21 września 2012 roku odbyło się uroczyste otwarcie i poświęcenie Polskiego Cmentarza Wojennego w Bykowni pod Kijowem. Na uczczenie tego miejsca czekaliśmy ponad 70 lat.
Obie z Siostrą, Marią Tarasiuk, uczestniczyłyśmy w tej podniosłej, perfekcyjnie zorganizowanej uroczystości. Przeżywałam ją w ogólnym aspekcie moralnym i międzynarodowym. Prawdy o zbrodni nie dało się zafałszować. Ekshumacji grobów zbiorowych i pochówku, mimo poważnych przeszkód, dokonali polscy i ukraińscy specjaliści. Jest to obok siebie położone miejsce pamięci wielu narodów, otwarte w obecności prezydentów Polski i Ukrainy. Na powyższe myśli nakładał się silnie odczuwalny, stale żywy aspekt osobisty. To jest miejsce pamięci także o naszym Ojcu.
Ojciec
Kazimierz Baran, syn Heleny i Adama, urodził się 8 czerwca 1902 roku w Przemyślu. W trzy lata po nim przyszedł na świat jego młodszy brat Tadeusz, późniejszy znany teatrolog i pisarz emigracyjny, Tymon Terlecki (Przemyśl 1905–2000 Oxford). Chłopcy wcześnie stracili ojca (zmarł na serce w 1911, niektóre biogramy podają rok 1908). Wychowywani byli głównie przez matkę, która w 1914 roku wyszła za mąż za Antoniego Węgla. Dzieci nie zaakceptowały ojczyma. Znajduje to potwierdzenie w jednej z relacji stryja[1], choć nie wiem, w jakim stopniu Ojciec podzielał tę opinię. W 1915 roku rodzina przeniosła się do Lwowa i tam już Kazimierz pobierał naukę w szkole średniej. Jako 16-letni chłopak uczestniczył w Obronie Lwowa, o czym też wiemy z pisarstwa Tymona Terleckiego[2]. Studia wyższe odbył w Politechnice Lwowskiej na Oddziale Lasowym Wydziału Rolniczo-Lasowego[3]. W latach 1927–1929 jako inżynier leśnik pracował w Katedrze Botaniki Lasowej w charakterze starszego asystenta. Równocześnie „Kalendarz Leśny” z roku 1928 wykazuje inż. Kazimierza Barana w składzie pracowników Wydziału Gospodarczo-Techniczego DLP we Lwowie, zaś w „Kalendarzu Leśnym” z roku 1935, gdy dyrektorem Lwowskiej DLP jest Konrad Szubert, Ojciec wymieniony jest jako kierownik Biura Użytkowania i Zbytu Drewna.
Nasi Rodzice pobrali się 20 sierpnia 1929 roku. Być może porzucenie kariery naukowej i przejście do pracy w Lwowskiej DLP było związane z potrzebą zwiększenia zarobków na utrzymanie rodziny. Nie wiem, w jakich okolicznościach Rodzice się poznali. Dla nas, oddalonych teraz od Lwowa, znamienne jest, że wejście do Lwowskiej Szkoły Lasowej (ul. św. Marka 1), gdzie mieściły się eksponaty Katedry Botaniki, a w dużym ogrodzie, zalesionym oryginalnymi drzewami, jej poletka doświadczalne, znajdowało się dokładnie naprzeciw kamienicy przy św. Marka 12, w której mieszkały ze swą babcią kształcące się we Lwowie siostry Schoferówny z Zaszkowa, powiat Złoczów, w tym najstarsza z nich, późniejsza moja Matka, Janina Baranowa. Było to też mieszkanie naszego najwcześniejszego dzieciństwa. Trzy duże okna salonu na I piętrze wychodziły na ten ogród. Przekaz rodzinny głosi, że w jakimś „kryzysowym” momencie znajomości Rodziców młodsze siostry w jednym z tych okien wystawiły dużą lalkę z wyciągniętymi ramionami i to miało się przyczynić do zażegnania „konfliktu”.
Ojciec był człowiekiem towarzyskim i serdecznym. Pamiętam jego radosne zabawy z nami, a nawet to, że zabrał mnie kiedyś na mecz Lwowskiej „Pogoni”, której był entuzjastycznym kibicem, czego już nie zdążył mi zaszczepić. Pamiętam atmosferę szczęśliwego dostatniego domu, w którym zawsze była z nami pogodna Mama, czasem dochodząca niania, a w kuchni krzątała się, mieszkająca z nami, kucharka Ewcia. Codzienne powroty Ojca z pracy były celebrowane. Czyściutkie, na świeżo uczesane wybiegałyśmy do przedpokoju na powitanie, po czym zasiadaliśmy do wspólnego obiadu. Mówię o tym dla podkreślenia kontrastu, w jakim znalazła się Janina Baranowa sama z dziećmi na Syberii, i ile musiała mieć hartu ducha, aby pokonywać trudności i doprowadzić córki do niebanalnych osiągnięć w dorosłym życiu[4].
Szczególnie utkwiły mi w pamięci radosne święta i domowe spotkania towarzyskie dorosłych, podczas których dzieci po przywitaniu się odchodziły z nianią do innego pokoju.
Z opowiadań Matki raczej niż z własnej pamięci znam nazwiska niektórych bliższych Ojcu osób, z jakimi współpracował, zwłaszcza wśród leśników. Przyjacielem Ojca, zapewne już od czasów studiowania leśnictwa na tym samym Oddziale Lasowym Politechniki Lwowskiej, był Franciszek Krzysik (1902–1980), w latach 1925–1927 starszy asystent w Katedrze Botaniki Lasowej, następnie (1927–1937) starszy asystent i wykładowca w Katedrze Użytkowania Lasu i mechanicznej technologii drewna, gdzie się doktoryzował (1928) i habilitował (1934), zdobył tytuł profesora i w latach 1939–1941 kierował Katedrą Użytkowania Lasu. Profesor Franciszek Krzysik był dla leśnictwa osobą wszechstronnie zasłużoną jako autor prac naukowych i podręczników, organizator służby leśnej i nauki o lesie oraz wychowawca kilku pokoleń leśników[5]. Na nowo, już jako dorosła, poznałam profesora po powrocie do kraju. Nawiązał z nami kontakt, bywał w naszym domu. Po maturze radziłam się go co do wyboru kierunku studiów. Jako prorektor od spraw nauki SGGW zachęcał mnie do wyboru któregoś z wydziałów tej uczelni, a zwłaszcza technologii drewna. Ja jednak, przez lata pozbawiona słowa polskiego, wybrałam jako studia podstawowe polonistykę. Powtórzył się między mną i Siostrą podział zainteresowań rodzinnych: Ojca (nauki ścisłe) i jego brata Tadeusza (szeroko rozumiana humanistyka).
Z innych bliskich Ojcu współpracowników wymienić mogę inżynierów leśników Tadeusza Schwetza i Jerzego Wardzałę, którzy figurują w „Kalendarzu Leśnym” 1928 jako pracownicy Wydziału Gospodarczo-Technicznego Lwowskiej DLP, i nazwisko państwa Wiśniowskich, którzy bywali w naszym domu. Nie pamiętając imienia, nie mogę jednak powiedzieć, o którego z kilku leśników chodzi, czy o Aleksandra, który pracował z Ojcem w tym samym czasie w Katedrze Botaniki Lasowej PL, czy o Stanisława, kierownika Biura Osobowego („Kalendarz Leśny” 1935), czy jeszcze o kogoś innego z grona absolwentów Politechniki Lwowskiej, gdzie to nazwisko powtarza się kilkakrotnie. Żona Tadeusza Schwetza, Tosia, była moją matką chrzestną. Spotkał ją z dwojgiem dzieci, Alą i Markiem, podobny los do naszego. Wyszła jednak z ZSRR z armią Andersa. Przez jakiś czas mieszkała w Londynie i wówczas odwiedzał ją mój mąż Wiktor, przebywający w Anglii na stażu naukowym. Z tego czasu mamy wiadomość, że Tadeusz Schwetz zmarł w ZSRR w drodze do Andersa. Z Londynu Tosia Schwetzowa wyjechała do Australii.
Konkretne wspomnienie z dzieciństwa wiąże się też z dyrektorem Janem Markiewiczem i jego domem. Niedługo przed wojną z jakiejś leśnej inspekcji panowie dyrektorzy przywieźli maleńkiego niedźwiadka, którym z jakichś względów trzeba się było zaopiekować. Przez jakiś czas niedźwiadek ten chował się w ogrodzie dyrektora, a Ojciec kilkakrotnie bywał tam z nami, żebyśmy się mogły pod jego okiem dokładnie przyjrzeć prawdziwemu niedźwiadkowi, a nawet go pogłaskać. Podczas niedawnego pobytu we Lwowie szukałam tego, niezbyt odległego od naszego mieszkania, domu i ogrodu. Nie znalazłam. Na jego miejscu, przy prestiżowej ulicy Drahomanowa (dawniej Mochnackiego) budowana jest duża willa, typowo nowobogacka.
I jeszcze jeden z zapamiętanych obrazów, związanych z Ojcem. Jesteśmy z nianią w przestronnym pokoju-sypialni z oknem wychodzącym na ogrody Cytadeli[6]. Podniosły nastrój oczekiwania. Spoza dwuskrzydłowych przeszklonych drzwi do jadalni dochodzą przyciszone głosy Rodziców, widać szybko przemieszczające się zarysy sylwetek. Za chwilę wszystko się uspokaja, słychać delikatny dzwoneczek, drzwi się szeroko otwierają. Stajemy w nich osłupiałe z zachwytu – duże, od ziemi do sufitu, kolorowe drzewko skrzy się płonącymi świeczkami i sztucznym ogniem. Iskierki sztucznych ogni opadają, pozostaje spokojny blask świeczek i wtedy zauważamy, że pod drzewkiem leżą pięknie opakowane prezenty. To od Aniołka! Gwar, radość, uściski, rozpakowywanie – śpiewanie kolęd, łakocie (w pamięci utkwiły mi szczególnie pomarańcze i orzechy) – uśmiechnięte, szczęśliwe twarze Rodziców!
A trzy miesiące później…
Pożegnanie
Mam 8 lat. Noc. Budzą mnie ostre obce głosy dochodzące z poza oświetlonych drzwi jadalni. Łóżeczko młodszej Siostry puste. Wybiegam do przedpokoju. Przy drzwiach wyjściowych stoi sowiecki żołnierz z karabinem. Zgroza! Uciekam, wskakuję do łóżka. Czekam. Po chwili wchodzi do sypialni Ojciec w wierzchniej odzieży, tuż za nim obcy cywil. Ojciec dyskretnym ruchem wsuwa mi do rączki swoją obrączkę: „Pamiętaj, czyją jesteś córeczką!” Całuje i odchodzi. Do bólu ściskam w zaciśniętej piąstce ten niepojęty wówczas skarb.
Tyle w dziecięcym wspomnieniu. A co wynika z późniejszej wiedzy i doświadczenia? Aresztowanie Ojca, wówczas już wicedyrektora Dyrekcji Lasów Państwowych we Lwowie, przez NKWD nastąpiło w nocy z 22/23 marca 1940 roku[7] w naszym mieszkaniu przy ul. Mochnackiego 56. W żadnym z lwowskich więzień nie potwierdzono Matce jego obecności, nie przyjęto korespondencji ani paczki żywnościowej. Wkrótce po aresztowaniu zmuszono nas do opuszczenia mieszkania do warunków znacznie skromniejszych w starej kamienicy przy Placu Akademickim 1. Stamtąd zostałyśmy wywiezione na Syberię wraz z Matką, 22 maja 1941 roku[8], w jednym z ostatnich transportów wychodzących ze Lwowa tej pamiętnej wiosny. Wieść o wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej w czerwcu 1941 zastała nas już w tajdze nad Wasiuganem, dopływem Obi. Tak pod datą 22 czerwca 1941 pisze o tym w swoim dzienniczku nasza Matka: „Jestem odcięta od Lwowa. Te proste słowa niech zilustrują moją bezdenną grozę, żal. A spodziewałam się na tym pustkowiu tyle po korespondencji od moich kochanych pozostałych we Lwowie”[9].
O losach Ojca nie wiedziałyśmy nic, aż do ogłoszenia ukraińskiej listy katyńskiej[10], gdzie figuruje w spisie 71/2–57 pod nr 91. Wróciłyśmy do Polski na wiosnę 1946 roku po kilku jeszcze zmianach miejsca pobytu w ZSRR; z inicjatywy Matki, po umowie generała Sikorskiego ze Stalinem, znoszącej dwudziestoletni nakaz przebywania zesłańców wyłącznie w miejscu docelowym zsyłki. W naszym przypadku była to wieś Ust’-Sielga (ujście rzeki Sielga do Wasiuganu), rejon Kargasok, obwód Tomsk, Nowosibirskij Kraj; i w sposób zorganizowany, kiedy przewieziono znaczną liczbę Polaków, w tym i nas z Tomska, z Syberii na północny Kaukaz do pracy rolnej (kukurydza, pszenica, arbuzy) na słabo zaludnionych stepach Krasnodarskiego Kraju. Trafiłyśmy do Urupskiego Siemsowchozu (sowchozu specjalizującego się w nasiennictwie), położonego w rejonie Armawir.
Wiele już napisano na temat warunków życiowych wywiezionych, o pracy ponad siły, chłodzie, głodzie i zniewoleniu. Nie będę się już na tym zatrzymywać, choć godne jest całej książki. Nakreślę tylko kilka obrazków charakteryzujących naszą Matkę, żonę straconego Kazimierza Barana, dzięki której obie z Siostrą żyjemy, i mogę niniejsze wspomnienie przekazać Czytelnikom i historii.
Zima 1942 roku. Jedyny tam transport wodny nieczynny – rzeka pokryta lodem. Matka, chcąc uzyskać pozwolenie na przeniesienie się do miasteczka rejonowego Kargasek, abyśmy mogły chodzić do szkoły, trzykrotnie pokonuje pieszo, przy 30o-40o-stopniowym mrozie, 60-kilometrową odległość ‚wioząc za sobą na saneczkach jakiś prowiant i najpotrzebniejsze rzeczy. Na trzydziestym kilometrze był tzw. postojałyj dwor, rodzaj noclegowni, gdzie pokotem na pryczy odpoczywali okutani w ciepłe rzeczy podróżnicy. Można też było dostać do picia wrzącą wodę (kipiat’ok). Dwie z tych wędrówek odbyła sama, a z dala towarzyszyły modlącej się Matce nieatakujące jej wilki. Często mówiła o Bożej opiece nad nami.
Z Kargaska, gdzie przeżyłyśmy około dwóch lat, do Tomska, najbliższej stacji kolejowej, było 580 km. Matka swoją determinacją doprowadziła do tego, że ostatnim przed zamarznięciem rzek statkiem znalazłyśmy się na przystani w Tomsku. Cały nasz dobytek to kosz z pościelą, drewniany kufer z odzieżą i innymi najniezbędniejszymi rzeczami oraz maszyna do szycia, pozostawione przez tragarzy pod ulicznym płotem. Matka odchodzi do miasta znaleźć jakiś przytułek i pracę. My zostajemy z rzeczami pod tym płotem. Gdy wróciła, zastała nas śpiące, przysypane śniegiem. Ale świet nie biez dobrych liudiej, jak głosi rosyjskie przysłowie. Matka znalazła pracę w szwalni, gdzie pozwolono nam się na początek zatrzymać. Do czasu znalezienia innego pomieszczenia spałyśmy na dużym stole krojczego, który trzeba było posprzątać przed jego porannym przyjściem do pracy.
Tomsk, ciekawe miasto z piękną, zdobioną drewnianą architekturą, pozostaje w pamięci jako czas największego głodu, mojej ciężkiej choroby, antysemityzmu, pod który podciągani byli wszyscy Inni – nieswoi, ale i życzliwości ludzkiej, zwłaszcza ze strony mojej nauczycielki, repatriantki z ówczesnego Leningradu (Petersburg) i polskiego domku potomków powstańca 1863 roku – mówiąca po polsku babcia z dwiema młodymi wnuczkami, już tylko rosyjskojęzycznymi, których rodzice zginęli w znanych sowieckich prześladowaniach lat trzydziestych XX wieku.
Mówiąc o Tomsku, trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jeden rys naszej Matki. Był tam sklep, w którym można było wymienić złoto na mąkę, jajka w proszku i mleko. Dała sobie na ten cel wyrwać z uzębienia złote koronki, a zachowała Ojca obrączkę, daną mi podczas aresztowania. Noszę ją do dziś. Daty ślubu Rodziców i nasza już się zatarły; pozostała pamięć ojcowskiego pożegnania i miłości Matki.
Póki byłyśmy małe, Matka była dla nas pełną osłoną. Opowiadała o Ojcu i rodzinie. Uczyła Marylę czytać i pisać po polsku. Mówiła o historii i polskich zwyczajach. Wprowadzała je w codzienne życie. Dbała, abyśmy nie zapominały języka. Z perspektywy czasu zrozumiałam, ile ją musiało kosztować np. przygotowanie choinki (na stepie był to suchy krzew dziewanny) i radosne śpiewanie kolęd, żebyśmy umiały, żebyśmy pamiętały o Bożym Narodzeniu! Tak oisze w swoim syberyjskim dzienniczku na Boże Narodzenie w 1941 roku:
„Drzewko z tajgi przyniósł drwal, poczciwy z kościami pracownik przy klopce [wyrób klepek, ES], jodełkę o cudnych długich igiełkach, zgrabną i proporcjonalną. Zrobiłyśmy różne cacka z tutaj dostępnych materiałów i było zupełnie ładne drzewko. Szopkę zrobiłam z kory brzozowej z gwiazdą i napisem Gloria in excelsis Deo! Do szopki wstawiłam obrazek z mszału o Bożym Narodzeniu. Wziąwszy pod uwagę gorzkie łzy, które padały podczas klejenia – można powiedzieć, że szopka była droższa od wszystkich lwowskich sklepowych. A zresztą naprawdę była ładna.
Na Wigilię zaprosiłam naszych azjatyckich gospodarzy, u których mieszkamy – bo bałam się samej siebie. Nie wierzyłam samej sobie, czy potrafię zapanować nad sobą i nie postraszyć dzieci płaczem. Ugotowałam zupę kartoflaną z grzybami (Elżunia latem nazbierała w tajdze) i fasolę, jeszcze resztkę ze Lwowa. (…) Dziadek Kowalow dał kilka solonych rybek, a babka – orzeszków cedrowych. Po kolacji zaświeciłam choinkę (było pięć świeczek z jednej pociętej) i kolędowałam z Elżunią. Maryla pomagała, jak mogła i umiała. Wówczas poznałam, jak wielki jest Bóg i jak cudowną skarbnicą bogactw i łask jest religia. Kochani moi wszyscy najbliżsi, choć tak daleko od Was – byłam z Wami przez tę rocznicę narodzenia Jezuska Zbawiciela. Wiem, że myśleliście wtedy o nas, i nie tracę nadziei, że się zobaczymy”.
W stepie, na tak zwanej Bałce (ros. bałka – wąwóz, kotlina) przyszły nowe trudne doświadczenia. Epidemia tyfusu pochłonęła moją rówieśnicę, koło której spałam, nasze sienniki stykały się na podłodze. Opiekowałam się nią w chorobie, gdy jej matka była w pracy. Zabrakło koni, by chorą zawieść do szpitala – były potrzebne przy żniwach. Młody energiczny i przystojny chłopak, który zachorował wcześniej, przetrwał kryzys, ale wrócił ze szpitala głęboko upośledzony umysłowo. Nasza Mama cudem została ocalona z ostrych ataków malarii – chininy nie było.
Miałam 13–14 lat. Zostałam wciągnięta do całodziennej pracy przy żniwach; w stepie razem z dorosłymi przesypywałam pszenicę, aby lepiej wysychała, a w spichrzu byłam wagową. Ciężkie drewniane skrzynie ze zbożem przenosili i stawiali na wadze obdarci i głodni jeńcy niemieccy; odwracałam głowę, gdy wsypywali sobie pszenicę do ust i świecili gołym ciałem. Do pracy szli zwartymi czwórkami, śpiewali. A miejscowy brygadzista, który robił wrażenie bardzo groźnego, nachylał się nade mną i, widocznie dbając o własną skórę, mówił: „Na karm’any, na karm’any ostawli’aj!”[11]
Przynosiłam do domu ziarno w butach. Miałam żal, że Matka tego nie robi! Wtedy, w obliczu braku żywności, nie rozumiałam jej szlachetnego oporu. Nie rozumiałam też, dlaczego nie wolno mi wieczorem wyjść do młodzieży, pośpiewać, zatańczyć. Tam było tak wesoło! Zwłaszcza, że młody traktorzysta z sowchozowej centrali tak miło się uśmiechał…
Powrót
Po przyjeździe do Torunia wiosną 1946 roku znalazłyśmy oparcie w rodzinie siostry Mamy, cioci Jeli (Heleny) Kałamajskiej. Parterowy drewniany domek z ogrodem przy Szosie Chełmińskiej 34 (obecnie na tym miejscu stoi wysokościowy blok) wydawał się nam ślicznie urządzonym pałacem. Nie mogłyśmy tam jednak od razu zamieszkać ze względu na ogromne zagęszczenie, w tym dwie dokwaterowane rodziny obce. Z pomocą pośpieszyli leśnicy z Toruńskiej Dyrekcji Lasów Państwowych. Mama dostała pracę intendentki w bursie dla dzieci leśników, przy ul. Mickiewicza 5 i zamieszkałyśmy razem z nią w pokoju na parterze przy stołówce, choć mogłyśmy być pełnoprawnymi mieszkankami bursy, znajdującej się na wyższych piętrach. Zadziałał, jak w Tomsku, syndrom strachu, żeby nas nic nie rozdzieliło z Matką. W nowych warunkach nawiązywały się przyjaźnie. Ze wzruszeniem czytałam Opowieść o losach Leonarda Wendy, leśniczego w Lisimkącie, napisaną przez Małgorzatę Wendę („Biuletyn RDLP w Toruniu” 2012, nr 2). W bursie przyjaźniłam się z Ulą Wendówną, córką Leonarda. Byłam ich gościem w Lisimkącie, w dostojnych Borach Tucholskich. Ula chodziła do Szkoły Handlowej, ja do gimnazjum im. Królowej Jadwigi na Sienkiewicza. Znaczną część drogi pokonywałyśmy razem.
Z uwagą i serdecznością leśników zetknęłyśmy się też wśród smukłych sosen cmentarza w Bykowni. Tworzyli odrębną, umundurowaną delegację z pocztem sztandarowym, kierowaną przez dyrektora Ryszarda Dzialuka. Polscy leśnicy byli bowiem tą grupą zawodową, która obok jeńców wojennych, przede wszystkim uległa zagładzie katyńskiej. Jako córki jednego z rozstrzelanych w 1940 roku leśników Dyrekcji Lwowskiej serdecznie dziękujemy młodszym Przedstawicielom Leśnej Braci za pamięć o Ojcu, szacunek i solidarność z nami!
Bykownia
Pierwsze ofiary NKWD polskie i inne sowieckie: głównie ukraińskie, białoruskie i żydowskie, grzebane były w zbiorowych mogiłach Bykowni począwszy od 1937 roku (rozkaz nr 00485 ludowego komisarza spraw wewnętrznych Jeżowa z dnia 11 sierpnia 1937). Apogeum tego procederu śmierci nastąpiło w 1940 w wyniku decyzji najwyższych władz radzieckich z 5 marca 1940, o zagładzie 14.700 jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku oraz 11.000 więźniów z sowieckich więzień zachodnich obwodów Białoruskiej SRR i Ukraińskiej SRR . Razem ponad 25.000 obywateli polskich! Utrzymywana w ścisłej tajemnicy zbrodnia katyńska, przypisywana przez Sowietów faszyzmowi niemieckiemu, została przez Niemców ujawniona już w jesieni 1941, a bardziej nagłośniona w 1943, jednak pozostała bez echa, a władze sowieckie jeszcze w 1971 roku w oficjalnym komunikacie o mogiłach zbiorowych w Bykowni (gazeta „Prawda Ukrainy” 24 czerwca i przedruki) informowały o odnalezieniu „jeszcze jednego miejsca rozprawy grabieżców faszystowskich [sic] nad ludźmi sowieckimi”[12]. W publikacji, z której pochodzi powyższy cytat, pokazana jest historia kolejnych sowieckich ekshumacji i zacierania śladów w Bykowni oraz śledztw kończących się umorzeniem, a także bardziej szczegółowe informacje na temat polsko-ukraińskich porozumień i kolejnych ekshumacji szczątków, z udziałem ekspedycji polskiej pod kierunkiem prof. Andrzeja Koli z UMK w Toruniu.
W sprawie Zbrodni Katyńskiej przełomowym dla strony polskiej był rok 1992, kiedy została nam przekazana kopia morderczego dokumentu z 5 marca 1940 roku i listy straconych, w oparciu o które, staraniem Rady Pamięci Walk i Męczeństwa, kierowanej przez śp. Andrzeja Przewoźnika, doszło do wybudowania i oficjalnego otwarcia w roku 2000 cmentarzy w Katyniu, Charkowie i Miednoje.
Ciągle jednak brakowało informacji o wywiezionych z więzień Ukraińskiej SRR i Białoruskiej SRR. Na Białorusi istnieje świadomość kilku miejsc stalinowskich straceń, z których największe to Kuropaty pod Mińskiem, ale dotychczas nie udało się, mimo intensywnych starań strony polskiej, uzyskać danych personalnych. Na Ukrainie polski prokurator Stefan Śnieżko, prowadzący śledztwo katyńskie, uzyskał w maju 1994 roku kopię listy akt więziennych 3435 osób straconych, przesłaną 25 listopada 1940 roku do Moskwy na ręce naczelnika I Wydziału Specjalnego NKWD ZSRR, majora bezpieczeństwa Basztakowa. Sam adresat, jak i sposób kodowania akt, jednolity z listami wywozowymi z obozów, wskazywał, że był to ciąg dalszy listy katyńskiej, straconych na Ukrainie według 33 list dyspozycyjnych zakodowanych od numeru 041/1 do 072/2, średnio po 104 nazwiska na liście.
Jak wspominałam, dane naszego Ojca znajdują się na liście 071/2. Mamy więc dowód, że został stracony przed 25 listopada 1940. A myśmy tyle jeszcze lat pielęgnowały nadzieję i stawiały dla Niego talerz przy wigilijnym stole! Konkretnych dat śmierci, jakie figurują przy nazwiskach osób wywiezionych z obozów, na liście ukraińskiej nie ma.
Polski Cmentarz Wojenny w Bykowni, pięknie zaprojektowany przez architekta Roberta Głowackiego i artystę rzeźbiarza Marka Moderau, stał się miejscem upamiętnienia wszystkich obywateli polskich, znajdujących się na omówionej wyżej ukraińskiej liście katyńskiej. Ich nazwiska wypisane są wypukłymi drukowanymi literami na centralnej ścianie cmentarza, składającej się z czterech granitowych bloków, w górnej partii środkowej przedzielonych prześwitem w kształcie wysmukłego stylizowanego Krzyża. Przed tą ścianą pamięci stoi ołtarz, przy którym była celebrowana msza św. w obecności i modlitwie przedstawicieli innych wyznań. Poczynając od wejścia, całość cmentarza polskiego otoczona jest granitową wstęgą, składającą się z czterech rzędów indywidualnych tabliczek upamiętniających zamordowanych, rozciągnięta w las poza ścianę ołtarzową, aby wszystkich można było pomieścić. W centrum po lewej stronie alei głównej znajduje się rodzaj kurhanu, w którym pochowane zostały szczątki wydobyte z ziemi podczas kolejnych ekshumacji. Całość pokrywa wielki jasny granitowy krzyż, boki wyłożone są czarną drobną kostką. Nieco dalej w głębi, stały element nekropolii katyńskich – dzwon pamięci, ustawiony między niewysokimi granitowymi słupami ze znakami wyznań religijnych obywateli polskich: dwa chrześcijańskie krzyże, gwiazda Dawida i półksiężyc.
Drodzy nasi, bliscy i nieznani, śpijcie spokojnie! „Macie już swoje miejsce, z którego jesteśmy dumni”, jak powiedział w swoim przemówieniu Andrzej Krzysztof Kunert, Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, organizatora prac i uroczystości, w której miałyśmy szczęście uczestniczyć A wcześniej zaznaczył: „Winniśmy ofiarom modlitwę, winniśmy także żywą i ciągle obecną pamięć. Bo przecież umarłych wieczność [w wymiarze ludzkim, uzupełnienie moje ES] dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci”.
Elżbieta Smułkowa, Rodzina Katyńska w Warszawie
Pierwodruk: „Biuletyn Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu” 2012, z. 4, red. Tadeusz Chrzanowski, przedruk: „Rodowód Rodzin Katyńskich. Biuletyn Federacji Rodzin Katyńskich” 2011–2012, numer tematyczny: Bykownia 2012
[1] „Nie pamiętam słońca w domu, gdzie ciążyła obecność obcego, nienawistnego człowieka”, T. Terlecki, Z innego brzegu, w: Kraj lat dziecinnych, wyd. II, Londyn 1987, s. 234.
[2] W eseju podanym w przypisie 1 pisze o tym, że starszy brat pełnił wartę w szkole Konarskiego, dokąd pod obstrzałem Tadeusz donosił mu jedzenie i rzeczy przygotowywane przez matkę. Wtedy zetknął się ze śmiercią, także tą „znajomą”, dotyczyła kolegi brata, zmarłego od postrzału.
[3] Nazwy podaję według: Politechnika Lwowska 1844–1945, Wrocław 1993.
[4] Maria – dr chemii, docent UMK w Toruniu, następnie pracownik naukowy Głównego Urzędu Miar w Warszawie. Elżbieta – prof. zw. w Uniwersytecie Warszawskim w zakresie językoznawstwa słowiańskiego. W latach 1991–1995 początkowo Konsul Generalny, a następnie Ambasador RP w Mińsku na Białorusi. Autorka kilku książek oraz wielu rozpraw i artykułów naukowych.
[5] Biogram prof. Krzysika znajduje się w: Politechnika Lwowska 1844–1945, Wrocław 1993, s. 483–484.
[6] Chodzi już o mieszkanie przy ul. Mochnackiego 56, w którym mieszkaliśmy od 1935/6 roku.
[7] Pojawiająca się w niektórych wykazach data aresztowania 11 stycznia 1940 jest niewątpliwie błędna i należy ją sprostować.
[8] Ten transport, w którym znajdowało się też sporo Ukraińców, jest na tyle mało znany, że przy wystawianiu nam legitymacji Związku Sybiraków uznano podaną przez nas w dokumentach datę za błędną i wpisano wywóz najbardziej znany 13 kwietnia 1941.
[9] Dwa etapy w życiu matki, Lwów – Sybir, w: E. Smułkowa, Białoruś i pogranicza. Studia o języku i społeczeństwie, Warszawa 2002.
[10] Listy Katyńskiej ciąg dalszy. Straceni na Ukrainie, Warszawa 1994.
[11] Karm’an ‘kieszeń’. Tajemnicą poliszynela było, że placuszki domowe i kasze pochodziły z przyniesionej z pracy pszenicy, zmielonej w specjalnych żelaznych młynkach (ruszkach). Nie pamiętam, żeby były tam żarna.
[12] A.K. Kunert, A. Siwek, Z. Walkowski, Czwarty cmentarz wojenny w Kijowie–Bykowni (czwarty cmentarz katyński), Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Warszawa 2012, s. 7.