Janina Rypeść, Ostaszków, Miednoje (2–3 września 2012)

Mied­no­je, Pol­ski Cmen­tarz Wojen­ny. Jani­na Rypeść przy tabli­cy epi­ta­fij­nej aspi­ran­ta Poli­cji Pań­stwo­wej Edwar­da Rype­ścia.

Wyru­szy­li­śmy z lot­ni­ska woj­sko­we­go bar­dzo wcze­śnie, bo o szó­stej rano. Być może to kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia, ale dla nas – w więk­szo­ści osób star­szych – pobud­ka o czwar­tej nad ranem to nie­mal śro­dek nocy. Lot trwał pół­to­rej godzi­ny, więc jesz­cze dobrze nie zje­dli­śmy śnia­da­nia, a już byli­śmy na lot­ni­sku Sze­re­mie­tie­wo. Potem od razu do auto­ka­rów i w dro­gę. Sama tra­sa prze­bie­ga­ła bar­dzo spraw­nie, ponie­waż jecha­li­śmy w kon­wo­ju na sygna­le. Nie było cza­su, aby się zatrzy­my­wać, jecha­li­śmy szyb­ko przed sie­bie. Trud­no powie­dzieć, co mija­li­śmy – dro­gi obsa­dzo­ne były drze­wa­mi i nie­wie­le mogli­śmy zoba­czyć przez szy­by auto­ka­ru. Było zupeł­nie ina­czej niż u nas, kie­dy po dro­dze mija się wsie i mia­stecz­ka. Tam kra­jo­braz nie był zróż­ni­co­wa­ny, więc tyl­ko cze­ka­li­śmy, aż dotrze­my do Twe­ru.

Twer jest bar­dzo ład­nym mia­stem. Wra­że­nie robią figu­ry lwów, z któ­rych pysków try­ska woda. Od razu po przy­jeź­dzie uda­li­śmy się przed budy­nek, gdzie mie­ści­ła się kie­dyś głów­na komen­da NKWD. Tam spo­tka­li­śmy się z pozo­sta­ły­mi piel­grzy­ma­mi, tymi z auto­ka­rów. Miej­sce spo­tka­nia było szcze­gól­ne, bo wła­śnie w byłej sie­dzi­bie NKWD odby­wa­ły się prze­słu­chi­wa­nia i zara­zem tra­ce­nia jeń­ców. Wszyst­ko to odby­wa­ło się w piw­ni­cach. Tam nas jed­nak nie dopu­ści­li. Sły­sza­łam, że kie­dyś pozwo­lo­no Pola­kom do tych piw­nic wejść. Ponoć sale były czy­ste, wybie­lo­ne. Sam fakt, że im w ogó­le pozwo­li­li tam wejść, był zaska­ku­ją­cy. My nie mie­li­śmy tej moż­li­wo­ści.

Sta­li­śmy jedy­nie przed wej­ściem, gdzie – po pra­wej stro­nie – wmu­ro­wa­no tabli­cę z napi­sa­mi po pol­sku i po rosyj­sku, poświę­co­ną zamor­do­wa­nym Pola­kom. Zło­ży­li­śmy pod nią wień­ce, zaświe­ci­li­śmy lam­pio­ny, w ten spo­sób odda­jąc cześć pole­głym.

W Twe­rze byli­śmy tak­że zapro­sze­ni na mszę do kościo­ła kato­lic­kie­go. Ku naszej rado­ści pro­bosz­czem był Polak. Bar­dzo miło nas przy­jął, skrom­nie, ale bar­dzo miło. Mie­li­śmy też czas wol­ny, ale w mię­dzy­cza­sie lunę­ło desz­czem, więc dale­ko nie ode­szli­śmy. Póź­niej odby­ło się nabo­żeń­stwo w inten­cji pomor­do­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy, któ­re­mu prze­wod­ni­czył kape­lan Woj­ska Pol­skie­go. Pięk­ny, choć nie­po­zor­ny jest ten kośció­łek. Msza była poru­sza­ją­ca i z pol­ski­mi śpie­wa­mi. Wszy­scy byli wzru­sze­ni bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo. Po mszy dalej pada­ło, nigdzie dalej nie moż­na było pójść, więc od razu wsie­dli­śmy do auto­ka­rów i znów przed nami była dłu­ga dro­ga do kolej­ne­go celu, czy­li do Ostasz­ko­wa.

Za okna­mi wciąż widać było głów­nie drze­wa, ale przed samym Ostasz­ko­wem zaczę­ły poja­wiać się prze­świ­ty. Dzię­ki temu mogli­śmy zoba­czyć osie­dla. Były to drew­nia­ne nie­wiel­kie cha­tyn­ki, obok nich małe gospo­dar­stwa. I tak zasta­na­wia­li­śmy się, bo nikt nie mógł się dopa­trzeć, gdzie te chat­ki mają komi­ny? Oso­by, któ­re już tam były parę razy, wyja­śni­ły, że tam nie ma komi­nów, tyl­ko takie rur­ki odpro­wa­dza­ją­ce dym. Do celu doje­cha­li­śmy w nie­mal zimo­wej pogo­dzie: chmu­ry, zim­no i sie­dem stop­ni. Byli­śmy ubra­ni tro­chę cie­plej, ale na aż taką nie­mi­łą pogo­dę nie byli­śmy przy­go­to­wa­ni. Szyb­ko jed­nak o tym zapo­mnie­li­śmy, bo nad­szedł czas, kie­dy zebra­li­śmy się wszy­scy przed gro­blą, któ­ra łączy ląd z wyspą. Gro­blę tę budo­wa­li sami więź­nio­wie. Mówi się, że jest to most poli­cjan­tów pol­skich.

Wszy­scy cze­ka­li, aż zbie­rze­my się u pierw­szych wrót Niło-Stoł­bień­skie­go Mona­sty­ru, gdzie roz­po­czy­nał się dal­szy ciąg uro­czy­sto­ści. Tam rów­nież, razem z przy­by­ły­mi ofi­cje­la­mi, zło­ży­li­śmy kwia­ty i wień­ce pod pamiąt­ko­wą tabli­cą. Następ­nie idąc kolum­ną, weszli­śmy w dru­gie wro­ta. Gdzie tyl­ko się spoj­rza­ło w całym mona­sty­rze, wszę­dzie były wro­ta. Wro­ta muszą być dla nich świę­te: do wszyst­kich wcho­dzi­ło się z wiel­kim namasz­cze­niem. Pogo­da zaczę­ła się popra­wiać, kie­dy weszli­śmy na dzie­dzi­niec mona­sty­ru. Prze­pięk­nie poło­żo­ny wśród roz­świe­tlo­nej nagle słoń­cem zie­le­ni, wpro­wa­dził nas w zupeł­nie inny świat, nie taki ponu­ry.

Byłam pod ogrom­nym wra­że­niem. Szcze­gól­nie to przej­ście gro­bli było poru­sza­ją­ce. Jak tyl­ko zoba­czy­łam te zabu­do­wa­nia, te mury, to podej­ście takie powy­bi­ja­ne, wte­dy zda­wa­ło mi się, że stą­pam po miej­scach, gdzie ci nasi… bie­da­cy…

Po nie­dłu­gim cza­sie zaczę­li­śmy przy­go­to­wy­wać się do uro­czy­sto­ści, któ­ra mia­ła nastą­pić przy jed­nej z cer­kwi mona­sty­ru. Kie­dyś cer­kwi było tam praw­do­po­dob­nie trzy­dzie­ści. Jesz­cze nie­któ­re zosta­ły. Ufor­mo­wa­ni w pochód podą­ży­li­śmy do głów­nej z nich. W uro­czy­stym orsza­ku szła nasza pol­ska poli­cja w histo­rycz­nych przed­wo­jen­nych stro­jach, orkie­stra i piel­grzy­mi. Zacie­ka­wie­ni byli­śmy, co się będzie dalej dzia­ło. Przed głów­nym wej­ściem do świą­ty­ni cze­ka­li na nas duchow­ni kato­lic­cy (dwóch księ­ży z Czę­sto­cho­wy) i pra­wo­sław­ni (wysłan­ni­cy patriar­chy Cyry­la). Pochód otwie­rał obraz z wize­run­kiem Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej, któ­ry do orsza­ku prze­nie­sio­ny został – ze spe­cjal­ne­go podium przed iko­no­sta­sem w cer­kwi – przez poli­cjan­tów. W koń­cu wszy­scy w kom­ple­cie wyru­szy­li­śmy. Była cisza. Jedy­nie orkie­stra gra­ła kościel­ne pie­śni. Dotar­li­śmy przed nie­wiel­ką cer­kiew­kę. Tam były powi­ta­nia i dłu­gie prze­mo­wy. Szcze­gól­nie pięk­ny był moment powi­ta­nia się dostoj­ni­ków Kościo­ła pra­wo­sław­ne­go i kato­lic­kie­go. Każ­dy prze­ma­wiał w swo­im języ­ku, ale tłu­ma­czo­ne było wszyst­ko. Ser­ce rosło, kie­dy się to sły­sza­ło. Uro­czy­sto­ści trwa­ły dwie lub nawet trzy godzi­ny. Sta­li­śmy wszy­scy bli­sko sie­bie, żeby nie mar­z­nąć, bo choć pogo­da była pięk­na, to wiał mroź­ny wiatr od jezio­ra. Było zim­no, jed­nak te wyjąt­ko­we chwi­le nie pozwa­la­ły na tym się sku­piać. Zresz­tą w ogó­le nie myśle­li­śmy o nie­do­god­no­ściach, bo byli­śmy prze­ję­ci wyda­rze­nia­mi tego dnia.

Po prze­mo­wach, po odśpie­wa­niu pie­śni, skie­ro­wa­li­śmy się do miej­sca, gdzie nasi duchow­ni i przed­sta­wi­cie­le pań­stwo­wi roz­po­czę­li uro­czy­stość wmu­ro­wa­nia kamie­nia węgiel­ne­go pod budo­wę Kapli­cy pod wezwa­niem Cudow­ne­go Obra­zu Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej. Po krót­kich prze­mo­wach i modli­twach, prze­szli­śmy do cie­płe­go pomiesz­cze­nia. Zapro­szo­no nas na posi­łek do pięk­nej sali w jed­nym z budyn­ków Mona­sty­ru. Tam mogli­śmy się ogrzać. Duchow­ni pra­wo­sław­ni przy­ję­li nas wspa­nia­le, czym cha­ta boga­ta: pie­czy­wo wła­sne­go wyro­bu, pysz­no­ści wła­snej pro­duk­cji, nawet dosta­li­śmy po lamp­ce czer­wo­ne­go wina na roz­grza­nie. Oczy­wi­ście wszyst­ko było poprze­dzo­ne modli­twa­mi. To było pocie­sza­ją­ce, że oprócz klasz­tor­nych dostoj­ni­ków, sta­rych i bro­da­tych, było dużo mło­dych kan­dy­da­tów na mni­chów. I nawet – co zauwa­ży­łam – było mał­żeń­stwo. On w tra­dy­cyj­nym stro­ju, ona, bar­dzo pięk­na kobie­ta, w dłu­gich sza­tach, i taki dzie­cia­czek, któ­ry miał pół­to­ra rocz­ku, co się koło nich plą­tał – bar­dzo miły obra­zek, zwłasz­cza wśród tych dostoj­no­ści, tego tłu­mu poważ­ne­go.

Po kola­cji uda­li­śmy się pro­sto do pokoi gościn­nych. Miesz­ka­li­śmy w jed­nym z dwóch wykoń­czo­nych budyn­ków, spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­nych dla piel­grzy­mów. Poko­je schlud­ne, czy­ste, bar­dzo, bar­dzo przy­zwo­ite. Do woli moż­na było pić źró­dla­ną wodę, o któ­rej wydo­by­cie dba­li mni­si. Oni wszyst­ko mają swo­je: wodę, chleb – ciem­ny i bia­ły, wino. Ale zmę­cze­nie po podró­ży dało się nam szyb­ko we zna­ki i razem z inny­mi kobie­ta­mi poszły­śmy spać, nie zwa­ża­jąc nawet na zapa­lo­ne świa­tła czy roz­mo­wy. A pobud­ka była oczy­wi­ście wcze­śnie rano, żeby jak naj­wię­cej zoba­czyć. Przed śnia­da­niem był wol­ny czas, więc kto miał ocho­tę, mógł zwie­dzać teren mona­sty­ru. Wcze­śniej nie mogli­śmy z moim wnucz­kiem dokład­nie ogląd­nąć głów­nej cer­kwi, dla­te­go zaraz po prze­bu­dze­niu zro­bi­li­śmy sobie taki kon­cert ducho­wy. Wszyst­ko dokład­nie obej­rze­li­śmy, z każ­dej stro­ny. Oświe­tlo­na poran­nym słoń­cem cer­kiew wyglą­da maje­sta­tycz­nie, robiąc ogrom­ne wra­że­nie. Co nas bar­dzo wzru­szy­ło – jest tam pol­ska kapli­ca. Spa­ce­ro­wa­li­śmy ocza­ro­wa­ni w zacie­ka­wie­niu. Było to nie­zwy­kle ducho­we prze­ży­cie, wręcz nie do opo­wie­dze­nia…

Kie­dy minę­ła dzie­wią­ta, poszli­śmy jesz­cze raz na gro­blę, jesz­cze raz dooko­ła. Wszyst­ko nas inte­re­so­wa­ło: te kamie­nie, te scho­dy, te bra­my i drze­wa, dosłow­nie wszyst­ko. Nie chcie­li­śmy, żeby cokol­wiek umknę­ło naszej uwa­dze. Nie wiem, jak inni, ale ja bar­dzo prze­ży­wa­łam te chwi­le. Jed­nak wła­śnie po to był ten czas: żeby każ­dy mógł sobie po swo­je­mu to ode­brać.

Stą­pa­łam po tych scho­dach, po tych nie­rów­no­ściach i myśla­łam: a może tutaj był nasz Edward, a może tutaj… Zupeł­nie inne uczu­cie niż pod­czas pocho­du w orsza­ku czy pod­czas wspól­nych uro­czy­sto­ści. Cho­dzi­li­śmy z wnu­kiem dłu­go, wszę­dzie zaglą­da­li­śmy z cie­ka­wo­ści. Może oni też tędy spa­ce­ro­wa­li, jak mie­li wol­ny czas. Może nie było krat i mogli wycho­dzić do tego pięk­ne­go miej­sca…

Bo miej­sce rze­czy­wi­ście było wspa­nia­łe. Te wido­ki, natu­ra. Ścież­ki były drew­nia­ne, nie – tak jak u nas – beto­no­we. Zasta­na­wia­łam się, z cze­go żyją tam­tej­si miesz­kań­cy. Nigdzie nie było widać typo­wych zabu­do­wań gospo­dar­czych. Natra­fi­ła się oka­zja, żeby o to zapy­tać, ponie­waż nad brze­giem jezio­ra poja­wi­li się auto­chto­ni. Wie­dząc pew­nie, że będą mogli coś sprze­dać piel­grzy­mom, przy­pły­nę­li łodzia­mi i usta­wi­li kra­my z wędzo­ny­mi ryba­mi. Zapy­ta­łam więc pew­nej kobie­ty, jak oni tutaj żyją. Odpo­wie­dzia­ła mi: lasem i jezio­rem. I to wystar­czy­ło.

O godzi­nie wpół do dzie­sią­tej było śnia­da­nie. Duchow­ny zwo­ły­wał nas dzwon­kiem. Póź­niej byli­śmy zapro­sze­ni, aby zoba­czyć salę pamię­ci poświę­co­ną wię­zio­nym w mona­sty­rze Pola­kom. Było to jed­no pomiesz­cze­nie, więc nie­wie­le moż­na było zoba­czyć wśród spo­rej ilo­ści piel­grzy­mów i dostoj­ni­ków. Jed­nak naj­waż­niej­sze jest to, że jest takie miej­sce, gdzie zacho­wu­je się pamięć o pol­skich ofia­rach. Biskup Woj­ska Pol­skie­go prze­wod­ni­czył modli­twom i uro­czy­ste­mu poświę­ce­niu tego miej­sca – było to bar­dzo wzru­sza­ją­ce. Dalej znaj­du­ją się sale wysta­wo­we z ich, Rosjan, świę­to­ścia­mi. Wie­le ikon jest bar­dzo znisz­czo­nych przez czas i warun­ki, w jakich prze­by­wa­ły, ale wszyst­ko odno­wio­ne, opra­co­wa­ne i zadba­ne. Całość robi nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Chwa­ła Bogu, że jest takie miej­sce.

Na pamiąt­kę poby­tu otrzy­ma­li­śmy od mni­chów po dwa litry ich wody źró­dla­nej, na ety­kie­cie któ­rej jest rysu­nek klasz­to­ru. Wypra­wi­li nas wspa­nia­le, robiąc nam tym oczy­wi­ście wiel­ką przy­jem­ność. Dzię­ko­wa­li­śmy im ser­decz­nie. W ogó­le bar­dzo dba­li o nas ci mona­ster­scy mni­si. Zasta­na­wia­łam się, jak to będzie z noc­le­giem i wyży­wie­niem, ale wszyst­ko oka­za­ło się zor­ga­ni­zo­wa­ne dosko­na­le, tak że jestem zauro­czo­na. Opie­kę mie­li­śmy zresz­tą już od same­go począt­ku – i w samo­lo­cie, i na miej­scu.

I jak w tej cer­kwi cudow­nie biją dzwo­ny. Kie­dy roz­brzmie­wa­ją, cała oko­li­ca słu­cha kon­cer­tu. Har­mo­nia głę­bo­kich dźwię­ków dzwo­nów doda­je temu miej­scu dostoj­no­ści i pięk­na.

Po uro­czy­sto­ściach wsie­dli­śmy do auto­ka­rów i wyru­szy­li­śmy w dro­gę do Mied­no­je. Znów przed nami dłu­ga podróż tymi uro­czy­ska­mi, już tro­chę odsło­nię­ty­mi. Być może to burza spra­wi­ła, bo drze­wa były powa­lo­ne, ale też spo­mię­dzy mło­dej świer­czy­ny prze­świ­ty­wa­ły zabu­do­wa­nia, wła­ści­wie same dachy. Cza­sa­mi moż­na było zoba­czyć coś wię­cej; wte­dy oka­zy­wa­ło się, że to wszyst­ko drew­nia­ne: par­te­ro­wa zabu­do­wa i okien­ni­ce prze­ślicz­nie poma­lo­wa­ne na róż­ne kolo­ry. Wido­ki te wytwa­rza­ły swoj­ską, miłą atmos­fe­rę. Moż­na było poczuć, że są tam ludzie, że dba­ją o pięk­no swo­ich domów.

Wresz­cie dotar­li­śmy do Mied­no­je. To nie jest mia­stecz­ko, a wieś, cho­ciaż już na obrze­żach widać było, że te domy tro­chę lep­sze, nie tyl­ko par­te­ro­we, ale też pię­tro­we. Im bar­dziej zbli­ża­li­śmy się do celu, tym wszyst­ko było bar­dziej zadba­ne.

Aż w koń­cu ten etap podró­ży dobiegł koń­ca i sta­nę­li­śmy przed wej­ściem do Pol­skie­go Cmen­ta­rza Wojen­ne­go. Prze­kro­czy­li­śmy kolej­ną bra­mę, ale to zupeł­nie inne prze­ży­cie, inna bra­ma. Tam były­śmy wśród swo­ich.

Naj­pierw Rosja­nie zapro­si­li nas na swój memo­riał, czy­li dru­gą część cmen­ta­rza. Zgro­ma­dzi­li­śmy się z tam­tej­szy­mi duchow­ny­mi i garst­ką ludzi rów­nież stam­tąd. Były prze­mo­wy i modli­twy; krót­ko to trwa­ło. Zale­d­wie ogro­dze­nie oddzie­la­ło nas od naszych, od cmen­ta­rza.

Na pol­skiej stro­nie wszyst­ko już było przy­go­to­wa­ne na nasze przy­by­cie. Obok mnie sie­dzia­ły dwie kobie­ty – Rosjan­ki. Mia­ły sztucz­ne kwia­ty, któ­re, tak jak my, skła­da­ły w miej­scach pamię­ci. Przy­go­to­wa­ły dla nas zie­mię, zapa­ko­wa­ną w małe tore­becz­ki, na któ­rych wid­niał napis, iż jest to zie­mia z cmen­ta­rza. Świa­do­mość, że ktoś dba o to miej­sce, że myśli o Pola­kach, spra­wi­ła wiel­ką radość i napeł­ni­ła nadzie­ją.

Nabo­żeń­stwo było prze­pięk­ne. Roz­brzmie­wa­ły nasze pol­skie pie­śni. Na koń­cu uro­czy­ście zaśpie­wa­li­śmy Boże, coś Pol­skę. Było tak cudow­nie, że do tej pory jestem pod wra­że­niem. Sta­le prze­glą­dam zdję­cia, dłu­go się w nie wpa­tru­ję w zamy­śle­niu.

Po mszy zło­ży­li­śmy kwia­ty i wień­ce, aż wresz­cie nad­szedł moment, kie­dy każ­dy mógł pójść odna­leźć tabli­cę rodzin­ną. Poroz­cho­dzi­li­śmy się w swo­je stro­ny, zgod­nie z alfa­be­tem, bo tak uło­żo­ne są tabli­ce. Z wnucz­kiem poszli­śmy naj­pierw do tych, o któ­rych przy­ozdo­bie­nie popro­si­li nas zna­jo­mi. W imie­niu osób, któ­re nie mogły być w Mied­no­je, zapa­li­li­śmy zni­cze, a tabli­ce ude­ko­ro­wa­li­śmy pol­ski­mi fla­ga­mi. Póź­niej pod lite­rę „R”, na nasz grób. Naszą tabli­cę przy­stro­ili­śmy naj­bar­dziej, bo jak­że ina­czej… Tak się wymo­dli­li­śmy, wypła­ka­li­śmy… Ale też cie­szy­li­śmy się. Cie­szy­li­śmy się, że jeste­śmy tu, gdzie spo­czy­wa aspi­rant PP Edward Rypeść – nasz Ojciec, Dzia­dek, Pra­dzia­dek. Było to tak wzru­sza­ją­ce, że aż trud­no o tym opo­wia­dać. Chcia­łam zostać tam jak naj­dłu­żej.

Póź­niej uda­li­śmy się w miej­sca dołów śmier­ci, mię­dzy któ­ry­mi wyzna­czo­ne są spe­cjal­ne ścież­ki, po któ­rych moż­na cho­dzić. Tam rów­nież się pomo­dli­li­śmy. Był to czas, aby po pro­stu pobyć, podu­mać. Dość dłu­go tak trwa­li­śmy w zamy­śle­niu.

W koń­cu pogo­da już się pogor­szy­ła, słoń­ce zaszło, trze­ba było się szy­ko­wać do powro­tu. Pod­je­cha­ły auto­ka­ry i nie­ste­ty trze­ba było się już żegnać z tym wzru­sza­ją­cym, świę­tym dla nas miej­scem. Już sie­dzie­li­śmy w auto­ka­rach, ale nie ruszy­li­śmy jesz­cze, kie­dy przez otwar­te drzwi usły­sze­li­śmy dzwon. Bił dla nich i dla nas – na poże­gna­nie. Prze­pięk­ne to było. Wte­dy każ­dy już w udu­cho­wie­niu, zadu­ma­niu mil­czał. To taki moment, kie­dy spły­wa­ją łzy po policz­kach. Już nie było opo­wie­ści, roz­mów – wszyst­ko było natchnio­ne. Jecha­li­śmy z powro­tem dłu­go, więc się sie­dzia­ło i sie­dzia­ło, i w ciszy roz­my­śla­ło…

Do Twe­ru dotar­li­śmy oczy­wi­ście spóź­nie­ni, ale prze­cież nie dało się tak po pro­stu wyjść z cmen­ta­rza, bo każ­dy chciał jesz­cze ostat­ni raz nań spoj­rzeć, pomo­dlić się, zapa­mię­tać. Kie­dy doje­cha­li­śmy do Twe­ru, już na nas cze­ka­li ze wspa­nia­łą kola­cją. Byli­śmy opóź­nie­ni jakieś trzy kwa­dran­se, zanim doje­cha­li­śmy z powro­tem do Moskwy. Widzie­li­śmy Moskwę nocą, nie­zwy­kle oświe­tlo­ną. Pięk­ną, olbrzy­mią, ach! Coś wspa­nia­łe­go! Cze­ka­ły nas jesz­cze for­mal­no­ści zwią­za­ne z odpra­wą. Byli­śmy zmę­cze­ni, ale nie myśle­li­śmy już o tym, byli­śmy w innym świe­cie.

Jestem prze­szczę­śli­wa, że tam byłam. Wciąż jesz­cze żyję momen­ta­mi, któ­re prze­ży­łam pod­czas piel­grzym­ki. Otrzy­ma­łam ją tak, jak gdy­by mi spa­dła z nie­ba. Nawet nie wiem, komu dzię­ko­wać. Daję sło­wo! Ogrom­nie się cie­szę, że mogłam tam poje­chać i na wła­sne oczy zoba­czyć i prze­żyć to, co zna­łam jedy­nie ze zdjęć i opo­wia­dań.

Wiem, jaką świę­to­ścią, jakim sza­cun­kiem i miło­ścią mój mąż darzył swo­je­go ojca – Edwar­da Rype­ścia. Po śmier­ci męża posta­no­wi­łam to kon­ty­nu­ować i nadal będę dopó­ki mi sił wystar­czy. Tym bar­dziej jestem szczę­śli­wa, że mogłam być w tym waż­nym i świę­tym miej­scu w towa­rzy­stwie moje­go wnu­ka Rado­sła­wa – jedy­ne­go pra­wnu­ka Edwar­da.

Roz­ma­wia­my, aż w ustach zasy­cha, ale jest o czym opo­wia­dać. Bo to są momen­ty nie do zapo­mnie­nia. Dokąd pamięć mi będzie słu­ży­ła, będę wspo­mi­nać i myśleć o tej piel­grzym­ce.

 

Jani­na Rypeść – syno­wa Aspi­ran­ta Poli­cji Pań­stwo­wej Edwar­da Rype­ścia i Rado­sław Nowak – pra­wnuk Edwar­da Rype­ścia piel­grzy­mo­wa­li na grób Aspi­ran­ta Poli­cji Pań­stwo­wej Edwar­da Rype­ścia, któ­ry dostał się do nie­wo­li sowiec­kiej, będąc Dowód­cą 11 Kom­pa­nii Rezer­wy Poli­cji Pań­stwo­wej w Miku­liń­cach (woj. tar­no­pol­skie). Edward Rypeść wte­dy miał 41 lat, pozo­sta­wił żonę Cze­sła­wę i 12-let­nie­go syna Alek­san­dra. Pani Jani­na nale­ża­ła do Sto­wa­rzy­sze­nia Rodzin Ofiar Katy­nia Pol­ski Połu­dnio­wej. Opo­wia­da­nie pani Jani­ny Rypeść wysłu­cha­ły i opra­co­wa­ły Doro­ta Bent­ke i Kata­rzy­na Cza­chor. Zdję­cia wyko­nał Rado­sław Nowak.

Pier­wo­druk: „Rodo­wód Rodzin Katyń­skich. Biu­le­tyn Fede­ra­cji Rodzin Katyń­skich” 2011–2012, numer tema­tycz­ny: Bykow­nia 2012

Twer – budy­nek byłe­go wię­zie­nia Obwo­do­we­go Zarzą­du NKWD. War­ta hono­ro­wa pol­skich poli­cjan­tów pod tabli­cą upa­mięt­nia­ją­cą stra­co­nych tam Pola­ków (obec­nie w budyn­ku mie­ści się Insty­tut Medycz­ny). Tabli­ca zosta­ła zdję­ta w 2020 roku, na pole­ce­nie rosyj­skie­go sądu w Twe­rze, któ­ry uznał to upa­mięt­nie­nie za „nie­le­gal­ne” i orzekł, że nie ma dowo­dów, jako­by w tym miej­scu mor­do­wa­no Pola­ków.

Ostasz­ków. Cer­kiew Obja­wie­nia Pań­skie­go. W 2009 roku pol­scy pau­li­ni poda­ro­wa­li mni­chom z Nilo­wej Pusty­ni kopię obra­zu Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej.

Ostasz­ków. W latach 1939–1940 NKWD urzą­dzi­ło w klasz­to­rze obóz dla pol­skich jeń­ców wojen­nych. Jeń­cy pra­co­wa­li przy­mu­so­wo m.in. przy budo­wie nasy­pu łączą­ce­go wyspę z brze­giem jezio­ra (gro­bla widocz­na na zdję­ciu).

Ostasz­ków. Kopia obra­zu Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej, nie­sio­na na ołtarz polo­wy przez poli­cjan­tów-uczest­ni­ków piel­grzym­ki. Ołtarz na bło­niach przed Cer­kwią Pod­wyż­sze­nia Krzy­ża Pań­skie­go.

Ostasz­ków. Mini­ster Jacek Cichoc­ki na uro­czy­sto­ści wmu­ro­wa­nia kamie­nia węgiel­ne­go pod budo­wę Kapli­cy pod wezwa­niem Cudow­ne­go Obra­zu Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej.