przez lata skry­wa­ła tajem­ni­cę. Wie­dzia­łem, że maso­we gro­by odkry­li w 1943 roku przy­mu­so­wi robot­ni­cy, któ­rzy dowie­dzie­li się o tym od miej­sco­wej lud­no­ści. I cho­ciaż przez dzie­siąt­ki lat nazwa Katyń nie ist­nia­ła w pod­ręcz­ni­kach histo­rii, a o tych tysią­cach ofi­ce­rów, duchow­nych, urzęd­ni­ków, nauczy­cie­li, leka­rzy tam uśmier­ca­nych nie wol­no było mówić, praw­da wyszła na jaw i zwy­cię­ży­ła. Po wie­lu latach mil­cze­nia, kłamstw, oszczerstw i poszu­ki­wań praw­dy my, rodzi­ny spo­czy­wa­ją­cych w tym tra­gicz­nym lesie na Kozich Górach, może­my teraz oddać im hołd. Dla­te­go wła­śnie w dniu 13 kwiet­nia, usta­no­wio­nym Dniem Pamię­ci Ofiar Zbrod­ni Katyń­skiej, tam się z ojcem i wuj­kiem zna­la­złem. Dopie­ro wte­dy w tam­tym miej­scu myśla­łem o losie Zyg­mun­ta, moje­go pra­dziad­ka. Moja wyobraź­nia odtwa­rza­ła tam­ten czas odda­lo­ny ode mnie ponad 70 lat, ale miej­sce było to samo. Z pew­no­ścią tę odle­głość cza­so­wą ina­czej niż ja odbie­ra­li dwaj Jego wnu­ko­wie: mój ojciec i wujek Jacek. Ich dzie­li­ły od pra­dziad­ka dwa poko­le­nia, a wła­ści­wie jed­no, bo ich ojciec Jan był synem Zyg­mun­ta, przed któ­re­go tabli­cą sta­nę­li­śmy.

Był kwiet­nio­wy dzień, tak jak wte­dy, ale co prze­ży­wał – trud­no z pew­no­ścią mi było to sobie wyobra­zić. Co czuł, idąc na roz­strze­la­nie; może do koń­ca miał nadzie­ję, że to coś inne­go, jakaś pomył­ka może… Myśla­łem, że gdy do jego świa­do­mo­ści dotar­ła ta strasz­na rze­czy­wi­stość, że być może to już koniec – z pew­no­ścią ostat­nie myśli i uczu­cia kie­ro­wał w stro­nę uko­cha­nej żony Kazi­mie­ry i syna Jaś­ka – gdyż tak nie­daw­no w listo­pa­dzie pisał list jesz­cze z Koziel­ska do mat­ki:

Kocha­na i dro­ga Mamo! Jestem w Rosji. Jestem zdrów, miesz­ka­my w pięk­nej miej­sco­wo­ści kura­cyj­nej i bar­dzo dobrze odży­wia­my się. Piszę do Mamy, bo nie wiem dopraw­dy gdzie mam pisać do Kaziu­ni i to mnie okrop­nie męczy. Kocha­na i dro­ga Mamo bła­gam o to, o ile Kaziu­nia nie jest u Mamy to pro­szę ją za wszel­ką cenę spro­wa­dzić. Nie wiem czy jej z Kolei wypła­ci­li ewa­ku­acyj­ne, ja jej posła­łem z Lubli­na 150 zł. Niech ona zgło­si się do komen­dy może otrzy­ma jaki zasi­łek. Okrop­nie mnie męczy to, że nie wiem co z nią i Jaś­kiem, czy on jesz­cze leży, może dok­tor nało­żył­by mu okręż­ny gips na nogę. Nie mogę opi­sać mej roz­pa­czy nad ich nie­pew­nym losem, to mnie odbie­ra zdro­wie. Pisa­łem dużo do Kaziu­ni z Lubli­na lecz od niej listu ani jed­ne­go nie otrzy­ma­łem bo poda­łem adres na poste restan­te. Dro­ga Mamo o ile Kaziu­ni u Mamy nie ma to pro­szę jej ode­słać ten list i niech do mnie odpi­sze bo mogę otrzy­mać jeden list na mie­siąc i tak będę sam pisał.
Cału­ję Zyg­munt.
Mój adres: C.C.C.P. гop. Koзe­льcк Cмo­лe­нcкaя oблac­mь, Пoчmo­bый ящuк 12.     

List z Koziel­ska, dato­wa­ny 14 listo­pa­da 1939

Wia­do­mo już, jak okrut­ną śmier­cią ginę­li. Ręce skrę­po­wa­ne do tyłu i płasz­cze zarzu­co­ne na gło­wę, bo prze­cież ci mło­dzi ludzie sta­wia­li opór. I goni­twa spło­szo­nych myśli, może sło­wa modli­twy, może poże­gna­nia prze­sy­ła­ne bli­skim, któ­rzy nicze­go nie świa­do­mi cze­ka­li na następ­ny list od syna i męża.

Wśród tych zamor­do­wa­nych był też on, porucz­nik Karol Zyg­munt Wol­ski, któ­re­go dane czy­tam z listy katyń­skiej pod nr 4140. Uro­dzo­ny 27 kwiet­nia 1895 roku w Nałę­czo­wie. Stu­dio­wał mecha­ni­kę w Insty­tu­cie Tech­nicz­nym w Kijo­wie i – jak wyni­ka z zacho­wa­ne­go świa­dec­twa pisa­ne­go cyry­li­cą jesz­cze przed­re­wo­lu­cyj­ną – Insty­tut przy­go­to­wy­wał z zakre­su głów­nie przed­mio­tów ści­słych i tech­nicz­nych, ale była też astro­no­mia i języ­ki: oprócz rosyj­skie­go fran­cu­ski i nie­miec­ki. Świa­dec­two wyka­zu­je wyso­ką śred­nią ocen z tych przed­mio­tów: 7, na mak­sy­mal­ną naj­wyż­szą 9, w ska­li 5–9. Służ­bę woj­sko­wą odbył w stop­niu ofi­ce­ra od 1 stycz­nia do 5 kwiet­nia 1918 roku. W 1923 roku na prze­ło­mie lip­ca i sierp­nia odbył ćwi­cze­nia w rezer­wie.

Jako urzęd­nik pra­co­wał w Dyrek­cji PKP w Rado­miu. Ze zdję­cia w ksią­żecz­ce woj­sko­wej patrzą na mnie uważ­nie i prze­ni­kli­wie oczy, takim spoj­rze­niem, któ­re znam u mego ojca. Dostrze­gam podo­bień­stwo w rysach twa­rzy i czu­ję tę więź krwi, któ­ra łączy poko­le­nia moje­go rodu. Takie wła­śnie odczu­cia potwier­dza też ryso­pis zamiesz­czo­ny w ksią­żecz­ce Sta­nu Służ­by Ofi­cer­skiej, któ­rej odpis znaj­du­je się w moim posia­da­niu, a więc: wzrost wyso­ki, wło­sy ciem­no­blond – szpa­ko­wa­te, oczy jasno­nie­bie­skie, nos pro­sty, usta śred­nie, twarz owal­na. Czy nie tak poda­wał­bym opis cech moje­go ojca, a może tak­że czę­ścio­wo wła­snych?

A dziś jestem uczest­ni­kiem wyjaz­du do Rosji, któ­ry w moim zamie­rze­niu miał stać się swe­go rodza­ju wyciecz­ką w nie­zna­ne. Wyru­szy­li­śmy z War­sza­wy Gdań­skiej w dniu 10 kwiet­nia 2011. Pociąg rela­cji Warszawa–Smoleńsk jedzie przez Tere­spol, gdzie nastę­pu­je prze­sta­wie­nie – zmia­na torów na szer­sze, rosyj­skie. Wygod­ny wagon sypial­ny pozwa­la mi na czy­ta­nie mego ulu­bio­ne­go Clancy’ego. Do Smo­leń­ska dojeż­dża­my we wcze­snych godzi­nach ran­nych oko­ło 5 w dniu 11 kwiet­nia. Dojeż­dża­my potem auto­bu­sa­mi do miej­sca kata­stro­fy samo­lo­tu pre­zy­denc­kie­go. Mimo iż jest już pra­wie poło­wa kwiet­nia, na polach wokół Smo­leń­ska i w lesie katyń­skim leży śnieg. Wszy­scy oglą­da­ją pień strza­ska­nej brzo­zy, potem kamień z pamiąt­ko­wą tabli­cą w języ­ku rosyj­skim i pol­skim, uczest­ni­czą w skła­da­niu kwia­tów. Ta pierw­sza część uro­czy­sto­ści i naszej wypra­wy koń­czy się znów w Smo­leń­sku, gdzie odwie­dza­my cer­kiew ze słyn­nym obra­zem Mat­ki Bożej Smo­leń­skiej i oglą­da­my  histo­rycz­ne dzwo­ny.

Dru­ga część uro­czy­sto­ści wyjaz­do­wej roz­po­czy­na się od odwie­dze­nia sta­cji Gniez­do­wo, będą­cej ostat­nią sta­cją dla przy­wo­żo­nych tu ofiar. Bez­po­śred­nio z wago­nów prze­cho­dzi­li do pod­sta­wio­nych tyłem samo­cho­dów i byli wie­zie­ni w stro­nę katyń­skie­go lasu. I my też jedzie­my szla­kiem ostat­niej dro­gi mego pra­dziad­ka i dziad­ka moich naj­bliż­szych. Dojeż­dża­my do wydzie­lo­ne­go i ogro­dzo­ne­go Pol­skie­go Cmen­ta­rza Wojen­ne­go w Katy­niu. Oglą­da­my tabli­cę doku­men­tu­ją­ce budo­wę i histo­rię tego miej­sca i powo­li docho­dzi­my do ścia­ny z nazwi­ska­mi pomor­do­wa­nych tu ofiar. Odnaj­du­je­my pły­tę z nazwi­skiem mego pra­dziad­ka, jego stop­niem woj­sko­wym, peł­nio­ną funk­cją, datą i miej­scem uro­dze­nia. A przede wszyst­kim z zazna­czo­nym rokiem 1940 Jego śmier­ci, do któ­rej tak dłu­go nie chcie­li przy­znać się Rosja­nie. W ciszy i sku­pie­niu pali­my zni­cze, doty­ka­my pły­ty, zosta­wia­my tekst modli­twy z wize­run­kiem Mat­ki Boskiej Katyń­skiej.

Gdy roz­po­czy­na się część ofi­cjal­na uro­czy­sto­ści, przy­by­wa­ją pre­zy­den­ci Pol­ski i Rosji – Bro­ni­sław Komo­row­ski i Dmi­trij Mie­dwie­diew. Dla mnie w tej cere­mo­nii naj­bar­dziej przej­mu­ją­cym momen­tem sta­je się Apel Pole­głych. To wte­dy odczu­wa­łem naj­sil­niej te wię­zy krwi, któ­re łączą rody i poko­le­nia – chy­ba uświa­do­mi­łem sobie wte­dy, jaką siłę i zobo­wią­za­nie ma w sobie nazwi­sko, któ­re noszę – Wol­ski, nazwi­sko ozna­cza­ją­ce siłę i moc

Adam Wol­ski jest synem Macie­ja Wol­skie­go (wnu­ka por. Zyg­mun­ta Wol­skie­go) człon­ka Sto­wa­rzy­sze­nia Rodzi­na Katyń­ska Kato­wi­ce od 10 czerw­ca 2010 roku. W kwiet­niu 2011 zapi­sa­li się jego brat Jacek i syn Adam. Razem odby­li podróż na Cmen­tarz Katyń­ski w 2011 roku. Maciej Wol­ski jest auto­rem ostat­nie­go tomu naszej kro­ni­ki w latach 2010–2013.

Ewa Boja­now­ska-Burak

Adam Wol­ski, Rodzi­na Katyń­ska w Kato­wi­cach

Pier­wo­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2025