Jerzy Gawor, Katyń (kwiecień 2011)

Każ­dy ma swo­je wła­sne powo­dy, dla któ­rych wybie­ra się w podróż do Katy­nia. Zwłasz­cza obec­nie. Zna­la­złem się w gru­pie zapro­szo­nych przez Kan­ce­la­rię Pre­zy­den­ta RP osób, z gro­na Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich. Po zeszło­rocz­nej tra­ge­dii Las Katyń­ski przy­cią­ga ze zdwo­jo­ną siłą. Zde­cy­do­wa­łem się po raz pierw­szy odwie­dzić grób moje­go dziad­ka, porucz­ni­ka rezer­wy, leka­rza wete­ry­na­rii Kazi­mie­rza Ści­ślew­skie­go.

Start samo­lo­tu zapla­no­wa­no z woj­sko­we­go lot­ni­ska na Okę­ciu o 4.30. W sali głów­nej zebra­ło się wie­le zna­jo­mych twa­rzy, któ­re codzien­nie oglą­da się na ekra­nie lub poprzez szpa­ler ochro­nia­rzy, oraz gru­pa nie­pew­nie roz­glą­da­ją­cych się wokół zwy­kłych oby­wa­te­li. Nor­mal­ne życie bie­gło obok tego wyda­rze­nia swo­im wła­snym torem – pół godzi­ny przed naszym odlo­tem wyru­sza sil­na dele­ga­cja rzą­do­wo-biz­ne­so­wa do Anka­ry.

Syl­wet­ki gene­ra­łów, dostoj­ni­ków kościel­nych i dygni­ta­rzy prze­wi­ja­ją się obok zmę­czo­nych życiem ubra­nych w żałob­ne stro­je star­szych ludzi. Łączy nas wszyst­kich posia­da­nie iden­ty­fi­ka­to­ra zawie­szo­ne­go na szyi, a dodat­ko­wo wypo­sa­żo­no nas we wstąż­ki żałob­ne do wbi­cia w kla­pę.

Roz­pacz nie zna słów – cze­go nie napi­sa­ło­by się lub powie­dzia­ło o Katy­niu – i tak zawsze pozo­sta­nie nie­do­mó­wie­nie i pust­ka. Posta­no­wi­łem spi­sać tyl­ko swo­je wra­że­nia na gorą­co i potem nie uzu­peł­niać tre­ści dodat­ko­wy­mi infor­ma­cja­mi.

Wej­ście do samo­lo­tu z napi­sem „Rzecz­po­spo­li­ta Pol­ska” z kar­tą pokła­do­wą bez wyzna­czo­ne­go miej­sca jest szcze­gól­nym prze­ży­ciem. Bez­pie­czeń­stwo i pro­ce­du­ry są jak w przy­pad­ku nor­mal­ne­go lotu, ale czu­je się wyjąt­ko­wość sytu­acji. Ludzie są bar­dziej uprzej­mi, sku­pie­ni i wyci­sze­ni.

Leci­my na spo­tka­nie słoń­ca – na wschód. Już po chwi­li nie ma potrze­by korzy­sta­nia ze świa­tła – bo pro­mie­nie sło­necz­ne wpa­da­ją do kok­pi­tu. Nie ma salon­ki. Pre­zy­dent prze­by­wa na pokła­dzie ze wszyst­ki­mi i z każ­dym przy­wi­tał się ser­decz­nie.

W trak­cie lotu roz­mo­wy są luź­ne, obok wspo­mnień oma­wia­ne są spra­wy bie­żą­ce, nor­mal­ne, wręcz przy­ziem­ne. Wszy­scy wie­my, dokąd i dla­cze­go leci­my. Cze­ka na nas auto­bus i 5‑godzinna jaz­da z Moskwy do Smo­leń­ska. Dba­ją o nas i ota­cza­ją­ce zewsząd ze stro­ny orga­ni­za­to­rów wyjaz­du sza­cu­nek i tro­ska są nama­cal­ne. Dystans mię­dzy dostoj­ni­ka­mi i zwy­kły­mi piel­grzy­ma­mi zmniej­sza się do mini­mum.

Bez odpra­wy i bez kon­tro­li wyszli­śmy po czer­wo­nym dywa­nie na pły­tę lot­ni­ska Wnu­ko­wo. W pada­ją­cym desz­czu, obok salu­tu­ją­cych żoł­nie­rzy i wita­ją­cych się waż­nych osób prze­szli­śmy do auto­bu­sów.

Zatło­czo­ne i zakor­ko­wa­ne uli­ce Moskwy prze­ci­na­my z eskor­tą mili­cyj­ną na sygna­le. Widzę zresz­tą, że tak poru­sza się kil­ka innych kolumn i to w obie stro­ny. Sły­chać roz­mo­wy osób z oto­cze­nia Pre­zy­den­ta, któ­rych tema­tem jest spra­wa tabli­cy pamiąt­ko­wej na lot­ni­sku „Sie­wier­no­je” i war­ty hono­ro­wej przy niej.

Odwie­dza­my miej­sce zeszło­rocz­nej kata­stro­fy. Miej­sce zupeł­nie nie zdra­dza żad­nej sym­bo­li­ki. Pew­nie tak po pro­stu wyglą­da oko­li­ca woj­sko­we­go lot­ni­ska. Wokół wozy trans­mi­syj­ne róż­nych tele­wi­zji i licz­ni gapie. W jed­ną stro­nę od miej­sca ude­rze­nia o zie­mię jest kil­ka­set metrów do ruchli­wej auto­stra­dy, w dru­gą – blo­ki miesz­kal­ne. Samo­lot musiał lecieć nad uli­cą i obok budyn­ków.

Wresz­cie rusza­my w stro­nę Katy­nia. To jesz­cze kil­ka­na­ście kilo­me­trów. Mija­my sta­cję kole­jo­wą, na któ­rej opróż­nia­no wię­zien­ne wago­ny.

Za oknem prze­bie­ga­ją smut­ne wido­ki – las bez śla­du wio­sny z poła­cia­mi śnie­gu i pełen zimo­we­go bło­ta. Jeśli wię­zie­ni do Katy­nia żoł­nie­rze widzie­li cokol­wiek przez ścia­ny więź­nia­rek – mogli zoba­czyć pew­nie podob­ną kwiet­nio­wą rze­czy­wi­stość. Wzdłuż tra­sy łatwo zauwa­żyć bar­dzo dużo umun­du­ro­wa­nych żoł­nie­rzy lub innych funk­cjo­na­riu­szy for­ma­cji ochron­nych.

Dojeż­dża­my i wcho­dzi­my obok kom­pa­nii hono­ro­wej woj­ska pol­skie­go przez bra­mę na teren cmen­ta­rza. Smut­ny las, śnieg, cisza i two­rzą­ce kom­pleks pomni­ka ścia­ny pokry­te epi­ta­fij­ny­mi tablicz­ka­mi. W środ­ku plac z roz­rzu­co­ny­mi i ozna­czo­ny­mi doła­mi śmier­ci. Nie potrze­ba tu żad­nych prze­wod­ni­ków. Jestem tu pierw­szy raz, ale mam wra­że­nie, że znam dobrze to miej­sce. Zim­no, choć przez chmu­ry co chwi­la prze­bi­ja się słoń­ce.

W samot­no­ści odby­wam spa­cer po cmen­ta­rzu. Naj­więk­sze wra­że­nie robi na mnie ilość tabli­czek, nazwisk, poje­dyn­czych ludz­kich histo­rii. Powo­li wzrok prze­bie­ga po imio­nach, nazwi­skach, stop­niach i wyko­ny­wa­nych zawo­dach. Prze­ra­ża ogrom stra­ty inte­lek­tu­al­nej i pla­no­wy cha­rak­ter zbrod­ni. Z roz­mo­wy z rabi­nem Schu­dri­chem wyni­ka, że on ma podob­ne prze­my­śle­nia. Spo­ty­kam dele­ga­cję Rodzin Katyń­skich. Przy­je­cha­li pocią­giem. W dele­ga­cji są moi Rodzi­ce i wie­le zaprzy­jaź­nio­nych osób z całej Pol­ski.

Nad cmen­ta­rzem zawie­szo­ne są obok sie­bie fla­ga Pol­ski i Rosji. Wyda­je mi się, że obie łopo­czą w zgod­nym ryt­mie i z podob­ną dostoj­no­ścią. Bez prze­rwy przy­cho­dzą do gło­wy pyta­nia i narzu­ca­ją się odpo­wie­dzi. „Dla­cze­go tak się sta­ło?” Nie moż­na nie­ludz­kie­go sys­te­mu pod­da­wać oce­nie kry­te­ria­mi ludz­ki­mi. „Jaki jest zwią­zek Katy­nia z pol­ską codzien­no­ścią?” Wciąż pła­ci­my za Katyń jako­ścią „elit” i pozio­mem dys­pu­ty publicz­nej. Co dalej, Rodzi­no Katyń­ska? Reha­bi­li­ta­cja i iden­ty­fi­ka­cja wszyst­kich ofiar aż do ostat­niej tablicz­ki. „Jaki jest roz­miar kłam­stwa katyń­skie­go?” Do dzi­siaj mam wra­że­nie, że żyje ono wła­snym życiem i odra­sta… „Czy obec­ność dzi­siaj pre­zy­den­ta Rosji coś zmie­ni?” Taką mam nadzie­ję, że to będzie kolej­ny mały krok w stro­nę tego, na czym rodzi­nom naj­bar­dziej zale­ży: na reha­bi­li­ta­cji ofiar.

Ludzie odwie­dza­ją swo­ich bli­skich. Szu­ka­ją zna­jo­mych nazwisk. Pod­pa­la­ją zni­cze, ukła­da­ją foto­gra­fie, wci­ska­ją kwia­ty w szpa­ry pomię­dzy epi­ta­fia­mi. Z pozo­ru jak pod­czas świę­ta zmar­łych. To jed­nak nie jest zwy­kły cmen­tarz. Na zwy­kłym cmen­ta­rzu jest mniej sprze­ci­wu wobec śmier­ci i jej prze­bie­gu. Na zwy­kłym cmen­ta­rzu łatwiej odnieść utra­tę bli­skich do pew­nych spraw osta­tecz­nych, któ­re po pro­stu dzie­ją się w bio­lo­gii i życiu, bo taka jest kolej rze­czy. Na zwy­kłym cmen­ta­rzu są pomie­sza­ne bar­dzo róż­ne losy i dra­ma­ty spo­czy­wa­ją­cych ludzi. W Katy­niu wszyst­ko jest połą­czo­ne nie­ludz­kim mecha­ni­zmem zapla­no­wa­nej zagła­dy.

Po spa­ce­rze moż­na było usiąść i cze­kać. Bar­dzo dłu­go trwa­ło, zanim roz­po­czę­ły się uro­czy­sto­ści. Eku­me­nicz­ne nabo­żeń­stwo, hołd odda­ny zamor­do­wa­nym przez obu pre­zy­den­tów, apel pole­głych, odczy­ta­ny moc­nym i dra­ma­tycz­nie pew­nym gło­sem ofi­ce­ra kom­pa­nii repre­zen­ta­cyj­nej. Sal­wa hono­ro­wa według stan­dar­dów ochro­ny pre­zy­den­ta Fede­ra­cji Rosyj­skiej była podob­no zna­czą­cym kom­pro­mi­sem wobec stro­ny pol­skiej, gdyż w naj­bliż­szym oto­cze­niu gło­wy pań­stwa rosyj­skie­go nie wol­no uży­wać bro­ni.

Z dużym opóź­nie­niem roz­po­czę­ły się: Msza kato­lic­ka, prze­mó­wie­nia pre­zy­den­ta Bro­ni­sła­wa Komo­row­skie­go i pani pre­zes Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich Iza­bel­li Sariusz-Skąp­skiej.

71 lat wstecz w tym miej­scu nie było cicho. Czy nie­bo i sosny nad gło­wa­mi zabi­ja­nych ofi­ce­rów mogły wyglą­dać tak samo, jak 11 kwiet­nia 2011?

Zie­mia zmar­z­nię­ta, ale coraz wię­cej miejsc pozba­wio­nych już śnie­gu. Pol­ska cho­rą­giew­ka łatwo wcho­dzi w roz­mię­ka­ją­cy powo­li grunt.

Zapa­da­ją w pamięć sło­wa pre­zy­den­ta Komo­row­skie­go o toż­sa­mo­ści naro­du i wadze cmen­ta­rza katyń­skie­go dla niej. Pre­zes Sariusz-Skąp­ska daje waż­ną prze­stro­gę przed grze­chem zapo­mnie­nia. Wspo­mi­nam naukę w kaza­niu bisku­pa Guzd­ka o koniecz­nej do zauwa­że­nia róż­ni­cy mię­dzy pamię­cią i pamię­tli­wo­ścią.

Pię­cio­go­dzin­ny powrót auto­bu­sem, lot i jaz­da samo­cho­dem do Kra­ko­wa to czas na reflek­sje. Jak echo w każ­dej myśli powra­ca przy­to­czo­ny w cza­sie mszy cytat biblij­ny aby „kamie­nie wołać nie musia­ły”. Dla­te­go napi­sa­łem i odda­łem do publicz­nej wia­do­mo­ści ten tekst.

Jerzy Gawor, Rodzi­na Katyń­ska w Opo­lu

Pier­wo­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2011–2012, numer tema­tycz­ny: Bykow­nia 2012